Gość: antychemia
IP: 84.38.160.*
30.10.09, 13:33
Tacy nauczyciele byli i są. Czy będą nadal - tutaj głowy nie dam sobie uciąć,
bo mnóstwo rzeczy musi wrócić z głowy na nogi. Tak jak było jeszcze niedawno,
gdy rodzice o tym że mają dzieci przypominali sobie nie tylko w niedzielę i
pod choinkę. Bo tak jest teraz, a zwalanie całej winy na szkołę to prosta
droga do jej egzekucji, także dosłownie. Ja też kiedyś byłem nauczycielem, a
moje kontakty z rodzicami były codzienne. Nie dlatego że ich wzywałem do
szkoły-naprawdę rzadko było to konieczne-ale dlatego że ich własne dziecko ich
interesowało, jego postępy w nauce, jego towarzystwo itp. Po prostu chcieli to
robić i znajdowali na te kontakty czas, zresztą z mą wzajemnością. Poniosłem
jednak jedyną porażkę pedagogiczną - z jednym uczniem (ok. 11-latkiem) nie
umiałem sobie poradzić ani ja ani szkoła, bo mama (tata po spełnionym akcie
ojcostwa gdzieś się w świecie zagubił) "wychowała" go bezstresowo. Kiedy
przekroczył już wszystkie granice tolerancji i perswazji wychowawczej, w
przypływie wściekłości jeden jedyny raz przylałem mu laską gimnastyczną w d...
Na drugi dzień mama ze "skatowanym" przeze mnie synkiem zameldowała się w
gabinecie dyrektora. Musiałem przeprosić, otrzymałem naganę, potem ze szkoły
odszedłem. Ale to nie koniec. Po paru latach dowiedziałem się że nastoletni
już chłopak przystawił mamie nóż do gardła, bo nie chciała mu dać
pieniędzy........