Yeszcze o Yes

IP: *.ceti.pl 18.01.03, 02:33
Szkoda ze sie skonczyla dyskusja zanim zdazylem sie do niej przylaczyc. Hmmm
co ja sadze o Yes? Cenie ich tworczosc daleko wyzej niz na przykład Pink
Floyd - zgadzam sie, Floydzi graja muzyke klimatyczna, ale moim zdaniem
robia to w sposob wybitnie naiwny, powiedzialbym momentami prostacki. Jest
to 'przeprodukowane'sztucznie naudziwniane - hmmm dobra jeszcze mialem o
muszce napisac ale nic nie bede pisal. Wole tysiackrotnie jakies Univers
Zero. Dobra, niektorzy lubia flojdow, mnie juz oni nie przekonuja, nie
trafiaja, nie bijcie. W subtelny klimat tworzony muzyka yes owszem, może sie
wchodzi trudniej, ale o ileż więcej tam serca, o ileż obrazy w umyśle
tworzone piekniejsze! Lubilem sobie posluchac, ba!, przepadalem za PF majac
lat dziesiec, teraz juz jakos nie moge. (cyt:"... tego sobie mozna do gazety
posluchac...") Tak samo jak nie przekonuje mnie Trevor Rabin w roli
gitarzysty Yes - przepraszam, ale ja uważam Howe'a za jednego z najlepszych
gitarzystow w historii rocka. To, co jest piękne w jego grze.. może inaczej.
Jak on genialnie konstruuje przestrzeń używając najrozmaitszych instrumentów
i nairozmaitszych technik, mój kolega (nb. profesjonalny gitarzysta)
stwierdził kiedyś, iż wątpi, by jakikolwiek gitarzysta rockowy osiągnął taka
wprawę w posługiwaniu się taką róznorodnościa technik gitarowych. Jest
świetnym kompozytorem, aranżerem (kto nie wierzy niech posłucha jego płyt
solowych) i producentem, myślę, że za ten charakterystyczny, niepodrabialny i
niepowtarzalny klimat jaki panuje w muzyce Yes z "jego" epoki jest
odpowiedzialny przede wszystkim on, a nie Wakeman. Zresztą, poczatek And You
And I, czy ten moment, w ktorym w Siberian Khatru po klawesynowej partii
Wakemana wchodzi z tą swoją "hawajką", solowka ,nieco hendrixowska, z Sound
Chasera, czy, tu chyba PF nigdy nie dorowna klimatem Yesom - Soon oh soon -
to wszystko mowi samo za siebie. Owszem, ma też pewne minusy jego styl gry,
tzn. cvzęsto wypomina sie mu że gra za gęsto, zbyt dużo, ale nie ma
gitarzysty idealnego smile.
Tak, muzykę Yes może nazwać pretensjonalną chyba tylko ten kto jej naprawdę
nie zrozumiał - w rzeczywistości ma ona niebywałego rockowego kopa, zresztą
jest to jeden z naprawdę nielicznych zespołow który nagrywał długie utwory
ktorych naprawdę dało się słuchać i które można było nazwać utworami
rockowymi - ta sztuka wyszła im o niebo lepiej niż King Crimson, Emerson Lake
& Palmer czy Pink Floyd. Rock jest muzyką wolności, jeżeli ktoś twierdzi, ze
potrzebuje dwudziestu minut żeby pokazać to co chce, to niech pokazuje - ha!
to też jest 'duch rock'n'rolla' tongue_out Jesli jeszcze mu to wychodzi - o ilez
wiecej przeciez moze zaprezentowac. Jest dynamiczna kiedy trzeba refleksyjna
kiedy trzeba, ciezka potezna lekka delikatna filigranowa stalowa betonowa
diamentowa i tak dalej co kto chce. Zwłaszcza że w takim jednym Ritual jest
tyle muzycznych pomysłow, trafionych melodii, 'klimatów', że jakiemukolwiek
innemu zespołowi starczyłoby na całą dyskografię. moze i cos tam probuja
mieszac z klasyka - ale nigdy nie jest to nachalne, wszsytko sie 'trzyma
kupy', nie ma takich elementow typu: "a teraz publika slucha bo ja zagram bo
ja wiem jak sie gra na klawesynie" co irytuje mnie w Genesis na przykład
czy 'uwaga a teraz ja sem orkiestra symfoniczna' vide Reneissance. Jesli ktos
chce uslyszec dokladnie i wyraznie jak rockmani zabawiaja sie z muzyka
klasyczna niech poeksperymentuja sobie z takim Gentle Giant -polecam bo
naprawde warto. Yes to jest muzyka w którą trzeba 'wejść'. Nie każdy się do
tego nadaje, ale coż, przecież nie ma muzyki idealnej.
Jesli chodzi o optymizm pana Andersona - To jest coś za co go cenię ,bo 99%
procent muzykow woli się dołować (a im sie kto bardziej dołuje tym bardziej
jest ahtysta wink), (hmm jesli ktos mysli ze pan Fripp nie ustrzegl sie
naiwnych apokaliptycznych filozofii to sie grubo myli - bzdury jakie
wygadywal w latach 70 na temat konca swiata i tym podobnych moga przyprawic o
bol watroby, ze smiechu oczywiscie) w sumie Łatwo jest powiedziec: patrzcie,
swiat jest do d...y, stacza sie na dno, smrod, brud i orzeszki, i tak dalej i
tak dalej zginiecie w piekielnej pozodze - jesli mowi mi o tym
jakis 'ahtysta' to ja mu zazwyczaj mowie "dziekuje" bo sam o tym wiem za
dobrze ze zycie jest ciezkie ze boli i ptaszki nie zawsze spiewają na tle
błękitnego nieba. Dlatego cenie kogos kto mowi - poczekaj, bedzie lepiej,
swiat jest piekny tylko musisz sie nauczyc to dostrzegac etc.. No jesli by
ktos chcial sie poprzygnebiac to jest Spirit Of Survival z Magnification, sa
Wrota Delirium z jakże pieknym pocieszeniem w finale. To szukanie dziury w
calym. A głos - Anderson genialnym wokalista jest i basta. Jest jeszcze pan
Squire ktorym ponoc inspiruje sie i Les Claypool z Primusa, i pan z Toola nie
wiem jak sie nazywający, fenomenalny basista ktory gra na basie tak jakby
gral na gitarze smile, sa jeszcze perkusisci - znakomity Bruford i troche-mniej-
znakomity-ale-i-tak-dobry White. No i kwestia klawiszowcow, o ktorych mozna
pisac i pisac i pisac i pisac.
No dobra, wywodze i wywodze kogo nie przekonam to nie przekonam a w zasadzie
to chcialem napisac o tym ze muzyke jaka tworzy(lo) kilku panow pod szyldem
YES uwazam za najpiekniejszy kawalek muzyki jaki powstal w calej historii
rocka. Kto 'tego' nie czuje - nie poradze, do mnie to trafia, prosto w samo
serce mozg i watrobe. amen.


