Dodaj do ulubionych

prawo jazdy - stresy i smiechy

IP: 10.40.65.* 19.04.01, 13:11
Czy pamietacie zabawne, smieszne wydzarzenia z Waszego kursu lub egzaminu na
prawo jazdy? Moze przytrafilo Wam sie cos niemilego? Spotkaliscie instruktora
ekscentryka albo egzaminatora dziwaka? A moze kurs i egzamin to byl jeden
wielki krzyk szkolacego albo egzaminujacego? Jak wspominacie Wasz kurs i
egzamin na prawko?
Obserwuj wątek
    • Gość: Bea Re: prawo jazdy - stresy i smiechy IP: 195.205.145.* 19.04.01, 13:28
      Ja akurat wspominam swój kurs i egzamin bardzo miło.
      Trafiłam na kompetentnego i sympatycznego instruktora. A egzaminator....
      cóż ..... chyba był z tych pobłażliwych (nie ma ich wielu), bo zdałam za
      pierwszym razem mimo dwóch błędów (miałam świadomość ich popełnienia i po
      powrocie z jazdy egzaminacyjnej byłam przekonana, że usłyszę:" no to spotkamy
      się następnym razem").
      Jeśli chodzi o instruktora - szczerze życzę wszystkim uczacym się, aby trafiali
      tylko do takich :)
    • Gość: Piotr Re: prawo jazdy - stresy i smiechy IP: 156.24.231.* 19.04.01, 14:20
      Ja zdałem gładko. Co wiecej, nikt z mojej grupy nie oblał ani teorii ani jazdy.
      Wszyscy zdali za pierwszym razem, uwierzycie?
      Ale sporo moich znajomych nie miało już tyle szczęścia. Kilkoro zdało dopiero
      po wielu podejściach i to za łapówkę. Żadne z nich nie miało dotąd poważnego
      wypadku.
      Z jednej strony auto to najbardziej śmiercionośna zabawka, więc kwalifikacje
      kierowców powinny być rygorystycznie sprawdzane, z drugiej jednak strony jak
      wyłapać frajerów zdolnych, ale nie dość dojrzałych by zapanować na emocjami i
      zdjąć od czasu do czasu nóżkę z gazu?
    • Gość: mabr Re: prawo jazdy - stresy i smiechy IP: 212.75.78.* 19.04.01, 14:30
      To było około rok temu.
      Zdawałem na zupełnie innym aucie niż się uczyłem jeździć i słabo je na początku
      czułem.
      Dwa razy zgasł mi silnik, raz na parkingu i raz przy ruszaniu spod przejścia
      dla pieszych.
      Chwilę potem udowodniłem jednak egzaminującemu, że potrafię wyczuć auto-
      ruszając pod stromą górę bez użycia ręcznego.
      Nie zrobiłem żadnych innych błędów, a nawet egzaminujący mnie pochwalił za
      jazdę. Dlatego byłem pewien, że zdam.
      Niestety, Pan Egzaminator stwierdził, że zgaśnięcie silnika to wystarczający
      powód, żeby mi nie zaliczył i... on wie lepiej, bo 27 lat pracował jako
      instruktor w wojsku.
      Szkoda, że nie ma ŻADNEJ kontroli zabraniającej idiotom pracować na tak
      odpowiedzialnych stanowiskach...
      • Gość: smiechu Re: prawo jazdy - stresy i smiechy IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 21.04.01, 11:42
        Gasnie dwa razy silnik i jeszcze jestes wzburzony ze cie nie przepuscil???
        Potem taki koles pojedzie na ulice i na srodku skrzyzowania mu zgasnie i co
        wtedy? Ha? Pierwsza rzecza jaka ucza jest umiejetnosc ruszania skoro jej nie
        umiesz to o czym ty marzysz?
        • Gość: mabr smiechu, chyba nie doczytałeś... IP: 212.75.78.* 21.04.01, 13:24
          Smiechu, zrób mi łaskę i nie odpowiadaj bez czytania
          tego, na co odpowiadasz...
          Pisałem, że silnik zgasł 2 razy na początku, zanim
          wyczułem auto.
          To się może zdarzyć nawet doświadczonemu kierowcy
          przesiadającemu się np. do wypożyczonego auta.
          To po kwestia przyzwyczajeń, nie umiejętności.
          • Gość: Smiechu Re: smiechu, chyba nie doczytałeś... IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 24.04.01, 22:28
            Mabr wybacz ale nie widze w twoich artykule slowa o tym ze gasl Ci na poczatku.
            Napisales ze gasl na przejsciu dla pieszych. Poza tym to potrzymuje swoje
            zdanie. Nowy samochod i co? Koniec swiata nie dajesz rady ruszyc? Przyznaj ze
            teraz kiedy juz jestes troche objechany to juz bys mogl z kazdego samochodu bez
            problemu przejsc i nie mial bys zadnych problemow z ruszaniem.
            • Gość: mabr Re: smiechu, chyba nie doczytałeś... IP: 212.75.78.* 25.04.01, 08:39
              Przyznaję, przyznaję...
              A jednak nie uważam, żebym został potraktowany sprawiedliwie, zwłaszcza z tego
              powodu, że egzaminujący nie miał mi NIC innego do zarzucenia prócz dwukrotnego
              zgaśnięcia silnika w ciągu pierwszych kilku minut.
      • Gość: Kola Re: prawo jazdy - stresy i smiechy IP: *.oulu.fi 22.04.01, 20:02
        Gość portalu: mabr napisał(a):

