lmblmb
27.08.07, 22:45
Właśnie uciekłem.
W Polsce na samo słowo "doktorat" ogarniał mnie śmiech. Wykazywałem zupełny
brak zainteresowania tytułem Ph.D. Tysiąc złotych miesięcznie, jeśli w ogóle
się załapię.
Na Zachodzie mogę pójść gdziekolwiek, bo nie ma chętnych. Płaca realna taka
(stypendium), że po zapłaceniu mieszkania zostaje 2000..3000 tys. zł (1000€,
zależnie jak się liczy).
Ale nie chodzi o pieniądze; w Polsce nie jest ich tak dużo, ale nie głoduję.
Chodzi o PiS, krzyże w szkole, złodziejstwo, chamstwo na ulicy i wiecznie
niezadowolonych Polaków.
Tutaj każdy się uśmiecha. Sąsiad mówi mi "Dzień dobry", a widzi mnie pierwszy
raz. Samochód zostawiam z otwartą szybą, bo gorąco. Profesor nie jest
kretynem, a pracownicy nie dzielą się na kasty "tych z habilitacją" i
"pozostałych chamów". W instytucie mam sprzęt, o którym mógłbym w Polsce
marzyć. W pierwszym tygodniu pracy mam komercyjne zlecenia (moja praca nie
leci do szuflady).
Nie czuję, że instutyt robi mi wielką łaskę.
Nie tylko pieniądze...