eeela
20.09.09, 00:21
Przez cale studia dorabialam na boku w roznych uniwersyteckich instytucjach.
Wciaz jeszcze pracuje w punkcie informacyjnym dla studentow, gdzie
niejednokrotnie mam do czynienia rowniez ze studentami rodakami. No i wczoraj
wlasnie jeden taki przyszedl i nawiazal ze mna dajaca do myslenia konwersacje.
Po wymienieniu paru zdan po angielsku moj klient spojrzal na moja plakietke z
imieniem i przeszedl na polski. Ja sie uprzejmie zdziwilam i powiedzalam, ze
nie rozpoznalam rodaka po akcencie.
- No, ja sie staram nie mowic tak, jakbym rabal drewno siekiera, jak wiekszosc
Polakow tutaj. - odpowiedzial.
Pominelam komentarz uprzejmym milczeniem i zajelam sie drukowaniem jego karty
studenckiej.
- A tutaj to chyba niewielu jest studentow z Polski? - zagail pan. - Nie to,
zebym specjalnie tego zalowal...
Poinformowalam go, dalej uprzejmie acz juz chlodno, ze studentow z Polski jest
mniej wiecej tyle a tyle, ze w samorzadzie studenckim dziala kilku i ze sa
mala, ale liczaca sie spolecznoscia, ktora cieszy sie w srodowisku
uniwersyteckim dobra opinia. Pan zarzucil po tym dalsze proby wciagniecia mnie
w narzekanie na temat Polakow.
Kurna, co za koles. Usiluje z Polka-studentka nawiazac przyjazna konwersacje
za pomoca psioczenia na Polakow-studentow? Niesmaczne.