        > To było około rok temu.
        > Zdawałem na zupełnie innym aucie niż się uczyłem jeździć i słabo je na początku
        >
        > czułem.
        > Dwa razy zgasł mi silnik, raz na parkingu i raz przy ruszaniu spod przejścia
        > dla pieszych.
        > Chwilę potem udowodniłem jednak egzaminującemu, że potrafię wyczuć auto-
        > ruszając pod stromą górę bez użycia ręcznego.
        > Nie zrobiłem żadnych innych błędów, a nawet egzaminujący mnie pochwalił za
        > jazdę. Dlatego byłem pewien, że zdam.
        > Niestety, Pan Egzaminator stwierdził, że zgaśnięcie silnika to wystarczający
        > powód, żeby mi nie zaliczył i... on wie lepiej, bo 27 lat pracował jako
        > instruktor w wojsku.
        > Szkoda, że nie ma ŻADNEJ kontroli zabraniającej idiotom pracować na tak
        > odpowiedzialnych stanowiskach...


        Pewnie na punciaku jezdziles a na mikrze zdawales , co nie?
        oblalem w dokladnie taki sposob jak ty, ale potem zorientowalem sie ze bodaj
        w soboty o 16ej sa egzaminy na punto i poszlo lepiej:)
    • Gość: Kazio Re: prawo jazdy - stresy i smiechy IP: *.chem.uni.wroc.pl 25.04.01, 12:04
      Ja zdawalem dawno temu (prawie 10 lat), na maluchu.
      Sam egzamin poszedl mi bez problemow, stresow itp., ale rownolegle inna grupa
      zdawala u jakiejs baby-egzaminatorki, ktora robila wszystko, zeby ludzi oblac.
      Np. podczas slynnych parkowan tylem miedzy slupkami mierzyla wszystkim
      odleglosc opon od kraweznika.
      Ciekawiej mialem z instruktorem, a juz szczegolnie z samochodem (jesli maluch
      to w ogole samochod). Fiacikowi w trakcie kursu popsul sie uklad kierowniczy i
      pol kursu mielismy fitness club zamiast prowadzenia samochodu. Kierownica
      chodzila strasznie ciezko, po dwoch godzinach jazdy rak nie czulem (a nie
      jestem wcale slaby w lapach!).
      Ale na szczescie instruktor w koncu to naprawil, doslownie w przedzien
      egzaminu. Pewnie dlatego mie sie lekko zdawalo...
      • Gość: marsha Re: prawo jazdy - stresy i smiechy IP: *.kask.net.pl 25.04.01, 20:55
        prawo jazdy-stresy!!!
        przez "dobrą" radę mojego instruktora,który wrzasnął abym dała gaz do dechy
        przed skrzyżowaniem,choć już było światło czerwone(!),nieomal staliśmy się
        mordercami...mały kundelek wbiegł na jezdnię i toczony był pod samochodem
        przez całe skrzyżowanie. szczęśliwie trafił między koła.przeżył.
        kilka przecznic dalej: na ulicy znienacka pojawił się staruszek-chciał zrobić
        sobie skrót.wyhamowałam.przeżył.
        to był mój pierwszy dzień jazdy "po mieście"...niewiele brakowało abym
        zrezygnowała.
        • Gość: Olin Re: prawo jazdy - stresy i smiechy IP: *.satkabel.com.pl 25.04.01, 22:33
          A ja mialem na swoim egzaminie pare przygod, opowiem Wam najbardziej zabawna
          (?) z nich. Nadmienie, ze zdalem za pierwszym razem.

