Dodaj do ulubionych

A może by tak...?

27.09.05, 20:13
I po wyborach...
Spoglądam na rozkład głosów na mapie kraju i stwierdzam, że tak jak i w
latach poprzednich się one jednako.
Otóż Polska głosami wyborców cięta jest niejako na odlew, ukośnie od prawa do
lewa.
Przy czym część wschodnia i południe usilnie od lat gardłują za tzw. prawicą.
Napisałem „tzw. prawica”, ponieważ wg mnie z prawdziwą prawicą ma to „coś”
tyle wspólnego co Kant z kanciarzami boć są to przecie socjalistyczne mrzonki
o państwie opiekuńczym przyozdobione „ślicznie” bogoojczyźnianymi hasełkami.

A może by tak zgodnie z wolą ludu utworzyć dwa regiony czy inne prowincje
(zwał jak zwał) i pozwolić na wcielenie w życie tego, za czym wyborcy usilnie
opowiadają się w swej większości od lat?
Mniemam, iż wystarczyłaby jedna kadencja (tyle ich już zmarnowano) by raz na
zawsze sprawdzić w praktyce mrzonki czy pobożne życzenia i wyborców i ich
wybrańców.
Ot po prostu budżet na pół i do boju! Oczywiście tu owo „do boju” zastąpiono
by zawołaniem „alleluja i do przodu” (zawołaniem jedynie słusznym oczywiście).

Najniższe ukłony!
Kombinujący M.J.
Obserwuj wątek
    • Gość: Kaktu$ Re: A może by tak...? IP: *.etobres.com.pl 27.09.05, 21:00
      nieźle to wykombinowałeś .....
      Palak potrafi! A jakże.

      ... powiem żonie, gdy będzie gotowała zupę, żeby moją część mniej soliła.
    • Gość: autor Re: A może by tak...? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.09.05, 00:32
      mjot czy ty na pewno chcesz przenieść się do innej części kraju??
      i dlaczego zmieniłeś nicka z mjot na mjot1?

      a poza tym to demokracja jest takim fatalnym ustrojem, że decyduje większość a
      większość to idioci
    • mjot1 Re: A może by tak...? 13.10.05, 14:47
      A przecie są państwa, w których poszczególne (nazwijmy je prowincje) mają dość
      sporą autonomię nie tylko w stanowieniu prawa. I jakoś dziwnym zbiegiem
      okoliczności jeszcze istnieją…

      A w międzyczasie jesteśmy już po kolejnym etapie wyborczym.
      Oczywiście rozkład głosów w poszczególnych częściach kraju jest taki, jakiego
      można było (i należało) się spodziewać.
      Ostatnio obiło mi się o uszy wiele wypowiedzi wyjaśniających ową niezmienną
      konsekwencję większości wyborców południowo wschodniej części kraju.
      Mądre owe głosy dowodzą ni mniej ni więcej, że:
      To tu właśnie zamieszkuje najzdrowszy trzon narodu naszego (w odróżnieniu od
      reszty kraju, którą zamieszkuje ot jakaś tam nierozumna zbieranina „zza Buga”).
      To w byłym zaborze austriackim zamieszkuje lud stanowiący sól ziemi polskiej.
      Tu najgłębiej zakorzeniona jest tradycja i wiara, wartości będące opoką naszej
      polskości i w ogóle naszego istnienia.

      Ta… Świadomość i wartości... nie spotykane nigdzie w takim stężeniu. Sama
      dobroć.
      A przecie to właśnie ten jakże radosny i szczery lud, właśnie tu kierując się
      owymi jedynie słusznymi wartościami zafundował nam swego czasu Rabację.
      A ja uważam, że do tego czasu niewiele się tu zmieniło…
      Hasło „zabrać tym, co cokolwiek mają (więc złodziejom) nadal jest hasłem bardzo
      tu chwytliwym…
      Cóż… Chłop potęgą jest i basta! No i wartości…

      Do Autora:
      Nicka raczej nie zmieniałem… (może to nie ja?)
      No i już chyba osiadłem tu na stałe :-)

      Najniższe ukłony!
      Gdyby tradycja i wiara świętością były nienaruszalną dla naszych praszczurów to
      siedzielibyśmy nadal w jaskiniach.
      Twierdzący M.J.
      • Gość: mijscowy Re: A może by tak...? IP: *.visp.energis.pl 13.10.05, 17:03
        Mjocie - byt kształtuje świadomość - pomijam kto to powiedział ale to wcale nie
        jest takie głupie.
        Wystarczy popatrzeć jak głosuje emigracja z Polski - najczęściej właśnie Polski
        B i C na Zachodzie. Pytanie jak głosowałaby gdyby dalej klepała biedę tutaj
        jest raczej retoryczne.