Ja tu jeszcze cos napisze! Moze o King Crimson? Za duzo byloby jak na jeden
list.
    • Gość: Relayer Re: Yeszcze o Yes IP: *.ceti.pl 18.01.03, 03:23
      Gwoli scislosci nie zamierzam kontynuowac 'przysrywanki' Yes vs. PF vs. Reszta
      Swiata. I tak do niczego to prowadzi.
    • Gość: As Re: Yeszcze o Yes IP: *.vline.pl / 172.16.1.* 18.01.03, 10:39
      Poczułem się "wywołany do tablicy". Może na początek trójka wykonawców z kręgu
      tzw. rocka progresywnego których cenię najbardziej: Camel, Rush, Pink Floyd. To
      po to żeby wszystko było jasne. Odnosząc się do postu założyciela wątku - cóż,
      widać mam mentalność 10-latka ale 10 razy wolę słuchać Flojdów niż Yesów. Co mi
      się nie podoba w muzyce Yes? Przede wszystkim jej optymistyczność, już takie
      mam upodobania muzyczne że lubię muzykę smutną, dołującą a Yes jest
      optymistyczny i radosny aż do ... wiadomo czego smile. Po drugie, troszkę mnie
      wnerwia głos Andersona. To świetny wokalista, jednak brakuje mi drapieżności w
      jego głosie, a jego śpiew odbieram jako zbyt "uduchowiony". Następną rzeczą
      jest pretensjonalność tej muzyki - widać nie dojrzałem do tego aby ją smakować,
      ale po parunastokrotnym przesłuchaniu "Close To The Edge" jedyne co czułem to
      irytacja pomieszana ze znudzeniem - może jakbym znalazł czas i katował się
      słuchając jej np. 100 razy to dotarłbym do jej istoty? Być może, ale i tak
      uważam że czasem zbyt masochistycznie podchodzę do muzyki za którą nie
      przepadam. Następne co mnie drażni to wplatanie wątków klasyczno-barokowych
      (obecne chociażby na płycie "Fragile"). Sorry, ale mnie to nie kręci, tym
      bardziej że do muzyki klasycznej mam uraz jeszcze z dzieciństwa. To, że Yes
      grają długie formy tzw. suity mi absolutnie nie przeszkadza - uwielbiam np.
      suitę "2112" Rush czy też płyty Camela którę same w sobie są tzw. "całostkami".
      Notabane, nawet Yes mają w dorobku suitę którą bardzo lubię - mam na
      myśli "Endless Dream" z "Talk" - świetny utwór, może dlatego że nowoczesny i
      potężnie brzmiący, z ciężkimi gitarami które ja akurat lubię. Tylko że według
      mnie ich suity są posklejane z mało pasujących do siebie kawałków i ja to
      słyszę właśnie w "Close To The Edge".
      Jeszcze o "Yes vs. Pink Floyd". Jasne, gdyby porównywać Pink Floyd z Yes pod
      względem umiejętności technicznych to wiadomo że Yes biją PF pod każdym
      względem na głowę. Ale jeśli chodzi o umiejętność tworzenia klimatu i tzw.
      wyobraźnię muzyczną to według mnie jest dokładnie odwrotnie ... Jeśli chodzi o
      Yes, to lubię płytę "90125" która jest przez prawdziwych fanów traktowana jak
      zdrada, i wcale się tego nie wstydzę. Jeśli ktoś uważa że 5 minutowa,
      przebojowa piosenka zawsze jest gorsza od 20 minutowej suity - cóż, to jego
      sprawa. A mi się ta płyta podoba bo jest na niej dużo klawiszy, nawet takich
      popowo brzmiących smile, są dosyć ciężko brzmiące gitary (np. świetny utwór "Hold
      On") no i są wreszcie melodie, które czasem mi ciężko było wyłapać na tzw.
      klasycznych płytach.
      No, to tyle ode mnie, mam nadzieję że zalożyciel wątku nie weźmie mnie za
      kompletnego ingoranta muzycznego który nie potrafi docenić piękna muzyki Yes smile
      Jeśli obraziłem uczucia jakiegoś fana Yes to z góry przepraszam, ale zapewniam
      że to co napisałem było szczere.
      • Gość: Relayer Re: Yeszcze o Yes IP: *.ceti.pl 18.01.03, 12:53
        Ależ oczywiście że nie obraziłeś, każdy ma przecież ine podejście do muzyki i
        inne smaki mu odpowiadają. Co do wątkow barokowo-klasycznych, hhmmm nie za
        bardzo mógłbym się zgodzić ale skoro ty je słyszysz to znaczy że je słyszysz i
        cię denerwują, mnie nie. Zespoły które wymieniłeś, tzn. Rush i Camel, po prostu
        uwielbiam, z tym że Rush praktycznie całość, wielbłądow trochę mniej.
        Aczkolwiek co do 2112 też mógłbym sie kłócić bo mnie akurat ta powiedzmy suita
        nie za bardzo odpowiada, nie nazwałbym ją zbyt udaną - a niektórzy napisaliby
        że Rush starali sie wtedy byc za bardzo kanadyjskim Yesem, sami zreszta
        przyznaja ze fascynowali sie tworczoscia Andersona&Co., do moich ulubionych
        płyt Rush należą Moving Pictures - co jak co ten zespoł chyba najlepiej
        realizuje się w krótkich dynamicznych piosenkach, nie mają zbytnio koncepcji
        jak rozwinąć długi utwór żeby nie był nużący - akurat uważam że także Endless
        Dream nie trzyma się kupy, jest troche chaotyczne i na dobrą sprawę jakby
        klimat zbudowany przez Rabina "trzymał się" cały czas to by mi się bardziej
        podobało. Także umiejetnosci kanadyjczykow zwalaja po prostu z fotela - no ja
        przepraszam ale jesli ktos gra na basie (TAK gra na basie), spiewa i jeszcze
        nogami przebiera po pedałach syntezatora to hmm... A Peart to chyba jeden z
        najlepszych perkusistów rockowych, chyba 'wytrzymuje konkurencje' z Brufordem.
        Rabina cenię jako twórcę muzyki filmowej, myślę że w kategorii 'filmów akcji'
        do których zazwyczaj komponuje muzyke jst jednym z lepszych. Cóż jeszcze mogę
        dodać... Jeśli chodzi o wyobraźnię muzyczną to nadal bym się kłócił, bo
        widocznie mamy inne pojęcie tego terminu. Zawsze wyobraźnia artysty kojarzy mi
        się albo z paletą nastrojów które artysta potrafi ukazać odbiorcy korzystając
        ze swoich umiejętności, wyczucia, pomysłowości, a także umiejętności
        przewidzenia 'jak się to potoczy', i Yesi pod tym względem są dla mnie the
        best, ale to oczywiście jest bardzo subiektywne. Owszem, Floydzi nie są
        ostatni, ale muzyka którą grają Yesi jest znacznie bardziej skomplikowana i
        wyrafinowana, to zresztą chyba co ja więcej będe wyjaśnial. Najlepiej posłuchać
        sobie Hendrixa wink Ty masz wstręt do muzyki klasycznej ja muzykę klasyczną
        uwielbiam więc troche inne podejście do tego mamy, ale to w sumie dobrze bo
        wszelka jednomyślność w muzyce nie prowadzi do jej zróznicowania, i jest
        szkodliwa. Jeśli chodzi o Camele, wolisz raczej ich 'wczesny' okres (Snow
        Goose, Moonmadness etc) czy to co zdziałali później? Próbowałeś może z
        Caravanami (In The Land Of Grey And Pink jest moim zdaniem po prostu re-we-la-
        cyj-na)?
        • Gość: As Re: Yeszcze o Yes IP: *.vline.pl / 172.16.1.* 18.01.03, 18:51
          No, to fajnie że można dojść do porozumienia bo ja nienawidzę kłótni pod
          tytułem "który zespół jest lepszy". Co do Rush, to ja lubię całą ich twórczość,
          wszystkie okresy (zresztą mam czteropłytową lukę w wiedzy na temat ich
          dokonań smile), najbardziej ulubione płyty to 2112, Counterparts, Grace Under
          Pressure, Moving Pictures (w tej właśnie kolejności) - ale inne też lubię.
          Myślę zresztą że te dwa zespoły, czyli Rush i Yes mogą godnie ze sobą
          konkurować pod względem umiejętności technicznych, z tym że należy pamiętać że
          Rush to trio smile
          O Camelu kolega Rozbitek założył wątek niedawno, możesz w nim przeczytać moją
          opinię, jest tam także link do starej dyskusji na temat tej grupy gdzie
          napisałem znacznie więcej.

          P.S.

          Właśnie słucham "Endless Dream" i utwierdzam się w przekonaniu że to świetny
          kawałek, no może kawałek nie jest najwłaściwszym określeniem smile

          Pozdrawiam
          • Gość: soso Re: Yeszcze o Yes IP: *.ppp.get2net.dk 19.01.03, 12:24


            Tak sie sklada, ze yes polubilem w momencie, kiedy CTTE bylo wlasnie nowoscia.
            Kto chce niech teraz liczy ile mam lat. Yesu slucham wiec od zawsze i mam
            wlasciwie cala dyskografie minus jakies koncertowe, ktorych jednak chyba nie ma
            obowiazku znac by sie wypowiedziec na temat yes.
            Kazdy ma i moze miec inne odczucia sluchajac yes wiec nie uzurpuje sobie prawa
            do wylacznosci czy racji bo cos tam. Jednak czuje sie uprawniony iloscia godzin
            spedzonych z yes do napisania co nastepuje:
            Yes robi zawsze realtywnie dobra muzyke i nie schodzi ponizej bardzo dobrej
            oceny.
            Howe jako gitarzysta bazowal na czyms, co jest bliskie klasycznej gitarze
            hiszpanskiej, vide Clap, solowka dla Queen w Innuendo i inne tego typu
            akustyczne podchody. To sa korzenie Howe'a. Jezeli do tego dodac granie dosc
            staranne melodii na zapotrzebowanie utworow yes to pojawi sie w miare czytelny
            obraz tego gitarzysty. Brakiem czy moze sciezka, ktora Howe nigdy nie chodzil
            jest czysto rockowe brzmienie gitary i takiz sam styl grania. To mu nigdy nie
            lezalo. Trevor Rabin porusza sie zwawo po rockowych rejonach i dlatego jest to
            inna gitara. Na dodatek bardzo sprawny technicznie i urozmaicony, z wyobraznia.
            Stad Wniosl on do yesu naprawde wiele i niejako nie pozwolil, by krecili sie za
            wlasnym ogonem stad uwazam, ze jest doskonalym nabytkiem yes i uwielbiam
            sluchac yes wlasnie dla jego gitary (np. Talk!)
            Co jest lepsze: PF, Rush, Yes? Rzecz gustu. W mojej prywatnej hierarchii PF
            jest daleko w tyle za yes ale szanuje i inne poglady. W koncu jedni lubia volvo
            a drudzy saaba smile

            pzdrw

            soso

            PS

            Oczywiscie yes to temat rzeka ale takie uwagi mi sie nasunely na wstepie.
            • cze67 Pytanie do Relayera 23.01.03, 11:37
              Z tego co wywnioskowalem, slyszales plyty Yes Keys To Ascension. Co o nich
              sadzisz? Watro kupowac? Szczegolnie chodzi mi o utwory studyjne. Czy dorownuja
              tym z lat swietnosci grupy?
              • Gość: soso do Asa IP: 195.41.66.* 23.01.03, 12:14


                Wczoraj takze sluchalem 'Endless Dream' i zauwazylem cos ciekawego. Miedzy
                mniej wiecej 3'10'' i 4'05'' minuta jest niebywaly odlot Rabina na gitarze
                (mowa oczywiscie o czesci zwanej 'Talk', pozostale dwie nie maja nawet 2
                minut). No ale to normalka. Za to pewien szczegol jest godny uwagi. Mysle, ze
                on jakby slyszal nasze dyskusje bo solowka na gitarze zaczyna sie doslownie
                kilkusekundowym nawiazaniem do Steve Howe'a - dokladnie jego klimaty, by nagle
                zostac wypartym przez ogromne solo o rockowym wydzwieku. Sorry wszystkim
                myslacym inaczej, ale Rabin kladzie Howa na lopatki w tym momencie tak, ze
                Steve tylko kwiczy (co zreszta slychac w tej solowce smile

                pzdrw

                soso
                • Gość: Argus Kilka slow IP: *.uci.uni.torun.pl 23.01.03, 15:18
                  O Yes juz bylo sporo i tez zabieralem na ten temat glos.Co do wymienionego wczesniej Caravan-nie tylko "In the Land..."ale jeszcze ze 4 ich plyty sa bardzo dobre.Gentle Giant- ogromne wrazenie takze na mnie robi-bo malo bylo tak "pojechanych"w pozytywnym sensie tego slowa zespolow. Pink Floyd,King Crimson i Camel to dla mnie wyzyny piekna,nastroju i w przypadku King Crimson szczytu mozliwosci technicznych.Robert Fripp to gitarzysta numer jeden na mojej liscie.A Yes- to jedyny chyba zespol z tych cenionych,ktorego po prostu nie trawie poza moze "Fragile" i "Relayerem"(a ten album tylko dlatego,ze gra na nim ceniony bardzo przeze mnie tworca Mainhorse i Refugee- Patrick Moraz).Nie chce sie tez klocic co jest lepsze.Yes'ow szanuje-ale nie lubie i koniec.Szacunek to i tak duzo.Pozdrawiam.
                  • Gość: soso Re: Kilka slow IP: 195.41.66.* 23.01.03, 15:35
                    No tak, w takim razie klekamy przed toba i dziekujemy, ze szanujesz. Dobre i
                    to - zaloze sie, ze nigdy nie sluchales yesu tak do konca bo jezeli lapiesz PF,
                    KC i podobnych to yes z pewnoscia jest w Twoim zasiegu. Nic, tylko sie
                    przekonac smile No ale najpierw trzeba sluchac.

                    pzdrw

                    soso
                    • Gość: Argus Re: Do soso IP: *.uci.uni.torun.pl 23.01.03, 16:11
                      Twoj nick powinien brzmiec: S.O.S a nie Soso.(to refleksja nie tylko po twojej powyzszej wypowiedzi ale i innych).
                    • Gość: As Do Soso IP: *.vline.pl / 172.16.1.* 23.01.03, 16:12
                      Gość portalu: soso napisał(a):

                      > No tak, w takim razie klekamy przed toba i dziekujemy, ze szanujesz. Dobre i
                      > to - zaloze sie, ze nigdy nie sluchales yesu tak do konca bo jezeli lapiesz
                      PF,
                      >
                      > KC i podobnych to yes z pewnoscia jest w Twoim zasiegu. Nic, tylko sie
                      > przekonac smile No ale najpierw trzeba sluchac.

                      Po pierwsze, nie zawsze jest tak że jeśli słuchamy zespołów grających w
                      określonym stylu, to automatycznie inne zespoły z tej samej "półki"
                      stylistycznej są w naszym zasięgu percepcji - najlepszy przykład jeśli chodzi o
                      mnie - Metallikę uwielbiam a Slayera nie trawię, inny - Rush, Flojdów i Camel
                      również cenię bardzo wysoko (żeby już nie powtarzać nadętego
                      słówka "uwielbiam"), a Yesów lubię baaaardzo średnio, i to przeważnie te rzeczy
                      których "prawdziwi" fani nie trawią.

                      Po drugie, to żeby znaleźć frament w "Endless Dream" o którym pisałeś to
                      musiałem sobie te minuty troszkę pododawać tu i ówdzie, bo na płycie suita jest
                      jednym utwórem, ale w końcu znalazłem. Tak, właśnie przed tym gitarowym
                      odjazdem notabene bardzo "futurystycznie" brzmiącym jest taka parusekundowa,
                      delikatna zajawka na którą wcześniej nie zwróciłem uwagi, ale z interpretacją
                      to chyba troszkę przesadziłeś smile. A propos, jeśli chodzi o partie gitary w tym
                      utworze to gdzieś czytałem że to zdrada bo gitarzysta Yes brzmi tu jak
                      gitarzysta Red Hot Chili Peppers (których ja osobiście bardzo lubię). Ta opinia
                      właśnie pokazuje niestety pewną cechę fanów progresywnego rocka (mam nadzieję
                      że nie tych piszących na tym forum smile), po angielsku nazywa się to że ktoś
                      jest "close minded".

                      to tyle, pozdrawiam
                • Gość: Relayer Re: do Asa IP: *.ceti.pl 23.01.03, 20:00
                  Gość portalu: soso napisał(a):
                  >
                  Mysle, ze
                  > on jakby slyszal nasze dyskusje bo solowka na gitarze zaczyna sie doslownie
                  > kilkusekundowym nawiazaniem do Steve Howe'a - dokladnie jego klimaty, by
                  nagle
                  > zostac wypartym przez ogromne solo o rockowym wydzwieku. Sorry wszystkim
                  > myslacym inaczej, ale Rabin kladzie Howa na lopatki w tym momencie tak, ze
                  > Steve tylko kwiczy (co zreszta slychac w tej solowce smile

                  Eee chyba przesadzasz wink Nie wiem ja tam nic nie slyszalem takiego czym Rabin
                  kladłby Howe'a na lopatki. Jesli bylbym zlosliwy to napisalbym ze Howe moze
                  kwiczy ze smiechu, ale nie jestem, wiecej, jestem przeciwny stawiania obydwu
                  roznych gitarzystow na wrogich pozycjach.

                  Nie zamierzam bynajmniej dystkutowac ktory z nich jest lepszy - ja raczej nie
                  mam watpliwosci ze Howe. Rabin, pewnie ze jest swietnym technikiem, moze nie
                  takim jak Howe, ale jednak - inaczej nie gralby w Yes wink - i bardzo go cenie -
                  ale brakuje w moim odczuciu tego 'czegos' co ma Howe, i koniec. Zreszta,
                  wystarczy posluchac np. Solly's Beard z 9012Live - The Solos, zeby stwierdzic,
                  ze 'czegos mu brakuje' do pana SH. Nie wiem, dla mnie gra Trevora szybko robi
                  sie nudna. Jest owszem, dynamiczna, 'rockowa', jednak uczciwie mowiac w moim
                  odczuciu malo (tzn. nie tak duzo jak u Steve'a wink) w niej inwencji,
                  nowatorstwa, wyobrazni, indywidualizmu, zroznicowania, 'muzycznych barw i
                  odcieni', 'wrazliwosci', wlasciwych przeciez Steve'owi, duzo
                  efekciarstwa, "łatwizny" (nie technicznej), wytartych schematow etc. tzn. moze
                  inaczej. Jest oczywiscie kilka wyjatkow, nutek ktore bardzo mi sie podobaja,
                  ale raczej nigdy (albo bardzo rzadko) nie wywarlo to na mnie takiego wrazenia
                  jakie wywiera gra Howe'a.
                  Albo inaczej zeby nikogo nie obrazac - obaj sa wielkimi gitarzystami, maja
                  jednak rozne podejscie zarowno do roli gitary w rockowej orkiestrze, jak i do
                  samego sposobu grania. A honorowy tytul profesora (czy tez doktora) muzyki czy
                  miejsce w GPHoF nie są przyznawane byle komu i za byle co wink
                  Ciagnac watek czy EOT?
              • Gość: Relayer Re: Pytanie do Relayera IP: *.ceti.pl 23.01.03, 18:34
                Jesli zalezy ci na studyjnych utworach z KTA i KTA2 - sa one dostepne na
                wydawnictwie "Keys To Studio".
                Jesli chodzi o to czy sa godne polecenia - tak, mysle ze to calkiem spory
                kawalek dobrej muzyki i 'solidnego proga', przede wszystkim, powiedzmy
                niefortunnie, suity ('That, That Is' i 'Mind Drive' wywodzacy sie z wprawek
                XYZ, tzn. skladu Page-Squire-White), jest troche ciekawych 'klimatow' w
                drugiej czesci Children Of Light i instrumentlanym Sign Language, reszta płyt
                (y) trzyma poziom powiedzmy jak na yesow przecietny.
                Co do nagran koncertowych - maja wady i zalety wink "Da sie sluchac".
                • Gość: soso jeszcze o Howe i Rabinie IP: 195.41.66.* 24.01.03, 06:45


                  Teraz moze inaczej. Howe'a bardzo lubie bo trzymal nastroj Yes i chyba pasowal
                  do tego, co robili kiedy byl (jest) z nimi.
                  Rabin ma ta przypadlosc, przynajmniej dla mnie, ze zawsze zwroci moja uwage i
                  szczerze mowiac, potrafi tak zagrac, ze czegos podobnego wczesniej nie
                  slyszalem. I to mnie zwala z nog i to mi wystaracza. Howe gra czesto rozsypanym
                  akordem co moze wydawac sie szczytem szybkosci lub jakas wspaniala girlanda
                  muzyczna ale tak naprawde jest prosta technika i po dodaniu kilku sztuczek
                  wychodzi z tego calkiem interesujace brzmienie. Jednak Rabin jest zupelnie
                  innej natury. Gra pojedynczym dzwiekiem, czasami oczywiscie 2 struny na raz bo
                  gitara bez dysonansow nie jest prawdziwa gitara kiedy gra sie rockowym solem. I
                  to jest piekne bo przy tym takze tak modeluje kazdy dzwiek, ze sie to chce
                  wprost chlonac i jeszcze i jeszcze. 90125 jest dla mnie rozczarowujace bo tak
                  malo jest tam wlasnie popisu na gitarze. Pierwsze co zrobilem po przesluchaniu
                  to udalem sie na poszukiwania jakiejs plyty solowj Rabina bo chcialem wiecej.
                  Stad Howe jest dobry, bardzo dobry, na YES ALBUM moze nawet wspanialy ale mnie
                  bardziej kreci Rabin. Wszystko.
                  Posluchajcie drugiej solowki w Hearts na 90 125. Czy mozna lepiej wyrazic
                  piekne uczucia? Posadzcie swe dziewczyny przed glosnikami i zapytajcie. I to
                  jest caly Rabin. A czy w Endless Dream nie usmiechacie sie do siebie sluchajac
                  jak mozna powyglupiac sie na gitarze? Klasa i tyle.

                  pzdrw

                  soso

                  • Gość: Relayer Re: jeszcze o Howe i Rabinie IP: *.ceti.pl 24.01.03, 15:46
                    No to teraz wiemy: Howe i Rabin są wspaniałymi gitarzystami.

                    Ale hola hola, został jeszcze Banks i Sherwood wink
Pełna wersja