anna_maria75
06.08.08, 12:30
Witam,
Termin porodu mam wyznaczony na 1 grudnia. Na początku ciąży
uśmiechałam się na pytania znajomych typu "w którym szpitalu chcesz
rodzić?", temat wydawał się odległy o lata świetlne... Pora jednak
przygotować się do tego wydarzenia, czas leci nieubłaganie.... Od
kilku tygodni niestrudzenie śledzę opinie na temat poznańskich
szpitali i jestem załamana... wyć mi się chce...
Mieszkam w jednym z większych miast w Polsce, a mam wrażenie, że
tkwię ubezwłasnowolniona w którymś z krajów arabskich lub, że
cofnęłam się w czasie do średniowiecza. Czytałam wiele informacji
odnośnie przebiegu porodu, czytałam o zaletach porodu aktywnego, o
zaletach pozycji wertykalnych, czytałam wypowiedzi zwolenników i
przeciwników nacinania krocza (bardziej przemawiają do mnie poglądy
przeciwników nacinania), czytałam porady o ćwiczeniach i masażach
mających pomóc w ochronie krocza przy porodzie. Wyrobiłam w sobie
jako taki ogląd na temat tego jak poród może przebiegać i jaki poród
sama chciałabym mieć - bez przykuwania plackiem do łóżka porodowego,
a raczej w pozycji wertykalnej, bez środków znieczulających (chyba
wolę ból od braku kontroli nad sytuacją) i - w miarę możliwości -
bez nacinania krocza. Zdaję sobie sprawę z tego, że w momencie, gdy
pojawiają się jakiekolwiek komplikacje dobro dziecka bierze górę nad
komfortem rodzącej i w takiej sytuacji niech robią ze mną, co
chcą, byle z maleństwem było wszystko ok.
Okazuje się jednak, że w Poznaniu jedynym szpitalem, gdzie można
urodzić nie leżąc na plecach, jest szpital im. Raszei, w pozostałych
procedury zezwalają jedynie na pozycję leżącą lub półleżącą (choć
podobno na korytarzach można oglądać plakaty z różnymi pozycjami w
II fazie porodu - zabawne...). W statystykach szpital przy Polnej na
zagadnienie o odsetek nacięć krocza odpowiada "brak danych", zaś z
wypowiedzi na forach internetowych wynika, że nacinana jest każda
rodząca. W innym informatorze można tez przeczytać, że rodzącej
przysługuje 1 łyk wody na godzinę - osobiście sobie tego nie
wyobrażam....
Może głupio to zabrzmi, ale najchętniej zdecydowałabym się na poród
w domu. Mieszkam w centrum i w razie czego dotarcie do któregoś z
najbliższych szpitali zajęłoby samochodem 5-10 minut. W Poznaniu
jednak nie ma położnej przyjmującej porody domowe, można się
ewentualnie umówić z położną z Piły. Jest jednak kilka "ale" - to
moje pierwsze dziecko i tak do końca nie wiem, czego się spodziewać,
a poza tym już widzę ten ostracyzm ze strony otoczenia, że narażam
własne dziecko na niebezpieczeństwo.... Do tego wszystkiego koszt
jest niebagatalny, co rozumiem, bo taka położna oprócz umiejętności
musi posiadać odpowiedni sprzęt, który sporo kosztuje (swoją drogą
zastanawiam się, czy przy wszechobecnym tłoku na porodówkach NFZ
bierze pod uwagę możliwość refundowania porodów domowych). Tak więc
jednak pozostaje szpital....
Ok, po przebrnięciu przez tony opinii i informacji dochodzę do
wniosku, że chciałabym rodzić w szpitalu im. Raszei. I co z tego, że
sobie to zaplanuję, skoro istnieje duża doza prawdopodobieństwa, że
ze względu na brak miejsc odeślą mnie gdziekolwiek bądź, nawet poza
Poznań... Albo na dyżurze będą położne czy lekarz (w Raszei podobno
nie można mieć opłaconej położnej), którym nie będzie się chciało
skakać koło mnie i po najmniejszej linii oporu każą mi leżeć
plackiem, natną jak się tylko da, a potem położą się na moim brzuchu
i będą wypychać dziecko, żeby jak najszybciej zakończyć poród...
Z czytanych na forach wypowiedzi wynika, że bardzo istotne znaczenie
dla rodzącej ma nastawienie personelu szpitala podczas porodu i po
nim.... Że bardziej pamięta się znieważenie, niż ból.... A z
personelem wiadomo, bywa różnie....
Wiem, że moja wypowiedź jest długa, ale musiałam to napisać, bo
temat spędza mi sen z powiek. Czytając wszystkie informacje na temat
szpitali rodzi się we mnie niepokój, a zarazem bunt... Dlaczego w
XXI wieku kobiety muszą bać się porodu? Bać się nie tyle bólu (choć
swoją drogą podobno w Poznaniu zrobił się problem z ZZO), co
niepewności (czy przyjmą mnie do szpitala, czy będę skazana na
dzwonienie po róznych placówkach i błaganie o przyjęcie mnie na
oddział), rutyny i wykonywania zabiegów, od których odchodzi się
w "cywilizowanym" świecie, znieważenia, uprzedmiotowienia,
ignorancji czy kpin ze strony personelu przy upominaniu się o
respektowanie praw pacjenta. Nie boję się bólu fizycznego, boję się
tego, że tak wspaniałe wydarzenie, jakim jest przyjście dziecka na
świat będzie okupione niepotrzebnym stresem, złymi emocjami i
upokorzeniem...