Gość: abw
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
17.12.04, 10:25
www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_041217/publicystyka/publicystyka_a_9.html
W roku 2000 burmistrz Amsterdamu zaprosił delegację forum
niemiecko-holenderskiego do swojej siedziby w pięknej amsterdamskiej dzielnicy
Jordan. W przemówieniu poprzedzającą koktail mocno i dumnie podkreślił, że
Amsterdam to otwarte światowe miasto, którego mieszkańcy są dumni z tego, że
przyjęli tylu imigrantów. "Jesteśmy wielokulturowym miastem", rzekł, "i
jesteśmy z tego dumni." To tylko cztery lata temu. Dziś powiedziałby zapewne,
że "jesteśmy wielokulturowym miastem, i mamy z tego powodu duży ból głowy..."
Czy Amsterdam, gdzie kilkanaście mniejszości religijnych, etnicznych i
kulturowych żyje obok siebie - często, jak w południowych dzielnicach, w
swoistych gettach - jest miastem wielokulturowym? Czy wystarczy wpuścić
imigrantów, dać im dach nad głową i zakazać rasizmu, aby uchodzić za
multikulturowy? Większość holenderskich imigrantów szybko dostaje obywatelstwo
- ale urzędy, ludzie na ulicach, media jeszcze do trzeciego pokolenia
odróżniają prawdziwych Holendrów od "allochtonów".
Zadałem sobie to samo pytanie, kiedy przyjechałem do Wrocławia i dowiedziałem
się, że miasto to w przekonaniu większości jego mieszkańców też jest miastem
wielokulturowym.
Na rynku często słyszę hiszpański, niemiecki, czasami czeski, dużo angielskich
wyrazów i od czasu do czasu widzę tam też francuskich turystów. W przeszłości
Wrocław był miastem czeskim, austriackim, niemieckim, śląskim - przymiotniki
można mnożyć niemal do woli, ale czy przechodzenie miasta z rąk do rąk i
wymiana ludności stanowią już o wielokulturowym charakterze? Czy Wrocław jest
dziś wielokulturowy dlatego, że część Niemców, kiedyś stąd wygnanych, dziś
wraca jako turyści do miasta, na którym polska inteligencja ze Lwowa odcisnęła
swoje piętno?
Podczas moich podróży poznałem tylko jeden kraj, który w moich oczach może
pretendować do miana wielokulturowego. To Belgia, gdzie Walończycy,
Flamandowie, francuskojęzyczni mieszkańcy Brukseli i niemieckojęzyczni
mieszkańcy pogranicza cieszą się tak szeroką autonomią, że Rada Europa ciągle
ma problemy z ustaleniem, kto w Belgii jest większością, a kto mniejszością, i
kogo należy bronić przed dyskryminacją. W Belgii są trzy języki urzędowe
(francuski, niderlandzki i niemiecki), trzy regiony, trzy wspólnoty językowe i
sześć parlamentów, w których każdy może blokować każdego w odwecie za
dyskryminację - wobec czego dyskryminacji nie ma z obawy, aby nie zostać
zablokowanym.
I w szkołach każda grupa musi się uczyć języków pozostałych grup, a kto chce
się sprawnie poruszyć na rynku pracy, musi też znać kulturę i mentalność
sąsiadów. Trudno to sobie wyobrazić w Amsterdamie lub Wrocławiu.
KLAUS BACHMANN
Autor jest wieloletnim korespondentem w Polsce, na Białorusi, na Ukrainie i w
Brukseli; obecnie kierownikiem Katedry Politologii w Centrum Studiów
Niemieckich i Europejskich im. Willy'ego Brandta we Wrocławiu