vulture
01.03.04, 19:58
wersja krótka:
Kalifornijski kwartet zapisał się na stałe w historii muzyki rozrywkowej
wieloma przebojami ery hippisowskiej, takimi jak „California Dreamin’”
czy „Dream A Little Dream Of Me”. W okresie od 1965 do 1968 Mamas & Papas
wyprodukowali mnóstwo przebojów, by potem zniknąć wraz z epoką dzieci-kwiatów.
wersja dłuższa:
Grupa, w której składzie znalazło się małżeństwo Michelle i Johna Phillipsów,
Denny Doherty oraz Cass Elliot, zadebiutowała pod koniec 1965 r. słynnym
hymnem o Kalifornii, a zaraz potem wypuściła album „If You Can Believe Your
Eyes And Ears”, z którego pochodziły m.in. wielkie hity „Monday Monday” czy
udana przeróbka „I Call Your Name” The Beatles (śmiem twierdzić, że ciekawsza
niż dość standardowy oryginał). W zasadzie z każdej ukazującej się płyty
Mamas & Papas sypały się hity – Mamas & Papas wydali kolejno (po
debiucie): „The Mamas & The Papas”, „Deliver”, „The Papas & The Mamas” i
album pożegnalny, z którego nie było już przebojów, „People Like Us”. Do dziś
cieszą się popularnością nagrania ze złotego okresu grupy, np. „Twelve-
Thirty”, „Dedicated To The One I Love” czy „Go Where You Wanna Go”. Grupę
charakteryzowały niezwykle pieczołowicie zaaranżowane, rewelacyjne harmonie
wokalne. Podczas realizacji płyt wykorzystywano wszelkie dobrodziejstwa
ówczesnych technik nagraniowych; głosy wokalistów współbrzmiały perfekcyjnie,
a melodie wpadały w ucho. Założyciel zespołu, John Phillips, był także m.in.
autorem wielkiego hitu Scotta McKenzie „San Francisco” oraz współorganizował
słynny festiwal Monterey Pop – ten, na którym Jimi Hendrix podpalił swą
gitarę.
Zespół z trudnościami (narkotyki, problemy małżeńskie Phillipsów, wreszcie
pojawienie się cięższych brzmień, spychających hippisowską sielankę w tło)
dobrnął do końca lat sześćdziesiątych. Ostatnia płyta, „People Like Us”,
nagrana była już przez skłóconych członków grupy osobno i pomimo prób
lansowania utworu „Shooting Star”, żadnych hitów nie przyniosła. Do tego
dochodzi jeszcze fakt niemożliwości prezentowania repertuaru na żywo w pełnej
krasie – ścieżki wokalne, wielokrotnie nakładane w studiu, na koncertach były
nie do odtworzenia, czego dowodem jest smutny zapis występu Mamas & Papas na
rzeczonym Monterey Pop.
Po rozpadzie grupy Doherty zniknął, Phillips zajął się tworzeniem muzyki solo
i braniem narkotyków, Cass Elliot zmarła w 1973, a Michelle Phillips została
aktorką (dobra rola w gangsterskim „Dillinger”, opowiadającym historię
jednego ze słynnych mafiozów lat trzydziestych – TVP pokazywała ten film
parokrotnie). W latach osiemdziesiątych Phillips próbował reaktywować Mamas &
Papas z nowymi wokalistkami i Scottem McKenzie, ale – jak się można
spodziewać – ta formacja zyskała uznanie jedynie w kurortach i na
koncertach ‘oldies’. Nie dokonali zresztą nowych nagrań, a sam Phillips zmarł
niedawno, gdyż jego organizm, latami torturowany alkoholem i narkotykami, po
prostu nie wytrzymał.
Przypominam ten zespół, gdyż – mimo pewnej śmieszności, jeśli chodzi o
cukierkowy repertuar i stroje artystów – była to jedna z lepszych, moim
zdaniem, grup wokalnych w latach sześćdziesiątych, nawet jeżeli była w dużej
mierze tworem studyjnym. Aranżacje na pozór prostych piosenek Mamas & Papas
są po prostu mistrzowskie. Techniki lat sześćdziesiątych nie pozwalały na
zbynie „zagęszczanie” brzmienia, więc słychać praktycznie każdy dźwięk, jaki
został wykorzystany w produkcji płyt. No i, poza pozostawieniem po sobie
sporej ilości przebojów (wielokrotnie nagrywanych przez innych artystów),
Mamas & Papas stali się wzorem do naśladowania przez licznych artystów
współczesnych zarówno im, jak i działających na rynku w czasach dzisiejszych.