        Jedno mnie tylko dziwi, bo ciągle naiwnie wierzę, że receptą na biedę czy
        wszelki rodzaj zacofania jest edukacja nauka i poprawa warunków bytowania:
        dlaczego ci którzy wiedzą lepiej i zdają się być mądrzejsi nie robią nic żeby
        te krajowe kręgi biedy i ciemnoty na wzór polskich emigrantów zamieniać w
        rosnącą rzeszę światłych ich zwolenników, umożliwiając (a nie utrudniając) im
        dostęp do nauki, do kształcenia, do życia w państwie, które wyrównuje
        dysproporcje, a nie je pogłebia. A jak popatrzeć na to co się od kilkunastu lat
        dziej teo te dysproporcje się jednak pogłebia - tylko z nadzieją na co?
        • mjot1 Re: A może by tak...? 14.10.05, 19:44
          Hm...
          Wszyscy wykształceni...
          Wszędy równość, braterstwo i dobrobyt...
          W naturze powszechnie panuje nierówność i totalna walka.
          Ot takie są odwieczne prawa natury. A ustanowiła je sama Opatrzność.
          Musi być zło byśmy wiedzieli, co dobrem jest.
          Czy ktokolwiek rozsądny uwierzyć jest w stanie, że zapanuje raj na ziemi?
          Szczególnie „Tej ziemi”?
          Jak tu edukować? Na siłę?
          I czy to ma w ogóle sens? Wszak szkolnictwo z wolna ulegając „reprywatyzacji”
          niepostrzeżenie staje się na powrót (przy)parafialne ku uciesze tzw. elektoratu.

          Dziś święto tych, którzy kaganek oświaty niosą dzierżą w ciemności.
          Jak sądzicie, jaki procent naszej społeczności ma pojęcie z jakiejż to okazji
          święto owo?
          Wczoraj miałem wątpliwą przyjemność usłyszeć rozmowę, podczas której kilka osób
          (z wyższym i średnim wykształceniem) zastanawiało się (na trzeźwo) o jakiegoż
          to świętego chodzi i czy to czasem nie z okazji wiadomego pontyfikatu?
          Cóż... czyż się dziwić? Wszędy jak Polska szeroka msza za mszą.

          Najniższe ukłony!
          Zdegustowany M.J.
          • Gość: miejscowy Re: A może by tak...? IP: *.visp.energis.pl 15.10.05, 12:55
            Tu nie o raj chodzi, tylko o to, żeby nie tworzyć tak znienawidzonemu
            populizmowi coraz to bardziej cieplarnianych warunków. Na razie wszelaka
            samozwańcza awangarda światłości i mądrości tego kraju zachowuje się jak
            sypiący piasek w tryby, które własnoręcznie wprawia w ruch.
            Nie miejsce tu na pisanie o przyczynach ale całość wygląda na kiepską farsę co
            najwyżej a nie troskę o sprawy publiczne.

            Co do wolności równości braterstwa - no coż, coś musi byc w tym że to nie
            Europa cywilizacyjnie goni Afrykę z jej prawami dżungli i maczety (gdy
            próbowała źle się to kończyło), tylko na odwrót. Skądś się to musiało wziąć.
            Może marksiści winni? A może Żydzi? A może masoneria? A może Kościoł i
            katolicy? Może kapitaliści? A może każdy po trochu?

            Podejrzewam również że ta sama Opatrzność jednak dała nam parę zwojów więcej
            niż np. łosiowi. Dlatego nie sypiamy w trawie (chyba ze ktoś się uprze i za
            własne pieniądze) a nasze jaskinie stają się coraz bardziej wymyślne
            niekoniecznie wytworem naszych rąk własnych. Tym sposobem znajduje się w tej
            rzeczywistości miejsce i dla profesora, inżyniera, nauczyciela, hydraulika,
            murarza i dla sprzątaczki.

            Nikt przeważnie tego nie nazywa rajem, tylko czasem cynicznie - cywilizacją.
            Chyba że ze swoim kagankiem pobłądził w krzakach.
            • mjot1 Re: A może by tak...? 16.10.05, 11:20
              Hm... Jeśli popatrzeć wstecz to ludzkość (czy tego sama chce czy nie) to choć
              mozolnie jednak brnie do przodu.
              Nie pomyka dziarsko drogą gładką i prostą o nie! raczej człapie bezdrożami,
              krok za krokiem, zygzakami czy nawet „spiralnie” zawracając często lecz ogólny
              kierunek jest jednak niezmienny od jej zarania: „do przodu”.

