Gość: Relayer
IP: *.ceti.pl
18.01.03, 02:33
Szkoda ze sie skonczyla dyskusja zanim zdazylem sie do niej przylaczyc. Hmmm
co ja sadze o Yes? Cenie ich tworczosc daleko wyzej niz na przykład Pink
Floyd - zgadzam sie, Floydzi graja muzyke klimatyczna, ale moim zdaniem
robia to w sposob wybitnie naiwny, powiedzialbym momentami prostacki. Jest
to 'przeprodukowane'sztucznie naudziwniane - hmmm dobra jeszcze mialem o
muszce napisac ale nic nie bede pisal. Wole tysiackrotnie jakies Univers
Zero. Dobra, niektorzy lubia flojdow, mnie juz oni nie przekonuja, nie
trafiaja, nie bijcie. W subtelny klimat tworzony muzyka yes owszem, może sie
wchodzi trudniej, ale o ileż więcej tam serca, o ileż obrazy w umyśle
tworzone piekniejsze! Lubilem sobie posluchac, ba!, przepadalem za PF majac
lat dziesiec, teraz juz jakos nie moge. (cyt:"... tego sobie mozna do gazety
posluchac...") Tak samo jak nie przekonuje mnie Trevor Rabin w roli
gitarzysty Yes - przepraszam, ale ja uważam Howe'a za jednego z najlepszych
gitarzystow w historii rocka. To, co jest piękne w jego grze.. może inaczej.
Jak on genialnie konstruuje przestrzeń używając najrozmaitszych instrumentów
i nairozmaitszych technik, mój kolega (nb. profesjonalny gitarzysta)
stwierdził kiedyś, iż wątpi, by jakikolwiek gitarzysta rockowy osiągnął taka
wprawę w posługiwaniu się taką róznorodnościa technik gitarowych. Jest
świetnym kompozytorem, aranżerem (kto nie wierzy niech posłucha jego płyt
solowych) i producentem, myślę, że za ten charakterystyczny, niepodrabialny i
niepowtarzalny klimat jaki panuje w muzyce Yes z "jego" epoki jest
odpowiedzialny przede wszystkim on, a nie Wakeman. Zresztą, poczatek And You
And I, czy ten moment, w ktorym w Siberian Khatru po klawesynowej partii
Wakemana wchodzi z tą swoją "hawajką", solowka ,nieco hendrixowska, z Sound
Chasera, czy, tu chyba PF nigdy nie dorowna klimatem Yesom - Soon oh soon -
to wszystko mowi samo za siebie. Owszem, ma też pewne minusy jego styl gry,
tzn. cvzęsto wypomina sie mu że gra za gęsto, zbyt dużo, ale nie ma
gitarzysty idealnego

.
Tak, muzykę Yes może nazwać pretensjonalną chyba tylko ten kto jej naprawdę
nie zrozumiał - w rzeczywistości ma ona niebywałego rockowego kopa, zresztą
jest to jeden z naprawdę nielicznych zespołow który nagrywał długie utwory
ktorych naprawdę dało się słuchać i które można było nazwać utworami
rockowymi - ta sztuka wyszła im o niebo lepiej niż King Crimson, Emerson Lake
& Palmer czy Pink Floyd. Rock jest muzyką wolności, jeżeli ktoś twierdzi, ze
potrzebuje dwudziestu minut żeby pokazać to co chce, to niech pokazuje - ha!
to też jest 'duch rock'n'rolla'

Jesli jeszcze mu to wychodzi - o ilez
wiecej przeciez moze zaprezentowac. Jest dynamiczna kiedy trzeba refleksyjna
kiedy trzeba, ciezka potezna lekka delikatna filigranowa stalowa betonowa
diamentowa i tak dalej co kto chce. Zwłaszcza że w takim jednym Ritual jest
tyle muzycznych pomysłow, trafionych melodii, 'klimatów', że jakiemukolwiek
innemu zespołowi starczyłoby na całą dyskografię. moze i cos tam probuja
mieszac z klasyka - ale nigdy nie jest to nachalne, wszsytko sie 'trzyma
kupy', nie ma takich elementow typu: "a teraz publika slucha bo ja zagram bo
ja wiem jak sie gra na klawesynie" co irytuje mnie w Genesis na przykład
czy 'uwaga a teraz ja sem orkiestra symfoniczna' vide Reneissance. Jesli ktos
chce uslyszec dokladnie i wyraznie jak rockmani zabawiaja sie z muzyka
klasyczna niech poeksperymentuja sobie z takim Gentle Giant -polecam bo
naprawde warto. Yes to jest muzyka w którą trzeba 'wejść'. Nie każdy się do
tego nadaje, ale coż, przecież nie ma muzyki idealnej.
Jesli chodzi o optymizm pana Andersona - To jest coś za co go cenię ,bo 99%
procent muzykow woli się dołować (a im sie kto bardziej dołuje tym bardziej
jest ahtysta

), (hmm jesli ktos mysli ze pan Fripp nie ustrzegl sie
naiwnych apokaliptycznych filozofii to sie grubo myli - bzdury jakie
wygadywal w latach 70 na temat konca swiata i tym podobnych moga przyprawic o
bol watroby, ze smiechu oczywiscie) w sumie Łatwo jest powiedziec: patrzcie,
swiat jest do d...y, stacza sie na dno, smrod, brud i orzeszki, i tak dalej i
tak dalej zginiecie w piekielnej pozodze - jesli mowi mi o tym
jakis 'ahtysta' to ja mu zazwyczaj mowie "dziekuje" bo sam o tym wiem za
dobrze ze zycie jest ciezkie ze boli i ptaszki nie zawsze spiewają na tle
błękitnego nieba. Dlatego cenie kogos kto mowi - poczekaj, bedzie lepiej,
swiat jest piekny tylko musisz sie nauczyc to dostrzegac etc.. No jesli by
ktos chcial sie poprzygnebiac to jest Spirit Of Survival z Magnification, sa
Wrota Delirium z jakże pieknym pocieszeniem w finale. To szukanie dziury w
calym. A głos - Anderson genialnym wokalista jest i basta. Jest jeszcze pan
Squire ktorym ponoc inspiruje sie i Les Claypool z Primusa, i pan z Toola nie
wiem jak sie nazywający, fenomenalny basista ktory gra na basie tak jakby
gral na gitarze

, sa jeszcze perkusisci - znakomity Bruford i troche-mniej-
znakomity-ale-i-tak-dobry White. No i kwestia klawiszowcow, o ktorych mozna
pisac i pisac i pisac i pisac.
No dobra, wywodze i wywodze kogo nie przekonam to nie przekonam a w zasadzie
to chcialem napisac o tym ze muzyke jaka tworzy(lo) kilku panow pod szyldem
YES uwazam za najpiekniejszy kawalek muzyki jaki powstal w calej historii
rocka. Kto 'tego' nie czuje - nie poradze, do mnie to trafia, prosto w samo
serce mozg i watrobe. amen.
Ja tu jeszcze cos napisze! Moze o King Crimson? Za duzo byloby jak na jeden
list.