          Zdawalem na fiacie Uno w 1998. Nie wiem, jak to jest we Wroclawiu, w kazdym
          razie w Walbrzychu, gdzie zdawalem, place manewrowe Woj. Osr. Egzaminacyjnego
          byly, hm, dosc mocno skompresowane. I tak, luki sasiednich stanowisk byly ze
          soba polaczone. Wyobrazcie sobie sytuacje nastepujaca - robie sobie spokojnie
          pierwszy manewr - luk w lewo. Dojechalem do pacholka, odwracam glowe do tylu i
          cofam... I w tym momencie slysze huk i uderzenie z przodu... To pani, zdajaca
          na sasiednim stanowisku, rozpedzila sie za bardzo i wjechala prosto we mnie!
          Malo tego, spanikowala straszliwie i zamiast hamulca wcisnela pedal gazu! Coz
          mi pozostalo - wcisnalem sprzeglo, zeby uszkodzenia byly jak najmniejsze i
          czekalem, az pani skojarzy, ze wcisnela nie ten pedal. Skojarzyla w koncu.
          Uszkodzenia nie byly zbyt duze - w "moim" Uno pekniety klosz kierunkowskaza, a
          u niej - przesuniety zderzak.
          Mimo, ze manewr mi nie wyszedl za dobrze - pani zepchnela mnie troszke :) - nie
          musialem go powtarzac... Ale potem zaczal sie horror, bo dostalem jakiegos
          ataku smiechu (histeria), az mi lzy poplynely, a to jednak przeszkadza troche w
          manewrach, zwlaszcza ze mgla byla okropna (zapytajcie sie kogos, jakie mgly sie
          zdarzaja w Walbrzychu - i w ogole w gorach :] ), co dodatkowo utrudnialo
          widocznosc i wszystkie manewry, lacznie z ruszaniem z recznego, musialem
          powtarzac. Oczywiscie w tym ostatnim nie widocznosc mi przeszkodzila, tylko
          kolejny atak smiechu. Wtedy jeszcze nie bylo losowania - trzeba bylo przejechac
          caly plac. Ale grunt, ze wszystko dobrze sie skonczylo. Tak, czy owak - nikomu
          zadnych kolizji nie zycze, ani na egzaminie, ani pozniej.

          Pozdrawiam
          Olin, Walbrzych
    • Gość: Pafik Re: prawo jazdy - stresy i smiechy IP: *.kom-net.pl 25.05.01, 22:57
      Postanowilem ocalic ten watek, ale nie z czystej przyjemnosci ocalania, tylko
      poniewaz mam cos do powiedzenia.

      Otoz pragne obwiescic, ze zdalem egzamin praktyczny jezdzac po miescie bez
      pasow.

      To byl mrozny dzien stycznia, swiezo po lekkim opadzie atmosferycznym. Egzaminy
      odbywaly sie wtedy na Orzechowej.
      Jak stwierdzili "dobrze poinformowani" do naszej grupy zostal przydzielony
      egzaminator, znany jako najwieksza szuja. Pozwolcie, ze bede go dalej nazywal
      wlasnie per Szuja.
      I rzeczywiscie, ponad polowe skladu oblal na manewrach (czesto sytuacje bardzo
      dyskusyjne), a dalszych kilka osob na jezdzie. W sumie z 15 osob zdalo bodajze
      5.
      Na miasto jechalem jako ostatni, zmrok juz dawno zapadl. Pomny rad instruktora,
      po zajeciu miejsca w ciasnym 126p poczalem ustawiac wszystko co sie tylko dalo.
      Odsunalem siedzisko, ustawilem kat oparcia, wysunalem zaglowek. Znow
      skorygowalem oparcie. Poprawilem wszystkie mozliwe lusterka, lacznie z
      lusterkiem Szui. Wszystkim tym zabiegom towarzyszylo coraz bardziej
      zniecierpliwione jego mlaskanie. W koncu uznalem, ze obleje mnie zanim rusze i
      na wszelki wypadek zapuscilem motor. Mimo zmroku wyczulem wdzieczne spojrzenie
      Szui. Ale dzieki jego zniecierpliwieniu nie zauwazyl, ze nie zapialem pasow. Ja
      tez o tym nie wiedzialem, az do samego konca.
      Najwiekszy zgrzyt podczas jazdy: skrecalem na swiatlach w lewo z Kamiennej w
      Borowska (skrzyzowanie kolizyjne). Wjechalismy na skrzyzowanie na zielonym.
      Trzeba bylo poczekac, bo z naprzeciwka jechaly inne wozy. Przede mna skrecal
      jeszcze jeden samochod. Poznalem go od razu... jechal nim moj ojciec! Jak sie
      pozniej okazalo rodzinka byla zaniepokojona przedluzajaca sie nieobecnoscia
      synalka i ojciec postanowil zbadac sytuacje. I prawie zbadal na amen, bo on
      zdazyl skrecic zanim swiatla sie zmienily, a ja juz nie. Z tym, ze to Szuja
      nacisnal na hamulec. Na szczescie wczesniej uprzedzilem go kto kieruje
      samochodem przed nami. Szuja byl chyba zwolennikiem polityki prorodzinnej, bo
      pomimo wydania z krtani glosnej onomatopei (ktora zmrozila mi krew w zylach)
      postanowil mnie jeszcze nie oblewac. Od tego momentu czulem, ze wystarczy, iz
      zle zrobie wydech, a Szuja z satysfakcja powie "panu juz dziekujemy".
      Na szczescie nie dalem mu tej mozliwosci i dojechalismy z powrotem na
      Orzechowa. Jakiez bylo moje zdziwienie, gdy siegajac do zatrzasku w celu
      odpiecia pasa nie wyczulem znajomego chlodu plastiku, a jedynie przerazajaca
      pustke. Moja reka powedrowala nieco dalej i dotarla az do znajdujacego sie po
      sasiedzku pasa Szui. Pomimo chlodu pot momentalnie wystapil mi na czolo.
      Ostatkiem swiadomosci udalem, ze wszystko gra i odprowadzilem pusta reke wzdluz
      korpusu ciala - zupelnie jakbym odkladal pas na miejsce. Szuja nic nie wyczul,
      zrobil mi jeszcze dziesieciominutowe kazanie.
      WRESZCIE PUSCIL WOLNO!!!
      • Gość: choco Re: prawo jazdy - stresy i smiechy IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 26.05.01, 13:09
        Ja swój egzamin wspominam bardzo dobrze,chodziłam na naprawdę dobry kurs na
        Orzechowej, a egzaminator milutki, nawet sobie podśpiewywał.Praktyka szła mi
        świetnie,a że już zmierzchało- pan polecił włączenie świateł- i tu oblał mnie
        zimny pot.Na moich jazdach podczas kursu nigdy nie jeżdziłam po ciemku, więc
        nie miałam zielonego pojęcia,jak te światła właczyć.W przebłysku olśnienia
        stwierdziłam , ze te wystające pałki po drugiej stronie kierunkowskazów muszą
        przecież do czegoś służyć- no i rzeczywiście trafiłam!!Pan nie zauważył mej
        paniki i zdałam.Ale swoją drogą głupio byłoby oblać przez coś takiego..

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka