Drugi studyjny album Billy'ego Joela. Rok 1973. Do jego zapoznania zachęcił
mnie wspaniały, tytułowy "Piano Man", choć szczerze mówiąc powątpiewałem w
wartość pozostałej części tej płyty. Zupełnie niepotrzebnie.
To fascynująca rzecz. Większość piosenek to podniosłe, fortepianowe ballady,
typowe dla zjawiska singersko-songwriterskiego. Mimo tego z tłumu wyróżnia je
kilka rzeczy. Głos Billy'ego - silny i wyraźnie artykułujący poszczególne
frazy. Melodie - to wszystko piękne pieśni. Świetne teksty - każdy utwór to
osobna historia, z reguły dziejąca się w jakimś amerykańskim stanie (w
trakcie trwania płyty Joel wymienia ich chyba ze 20). Tytułowy "Piano Man"
jest jedną z knajpianych ballad wszechczasów, "The Ballad Of Billy Kid"
mógłby być ścieżką dźwiękową niejednego westernu. Itd., itd. To równy album.
Wszystko kończy trwający ponad siedem minut, wykonany z wielkim
rozmachem "Captain Jack". "Teenage loser anthem". Najbardziej podniosły na
albumie. Jestem pod wrażeniem.
Jak tam inne albumy Billy Joela? Tzn. twórczość z lat siedemdziesiatych
głównie mnie interesuje