Nawiązując do zaciekłej wojny callasistów i tebaldzistów z lat 50-tych,
zapytuję: kto z was nie lubi Marii Callas? Wiem, że takich osób nie brakuje.
Słyszałem już różne zarzuty: a to, że zmanierowana i sztuczna, a to, że
rozwibrowana, a to, że fałsze, a to, że rejestry nierówne... Argumenty
przeciwników nie są rzecz jasna zupełnie bezzasadne. Ale moim zdaniem - bez
większego znaczenia
Jestem wielkim miłośnikiem Callas, uważam, że nie było wspanialszej śpiewaczki
(oczywiście mówimy o tych divach, które pozostawiły po sobie jakieś nagrania).
Uwielbiam barwę jej głosu, surową, jakby zwierzęcą, ostrą, pozbawioną
"aksamitu". O technice nie będę się rozpisywać, Callas była jedną z ostatnich
wielkich śpiewaczek, które do perfekcji opanowały sztukę śpiewu i odnosiły
sukcesy zarówno w operach belcanto, jak i werystycznych czy wagnerowskich.
Callas była nie tylko doskonałe technicznie. Przede wszystkim potrafiła
"czarować" publiczność. Jej wykonania, szczególnie te sceniczne, nagrywane
live, mają potężny ładunek emocjonalny (i nawet nie przeszkadzają zupełnie
pojawiające się czasami nierówności czy fałsze). Ona nie tylko odgrywała
Violettę, Norme, Toskę - ona nimi była (jak już ktoś w innym wątku napisał).
Callas uwielbiam za to, że nie przedkładała pustych popisów wokalnych nad
"prawdę uczuciową". Nie jest sztuką zaśpiewać wysokie E w finale arii ku
uciesze publiczności. Sztuką jest nadać temu E znaczenia, tchnąć w ten wysoki
ton całą duszę. I tę sztukę również Callas opanowała.
Bywały głosy o piękniejszej, czystszej, bardziej "szlachetnej" barwie
(Sutherland, Caballe, Tebaldi - które zresztą bardzo cenię). Bywały głosy
bardziej wyrównane. Ale przecież w operze nie tylko o barwę głosu chodzi!
Na razie tyle. Czekam na ujawnienie się potencjalnych wrogów

Bo ja honoru
Boskiej Callas będę zaciekle bronić.