krycha_nn
18.08.13, 13:29
Pełniąc funkcje publiczne Pan Andrzej Łuczycki musi się liczyć z pytaniami stawianymi choćby na tym forum. Nie przesądzam oczywiście czy sugestie dotyczące „polityki prorodzinnej” są zasadne. Jest jednak parę powodów aby padały:
Pan Łuczycki jest m.in. radnym sejmiku województwa a WORD też podlega sejmikowi. Zresztą, tak się przypadkiem składa, że - zastępca dyrektora WORD to też działacz radomskiej PO. Junior, Pan Jakub Łuczycki kandydował z list PO i także jest działaczem tej partii. Rozumiem zatroskanie ojca ale w sumie jego syn jest osobą dorosłą i skoro udziela się politycznie także powinien wiedzieć, że ludzie będą mu się przyglądać. Ojciec, od lat działający na forum publicznym nie powinien udawać naiwnego.
Politycznych klanów w Radomiu ( i nie tylko) jest znacznie więcej i zaczynam się zastanawiać czy powszechne partyjniactwo w instytucjach publicznych nie zaczyna ewoluować w coś na kształt systemu oligarchicznego. Może za parę lat będziemy (obowiązkowo) głosować na Rodziny zamiast na partie polityczne? Usłużne media wyjaśnią to ludowi czy jak się teraz mówi elektoratowi, że jest to nowy lepszy wariant demokracji. (Ostatnio podano, że Przywódca Korei Północnej oficjalnie zadekretował, iż tylko jego rodzina powinna sprawować najwyższą władzę w kraju). „Idźmy tą drogą” – parafrazując A. Kwaśniewskiego - drodzy działacze oraz młodzieżowcy z partyjnych przybudówek. Do szkół nie warto chodzić a w razie potrzeby jakiegoś świadectwa - wystarczy opłacać czesne.
Ktoś podał przykłady powiązań rodzinnych działaczy radomskiej prawicy. Oczywiście, nepotyzm i partyjniactwo są jednakowo naganne w wersji PO jaki i PiS czy PSL. Co ciekawe działacze partyjni – widać to też na forum – skłonni są wskazywać na politycznych oponentów mówiąc „patrzcie na nich robią to samo, dajcie nam spokój.” Ci ludzie są na tyle zdemoralizowani władzą, że nie przyjdzie im do głowy, iż nepotyzm i partyjniactwo to patologia życia publicznego, nieważne w czyim wydaniu. Co do korupcji i nepotyzmu to Polska ma wręcz tu historyczne tradycje więc można powiedzieć nihil novi. Z zazdrością można patrzeć na kraje skandynawskie i standardy życia publicznego.
I tak pączkują instytucje, wydziały i stanowiska do „czegoś tam” . Zatrudniani są specjaliści od PR, administracji, marketingu czy polityczni doradcy z wybitnym doświadczeniem w rozlepianiu plakatów wyborczych czy monitorowaniu wpisów w sieci. Jeśli ta „zaraza” się poważnie rozpanoszy - instytucja popada w tarapaty. Jeszcze niedawno krążyło takie określenie „Politechnika Rodzinna”. Inna konsekwencja „ataku specjalistów i ekspertów” to paraliż instytucji i pozorowanie działań. (W ostatnich latach polityczni specjaliści upodobali sobie także np. placówki kultury).
Analizując listy wyborcze można dostrzec jak nieproporcjonalnie wielu jest tam pracowników instytucji samorządowych oraz urzędów publicznych. Przypadek? Gdyby byli tacy dobrzy znajdowaliby częściej pracę w sektorze niepublicznym. Jakoś wygrywają tzw. „konkursy” tylko tam gdzie ich partia zdobyła władzę. Nikt chyba nie wierzy w te bajki o kompetencjach i konkursach. Zwłaszcza że instytucje publiczne to także świetna baza do prowadzenia kampanii wyborczych. Darmowy, papier, komputery, telefony, druk itp.
Te pasożyty – taki ich trzeba nazwać – gotowe są zrujnować instytucję i znaleźć sobie kolejną. Podatnik zapłaci. A płaci coraz więcej bo dług publiczny rośnie. Jednego odmówić im nie można: skuteczności i sprytu.