Dodaj do ulubionych

FUNERAL FOR A FRIEND recenzja niewypału

03.03.04, 20:48

Kolejni “zbawcy” rocka. Tym razem z Walii, która – gdyby ktoś zapomniał – też
jest częścią Wielkiej Brytanii, kraju w dużej mierze odpowiedzialnego za tzw.
nu-punk-garage-new-rock-revolution-revival czy jak to się tam nazywa.
Album „Casually Dressed And Deep In Conversation” zadebiutował na listach w
Wielkiej Brytanii pod koniec ubiegłego roku, ale przesłuchałem go niedawno,
gdy ucichły głosy, ogłaszające kolejne objawienie zbawców muzyki rockowej. I
jestem nieco zagubiony po tym, co usłyszałem.

Pierwsze wrażenie po przesłuchaniu albumu, to maksymalna dezorientacja
stylistyczna. Chłopaki jednocześnie chcą zagrać ostro i „po męsku”, co by
można było podciągnąć ich pod nurt hard’n’heavy, ale z drugiej strony nie
starcza im umiejętności kompozytorskich i przede wszystkim wykonawczych, co
powoduje, że w rezultacie otrzymujemy dziwaczną mieszankę: trochę Black
Sabbath, nieco Sum 41 i Green Day, troszkę Nirvany, ździebko Bon Jovi, a może
jeszcze Blink 182, The Offspring i cholera wie, czego jeszcze. Kompozycje są
tak niezdecydowane, że w zasadzie nie wiem, co grupa chciała nagrać. Schemat
jest taki: piosenka zaczyna się niby-ostro, ale zaraz wchodzi zupełnie
skoczna i radosna zwrotka z równie melodyjnym refrenem z zupełnie innej
parafii, potem gitara gra jak u Iommiego coś znów na całkowicie inny temat, a
na końcu wokalista wymiotuje i zespół punkowo przyspiesza, i utwór się
kończy. Nie dotyczy to, naturalnie, wszystkich kompozycji na albumie, a
czasem kolejność zastosowanych tricków się różni (bywają spokojne, akustyczne
wstępy i zakończenia). Niestety, zespół nie dorasta żadnemu z domniemanych
źródeł inspiracji. Jest za mało przebojowy jak na kopię Bon Jovi czy The
Offspring, za lekki jak na Black Sabbath, za mało głupkowaty na Sum 41 i za
mało cierpiętniczy i garażowy jak na Nirvanę. Już po czwartym utworze nie
pamięta się trzech pozostałych. Podobają mi się niektóre fragmenty, np.
zwrotki „Rookie Of The Year”, czy rozwinięcie zwrotek „Bend Your Arms To Look
Like...”. Ale niestety żaden z utworów, poza niewieloma wyjątkami, nie trzyma
się kupy. Wszystkie kawałki są jakby posklejane z różnych, średnio do siebie
pasujących części. Te chlubne i – moim zdaniem – godne wyróżnienia wyjątki to
w miarę spójne „Escape Artists Never Die” czy wspomniane "Rookie...".

Granice parodii wykonawcy przekraczają np. w „Moments Forever Faded”, gdzie
do refrenu w stylu Bon Jovi dorzucone jest niby-ostre szczekanie w stylu
Linkin Park. Brzmi to bardziej groteskowo niż gdyby Jennifer Lopez zaczęła
śpiewać na żywo. Podobne wrażenia miałem, słuchając ryków w łagodnym i
żwawym „Red Is The New Black” i finałowym „Novella”.

Na płycie znajduje się jedna – i na szczęście tylko jedna – ballada ("Your
Revolution is a Joke"), która do reszty rozkłada i tak chaotyczną już płytę.
Myślałby kto, że zespół, silący się na granie hard rocka, zaprezentuje
klasyczną, softmetalową balladę, a tymczasem panowie nagrali coś w rodzaju
ogniskowego brzdąkania licealistów, uczących się grać na gitarach
akustycznych.

Płyta dla tych, którzy uważają, że Green Day to punk, Roxette to rock, a Bon
Jovi to heavy metal. Iron Maiden wzięli FFAF na tournee jako support.
Zastanawia mnie, czy Steve Harris ma aż tak abstrakcyjne poczucie humoru, czy
naprawdę nie było nikogo lepszego...
Obserwuj wątek
    • oxygen78 Re: FUNERAL FOR A FRIEND recenzja niewypału 04.03.04, 20:53
      mtv2 czesto puszczala ich jakis tam klip podniecajac sie co nie miara. fak..
      gostek zachowywal sie na nim, spiewal /?/ niczym frontman refused.
      wylem......wylem i wyje. mowia dla niech wielkie NIE - objawienie? jakie tam
      objawienie - chujnia straszna

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka