Jakiś rok temu czy więcej obiecałam napisać recenzję płyty Eels Souljacker.
Jednak jakoś zgubiłam kolejkę, trochę motywacji brakło, tymczasem zespół
bardzo się pospieszył z wydaniem kolejnego albumu i oto możemy kupić nowy
album Shootenanny!, o którym postaram się napisać.
Wiecie czego najbardziej nie lubię w recenzjach płyt wykonawców, którzy mają
na koncie więcej niż jeden album? Kiedy zaczyna się ona od słów: "Zespół X
powstał w tym a tym roku, w tym a tym miejscu a utworzyli go A, B i C,
pierwszy album zatytułowany tak i tak wydali w tym i tym roku po czym
odnieśli/nie odnieśli sukces sprzedając tyle a tyle egzemplarzy..."–
popularne gazety i serwisy internetowe w tym celują. A jednak sama muszę
zrobić coś podobnego aby przybliżyć niezorientowanym, cóż to za zespół Eels.
Lider i założyciel zespołu Mark Olivier Everett, o krótkim pseudonimie E co
prawda nie urodził się w patologicznej rodzinie ani nie mieszkał w
amerykańskich slumsach, jednak młodość miał nieciekawą. Był sprawiającym
kłopoty wychowawcze nastolatkiem, pozbawionym szczególnej urody, postury i
pięknego głosu. Wykazywał jednak wielką pasję w tworzeniu muzyki, która
doprowadziła go do Los Angeles, gdzie nagrał swoje dwa solowe albumy. Jego
kariera muzyczna tak naprawdę ruszyła do przodu w 1995 r., kiedy wraz z
perkusistą Butchem i gitarzystą Tommym Waltersem założył zespół Eels i wydał
album "Beautiful Freak". To niezwykle oryginalna, do dziś brzmiąca świeżo
płyta, promowana była singlem Novocain For The Soul - z pewnością
słyszeliście ten utwór lub widzieliście teledysk. Mr. E przelał na nią chyba
wszystkie swoje doświadczenia związane z byciem odmieńcem, osobą spoza
towarzystwa, dziwakiem. Stąd piosenki takie jak tytułowy Beautiful Freak, My
Beleved Monster (pare lat temu znalazł się OST do "Shrecka"), Your Lucky Day
In Hell, Guest List. Trudno określić mi styl muzyczny, jaki prezentuje ten
album, bo nazwa pop wielu z Was by odstraszyła. Ja użyłabym określenia
elektroniczny rock. Najbardziej charakterystyczną cechą tej muzyki są
genialne linie perkusyjne, rytmiczne i wpadające w ucho, choć zdarzają się
ballady z akustyczną gitarą i pianinem, wszystko urozmaicają dziwne
zsamplowane dźwięki, chóry itp.
No dobra, wydało się. Tak naprawdę chciałam napisać głównie o samym zespole,
słowo recenzja w tytule miało tylko podstępnie zwabić do otwarcia wątku
Niektórzy muzycy wzbraniają się, jeżeli ktoś próbuje zbytnio łączyć ich
twórczość z ich życiorysem. W przypadku Marka Everetta nie da się jednak
zrobić inaczej. Jego doświadczenia rodzinne przypominają telewwizyjny dramat.
Kiedy miał 19 lat, znalazł w domu martwego ojca, jego jedyna siostra
popełniła samobójstwo a matka zachorowała na raka i zmarła wkrótce po wydaniu
drugiego albumu Eels. Nie powinno więc dziwić, że "Electro- Shock Blues"
odbiera się jako jedną z najsmutniejszych i najbardziej przejmujących płyt w
historii. Spójrzmy na tytuły utworów: Elisabeth On The Bathroom’s Floor,
Going To Your Funeral, Cancer For The Cure, Hospital Food, Dead Of Winter. To
jednak nie skłonności do turpizmu czy czarny humor, ale sposób, w jaki E
starał się poradzić z osobistymi tragediami. "Life is funny, but not ha ha
funny" – konstatuje Mark Everett w 3 Speed. Ostateczny wydźwięk albumu jest
krzepiący: w PS You Rock My World E śpiewa: "Everyone is dying and maybe it’s
time to live..." Teledysk do utworu Last Stop: This Town ze śpiewającą
marchewką o twarzy E też jest całkiem pogodny.
Zagraniczni recenzenci w pewnym momencie zaczęli porównywać tmuzykę Eels do
twórczości Becka. Czym zatem różnią się ci wykonawcy? Jak dla mnie tym, że za
Beckiem nigdy nie przepadałam a za Eels wręcz odwrotnie. A tak poważnie to
faktycznie podobny jest wokal obu panów, czyli matowy, lekko zachrypnięty
kiepski głos. Jednak styl Becka jest o wiele bardziej elektroniczny i
udziwniony, Eels są bardziej minimalistyczni. Trzeci album zespołu jest moim
zdaniem najsłabszy muzycznie, pomimo że w jego nagrywaniu pomagał gitarzysta
R.E.M. Peter Buck. Jednak "Daisies Of The Galaxy" troszkę za mocno romansuje
z folkiem i country. W sferze tekstowej E przyjął tym razem bardziej
ogólnoludzki punkt widzenia. Opowiada o świecie dookoła niego, o brzydocie
miasta w deszczu, śmieciarkach i nieszczęśliwych ludziach. Jeżeli funkcją
sztuki jest zwracanie uwagi na ważne sprawy, budzenie wrażliwości, zmiana
naszej perspektywy widzenia świata, to Mark Everett jest artystą.
Zanim uznacie zespół Eels za najsmutniejszy zespół świata, zwroćcie uwagę na
wydany w 2001 r, "Souljacker". Przynosi dosyć znaczące zmiany w stylistyce
Eels. Już pierwszy singiel, Souljacker part 1 zaskoczył mnie nie tylko ostrym
rockowym brzmieniem ale i teledyskiem, w którym brodaty E ucharakteryzowany
na Unabombera gra z zespołem za kratami w więzieniu pełnym napalonych
kobiet

Co ciekawe, wydaje się, ze w duszy lidera zespołu wreszcie
osstrożnie zaświeciło słońce. We Fresh Feeling mamy impresję: Birds singing a
song/ old paint is peeling/ this is that fresh /that fresh feeling. A w innym
utworze jedno z najbardziej nietypowych wyznań uczuć: In this world of shit/
baby you are it/ a little light that shines all over/ Must take over and see
us throught the night (World Of Shit)– na mnie to działa, coś w klimacie
prozy Kurta Venneguta!
Dotarliśmy do najnowszego albumu Eels pt. "Shootenanny!" a ja mam z nim
problem. Bo nie potrafię zgrabnie połaczyć tej płyty ze stworzoną właśnie
przeze mnie ideologią rozwoju muzyki zespołu. E ostatnio jakby pogodził się
ze światem ale wcale nie zaczął pisać samych radosnych utworów.
Na "Shootenanny!" sporo jest goryczy człowieka dojrzałego. Już za pierwszym
przesłuchaniem wręcz wstrząsnął mną utwór Agony, którego mocny tekst (nie
zacytuję, sami sprawdźcie) podkreślony jest przesterowaną gitarą. Muzycznie
jest różnie, rockowy początek All in Days Work, ironiczne chyba trochę Love
of the Loveless, swojskie eelsowe Hard Rock Times i rewelacyjny, oparty na
rytmicznych gitarach Lone Wolf, który chodzi za mną od wczoraj. Tą płytkę
muszę jeszcze przegryźć.
Przepraszam za zajęcie tyle miejsca i czasu

)
PS. Najlepsza pora na słuchanie Eels to najwcześniej 12-1 w nocy, albo w
ciemny, deszczowy przygnebiający dzień