              Piszesz Waść:
              „Na razie wszelaka samozwańcza awangarda światłości i mądrości tego kraju
              zachowuje się jak sypiący piasek w tryby, które własnoręcznie wprawia w ruch”.
              Cóż... Wg mnie to normalne dla gatunku ludzkiego. Tak było, jest i będzie. Boć
              nieprawdą jest, że człowiek z zasady swej jest altruistą i kierując
              się „miłością bliźniego swego” odda się społeczności. Człowiek w masie swej
              jest raczej zachowawczy i tylko wyjątki, tylko ludzie odbiegający od ogółu,
              więc nienormalni chcą zmieniać i zmieniają świat.
              Lecz takich ludzi nie wyłoni się w ramach demokratycznych wyborów. Takie
              jednostki tylko w chwilach chaosu mogą wypłynąć i mieć wpływ (przeważnie wbrew
              ogółowi) na wytyczenie trasy owego „marszu”.
              Dziwne ale przyspieszenia w tym „marszu” następują w chwilach zdawałoby się dla
              tejże ludzkości tragicznych, w chwilach wojen czy jakichś innych rewolt.
              Jak już gdzieś o tym gryzmoliłem:
              Tylko wojna czy rewolucja (zwał jak zwał) powoduje, że zmiany nie są li tylko
              jakąś kosmetyką, pudrem na stare zmarszczki.
              Tylko wojna zdolna jest zerwać stare powiązania, skruszyć układy, obnażyć
              prawdziwe oblicze panujących.
              Tylko wojna potrafi wykreować nowych bohaterów, właściwych i prawdziwych wodzów
              (to w takich chwilach możliwe jest że jakiś ulicznik zostaje wodzem).
              Tylko dzięki niej społeczeństwo potrafi wykrzesać nowe drzemiące dotychczas
              siły a intelekt ludzki zaczyna pracować ze zwielokrotnioną wydajnością.
              Wojna niesie ze sobą zniszczenie infrastruktury, wszelakich dóbr materialnych,
              urealnia wartość wszystkiego, powodując potrzebę odbudowy wymusza zwiększenie
              zatrudnienia.
              Wojna w końcu powoduje śmierć wielu istnień ludzkich, których obecnie jest
              nadmiar wyraźny na tym pięknym skądinąd globie... To dzięki wojnie mamy swój
              kawałek Ziemi nie tratując się wzajemnie.
              To dzięki wojnie właśnie mamy do dyspozycji „wspaniałe” wytwory myśli ludzkiej
              (nie wspominając o zmianach społecznych): sprzęty codziennego użytku,
              samochody, samoloty, loty kosmiczne, lekarstwa, tkaniny...
              Litanię można mnożyć...
              Oczywiście to wszystko prędzej czy później nastąpiłoby i bez krwi przelewania,
              lecz myślę że raczej „później”.
              A lud? Cóż... Lud w swej masie kierując i żywiąc się wartościami typu tradycja
              i wiara jak zawsze będzie opóźniał ten marsz ku własnemu dobru za wszelką cenę
              i wbrew sobie. Ot masa i jej zwykła bezwładność...

              Najniższe ukłony!
              Prowadząc już osiadły tryb życia i spokoju łaknący wiec niechętny rewoltom :-)
              M.J.
              • Gość: miejscowy Re: A może by tak...? IP: *.visp.energis.pl 17.10.05, 15:20
                Mjot napisał:

                > Jeśli popatrzeć wstecz to ludzkość (czy tego sama chce czy nie) to choć
                > mozolnie jednak brnie do przodu.
                > Nie pomyka dziarsko drogą gładką i prostą o nie! raczej człapie bezdrożami,
                > krok za krokiem, zygzakami czy nawet „spiralnie" zawracając często
                > lecz ogólny
                > kierunek jest jednak niezmienny od jej zarania: „do przodu".
                > /.../
                > A lud? Cóż... Lud w swej masie kierując i żywiąc się wartościami typu
                > tradycja i wiara jak zawsze będzie opóźniał ten marsz ku własnemu dobru za
                > wszelką cenę i wbrew sobie. Ot masa i jej zwykła bezwładność...

                Lud jak by nie patrzeć jest częścią (może nawet większą) tych kroczących do
                przodu i warto go doceniać nawet gdy nie widzimy w tym sensu. W ogóle warto
                doceniać wiele rzeczy które wydają nam się głupie, niemądre, niepotrzebne itd,
                po prostu dlatego, że nie zawsze takie są rzeczywiście a poza tym robią jedną
                piękną rzecz: strącaja nas z piedestałów nieomylności które sami dla siebie
                wznosimy. Sam pisałeś że musi istnieć zło, żebyśmy wiedzielli co to jest dobro.
                Jak wziąć poprawkę, że nasze dobro to niekoniecznie obiektywne dobro, a zło dla
                nas to nie zawsze zło w ostatecznym rozrachunku, to wszystko - nawet głupota:
                cudza, własna - ma swoje zasługi i godne miejsce w historii - jako zaczyn
                mądrości czy zdrowego rozsądku.

                Nie sądzę by szukanie recept na szczęście czy postęp w wojnie albo w braku
                wartości (zasad życia w ludzkim stadzie) - mimo że taki właśnie bywa świat - to
                były sposoby na rozwój i dobrobyt. Postęp dzięki wojnie to wyścig dla
                przetrwania przy istniejącym śmiertelnym zagrożeniu, więc z jego dobroczynnymi
                skutkami po niej można się czasem przeliczyć i zamiast przyspieszenia znaleźć
                się w rzeczywistości gdzie więcej się traci niż zyskuje - nie tylko jako
                jednostka, ale jako społeczeństwo, a może nawet i jako coś więcej.

                Historia co prawda zna - przenoszone fascynacjami ze zwierzęcego świata -
                przypadki przekonania o prawie zwyciężcy do stanowienia o losie i życiu
                pokonanych, ale ulegający im z reguły sami kończyli marnie, zostawiając po
                sobie zgliszcza, trupy i niesławę. Przy dzisiejszym poziomie techniki i dostępu
                do informacji byłaby już recepta na chaos i samozagładę. W przyrodzie (nie
                licząc kataklizmów ale to siła wyższa) nie istnieje opętańcze masowe zabijanie -
                u ludzi niestety tak. Raczej więc nie w świecie wartości (religijnych?), także
                nie w tym, że inni maja prawo myśleć inaczej niż ja, ani nie w tym, że daję
                prawo innym osiągać więcej niż ja sam osiągnąłem - leży przyczyna dokuczliwej
                głupoty czy zła.

                W gruncie rzeczy zależymy od siebie nawzajem (i to chyba coraz bardziej) i ten
                mniej lub bardziej skrywany sępi instynkt trzeba ująć w karby i go zechcieć z
                pożytkiem wykorzystywać: masz prawa jak innni - pokaż więc w zdrowym i realnym
                współzawodnictwie, żeś lepszy od nich - z korzyścią dla ciebie i z pożytkiem
                dla obcej ci reszty stada. Dlatego jednak wolę edukację tłumu od rozpierduchy,
                która go cyklicznie i boleśnie przesiewa.

                Nie w wartościach upatrywałbym źródeł nieszczęść, tylko w tym właśnie, że mówi
                się pięknie o nich, a wbrew nim działa albo chce działać. Sposób na
                szczęśliwość powszechną pewnie nie polega na nadmiarze wiary w ludzi, ale też
                na pewno nie polega na skrajnym pesymiźmie i tych ludzkich (nawet z pozoru
                nierealnych) kodeksów obalaniu.
                Burzenie nie buduje, a już szczególnie jak się nie ma nic sensownego do
                zaproponowania w zamian.

                życząc przekornie pozytywnych jeszcze zaskoczeń z rzeczywistości nas
                otaczającej
                pozdrawiam
              • Gość: miejscowy Re: A może by tak...? IP: *.visp.energis.pl 17.10.05, 15:22
                Mjot napisał:

                > Jeśli popatrzeć wstecz to ludzkość (czy tego sama chce czy nie) to choć
                > mozolnie jednak brnie do przodu.
                > Nie pomyka dziarsko drogą gładką i prostą o nie! raczej człapie bezdrożami,
                > krok za krokiem, zygzakami czy nawet „spiralnie" zawracając często
                > lecz ogólny
                > kierunek jest jednak niezmienny od jej zarania: „do przodu".
                > /.../
                > A lud? Cóż... Lud w swej masie kierując i żywiąc się wartościami typu
                > tradycja i wiara jak zawsze będzie opóźniał ten marsz ku własnemu dobru za
                > wszelką cenę i wbrew sobie. Ot masa i jej zwykła bezwładność...

                Lud jak by nie patrzeć jest częścią (może nawet większą) tych kroczących do
                przodu i warto go doceniać nawet gdy nie widzimy w tym sensu. W ogóle warto
                doceniać wiele rzeczy które wydają nam się głupie, niemądre, niepotrzebne itd,
                po prostu dlatego, że nie zawsze takie są rzeczywiście a poza tym robią jedną
                piękną rzecz: strącaja nas z piedestałów nieomylności które sami dla siebie
                wznosimy. Sam pisałeś że musi istnieć zło, żebyśmy wiedzielli co to jest dobro.
                Jak wziąć poprawkę, że nasze dobro to niekoniecznie obiektywne dobro, a zło dla
                nas to nie zawsze zło w ostatecznym rozrachunku, to wszystko - nawet głupota:
                cudza, własna - ma swoje zasługi i godne miejsce w historii - jako zaczyn
                mądrości czy zdrowego rozsądku.

                Nie sądzę by szukanie recept na szczęście czy postęp w wojnie albo w braku
                wartości (zasad życia w ludzkim stadzie) - mimo że taki właśnie bywa świat - to
                były sposoby na rozwój i dobrobyt. Postęp dzięki wojnie to wyścig dla
                przetrwania przy istniejącym śmiertelnym zagrożeniu, więc z jego dobroczynnymi
                skutkami po niej można się czasem przeliczyć i zamiast przyspieszenia znaleźć
                się w rzeczywistości gdzie więcej się traci niż zyskuje - nie tylko jako
                jednostka, ale jako społeczeństwo, a może nawet i jako coś więcej.

                Historia co prawda zna - przenoszone fascynacjami ze zwierzęcego świata -
                przypadki przekonania o prawie zwyciężcy do stanowienia o losie i życiu
                pokonanych, ale ulegający im z reguły sami kończyli marnie, zostawiając po
                sobie zgliszcza, trupy i niesławę. Przy dzisiejszym poziomie techniki i dostępu
                do informacji byłaby już recepta na chaos i samozagładę. W przyrodzie (nie
                licząc kataklizmów ale to siła wyższa) nie istnieje opętańcze masowe zabijanie -
                u ludzi niestety tak. Raczej więc nie w świecie wartości (religijnych?), także
                nie w tym, że inni maja prawo myśleć inaczej niż ja, ani nie w tym, że daję
                prawo innym osiągać więcej niż ja sam osiągnąłem - leży przyczyna dokuczliwej
                głupoty czy zła.

                W gruncie rzeczy zależymy od siebie nawzajem (i to chyba coraz bardziej) i ten
                mniej lub bardziej skrywany sępi instynkt trzeba ująć w karby i go zechcieć z
                pożytkiem wykorzystywać: masz prawa jak innni - pokaż więc w zdrowym i realnym
                współzawodnictwie, żeś lepszy od nich - z korzyścią dla ciebie i z pożytkiem
                dla obcej ci reszty stada. Dlatego jednak wolę edukację tłumu od rozpierduchy,
                która go cyklicznie i boleśnie przesiewa.

                Nie w wartościach upatrywałbym źródeł nieszczęść, tylko w tym właśnie, że mówi
                się pięknie o nich, a wbrew nim działa albo chce działać. Sposób na
                szczęśliwość powszechną pewnie nie polega na nadmiarze wiary w ludzi, ale też
                na pewno nie polega na skrajnym pesymiźmie i tych ludzkich (nawet z pozoru
                nierealnych) kodeksów obalaniu.
                Burzenie nie buduje, a już szczególnie jak się nie ma nic sensownego do
                zaproponowania w zamian.

                życząc przekornie pozytywnych jeszcze zaskoczeń z rzeczywistości nas
                otaczającej
                pozdrawiam
                • mjot1 Re: A może by tak...? 18.10.05, 19:54
                  Gdzieś tam wyżej wspomniałem o uliczniku, który okazać się może doskonałym
                  wodzem ciągnącym resztę „do przodu”.
                  A „elyty”? No cóż... Oni to wszystko ponoć dla nas...
                  Tak śledzę poczynania naszych wybrańców z coraz większym zażenowaniem a pewne
                  słowa (napisane kiedyś przez pewnego masona) same się nasuwają...
                  „Gęby za lud krzyczące sam lud w końcu znudzą,
                  I twarze lud bawiące na końcu lud znudzą.
                  Ręce za lud walczące sam lud poobcina.
                  Imion miłych ludowi lud pozapomina.
                  Wszystko przejdzie. Po huku, po szumie, po trudzie
                  Wezmą dziedzictwo cisi, ciemni, mali ludzie”

                  Hm... Ponoć z chaosu wszystko powstało...

                  Najniższe ukłony!
                  Z wyrazami szacunku dla rozmówcy tak sympatycznego (boć to w świecie, w którym
                  dysputy prowadzi się z twarzą skrytą rzadkość wielka) M.J.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka