Dodaj do ulubionych

Konwicki w odcinkach- przed świętami

22.10.09, 08:27
Stoję w ogonku przed sklepem państwowej firmy „Jubiler"
i jestem dwudziesty trzeci. Niedługo kuranty warszawskie
oznajmią godzinę jedenastą przed południem. Wtedy szczękną zamki wielkich
metalowoszklanych drzwi i my, zakatarzeni klienci, wtargniemy do wytwornego
wnętrza,
oczywiście wtargniemy w pełnej dyscyplinie, nie burząc kolejności ogonka
utrwalonej
przez długie kwadranse czekania.
Jest lekko mroźny dzień wigilijny. Dzień na pograniczu spóźnionej jesieni i
spóźnionej
zimy. Dzień też jakby spóźniony. Nie rozświetlony do końca, mglisty, ślamazarny.
Zabłąkane płatki śniegu żeglują w lodowatym powietrzu jak nasiona topoli. Tramwaje
zbijają się w stada na tej szerokiej magistrali i dzwonią żałośnie. Znany,
powszechnie
szanowany żebrak rozsiada się na trotuarze koło salonu jubilerskiego.
Wyciągnął przed
siebie nogi, rozkraczył je w płyciutkim zwiewnym śniegu i straszy nimi wrażliwych
przechodniów. Ale ja wiem, że te plastykowoniklowe protezy są puste w środku i
choćby
przymarzły do chodnika, nasz żebrak nie zazna chłodu. Tłumy przechodniów suną
nieprzerwanie wzdłuż ścian. Czasem ktoś na kogoś wpadnie i odejdzie bez
przeproszenia, zatopiony w swoich myślach. Czasem ktoś kogoś potrąci krzyżakiem
choinki i bluzgnie nieprzystojnym słowem, czasem znów ktoś podchmielony stoczy
się na
jezdnię, ale szybko powstanie i ruszy w drogę. Zwykły, wigilijny dzień.
1
Ten dzień pełznie przez niedużą planetę malutkiego układu słonecznego. Planeta
nazywa się Ziemią, jest jajem skalnym wypełnionym płynną lawą, a pokrytym z
wierzchu
cienkimi warstwami wody oraz powietrza, czyli lotnej mieszanki tlenu, wodoru,
azotu i
kilku jeszcze pierwiastków, które kiedyś mogą zagrozić jej istnieniu. Na tej
planecie
zbiegiem wielu szczęśliwych okoliczności powstało życie na podstawie białka i
to życie
po milionach lat wykreowało istoty rozumne, które nazywają siebie ludźmi i do
których ja,
piszący te słowa, mam zaszczyt należeć. Ludzkość, czyli suma rozumnych mieszkańców
Ziemi, stworzyła cywilizację, co nam pozwala rozumieć wszechświat, a właściwie nie
rozumieć go kompletnie, co pomaga zwalczać stare nieszczęścia ludzkiej
egzystencji i
co tworzy coraz groźniejsze nowe, co wypuściła człowieka na króciutkie spacerki w
kosmos i odebrała mu nadzieję na wielkie podróże do jądra tego kosmosu. Trzeba też
dodać informację najistotniejszą: życie na Ziemi podlega dziwnej pulsacji, jej
rytm
wyznaczają tak niezwykłe formy przemiany energii, jak narodziny i śmierć, jak
dojrzewanie i starzenie się, jak istnienia i nieistnienia.
Jestem zmuszony do tych kilku pobieżnych objaśnień, ponieważ spodziewam się, że
jakiś egzemplarz książki, którą mozolnie piszę, trafi do rąk, czułek albo do
komputerów
innych stworzeń rozumnych, co zjawią się przypadkiem w naszej galaktyce, stworzeń
rozumnych z centralnych regionów wszechświata, z eleganckich dzielnic
metropolii Pana
Boga, istot mądrzejszych i lepszych od nas, szlachetnych nadludzi wymyślonych i
wymarzonych przez człowieka. A piszę z takim ambitnym, właściwie nawet niezwykłym
zamiarem tylko dlatego, że znudziło mnie już porozumiewanie się z bliźnimi,
braćmimędrcami i idiotami, braćmiprorokami i szubrawcami, braćmidręczycielami i
ofiarami.
Ten dzień wigilijny przynosi nam. Ziemianom, co roku jakąś magiczną nadzieję,
budzi w
nas dziwne i podniecające przeczucie, ożywia w nas tęsknotę za nieznaną
praojczyzną.
W ten dzień, rozpoczynający zimę albo lato, urodził się dwa tysiące lat temu
pewien
człowiek, którego uznaliśmy za Boga, to znaczy za
współtwórcę niezrozumiałej budowli wszechświata, człowiek, który, wedle naszych
wierzeń, pośredniczy między nami a budzącą grozę tajemniczą nadrzędnością. Tego
dnia stoję otulony w ciepły kożuch pod sklepem z wyrobami jubilerskimi
nazwanym bez
szczególnej finezji „Jubilerem". Jestem dwudziesty trzeci w ogonku, a za mną
przytupuje
skostniałymi nogami jeszcze ze
dwadzieścia osób. Ja również drżę leciutko, choć okrywa mnie sute futro
baranie. Ale ja
drżę z emocji. Drżę w oczekiwaniu tego dnia, tych kilkunastu niezwykłych
godzin, które
przyniosą - być może - dla mnie i dla nas wszystkich decydujące rozwiązanie.
- Patrz pan, jaki zdrowuch - mamrocze mi w kołnierz kożucha gęstą parą stojący
za mną
jegomość. Pokazuje załzawionymi od chłodu oczami wystawową szybę. - Aż grzech
patrzeć.
2
Rzeczywiście, przez zakurzone szkło widać zarys kobiecej twarzy. Ciemnowłosa
dziewczyna o trochę nieprzyzwoitych ustach patrzy sepiowym spojrzeniem na
niewesołą
ulicę.
Obserwuj wątek
    • of.woman.born odcinek II 22.10.09, 16:59
      - W sam raz, ale nie dla nas - powiadam melancholijnie.
      - A co to, my gorsi od innych?
      Spod futrzanej czapeczki u mego rozmówcy sterczą długie,
      mocno siwe włosy, młodzieżową modą opadając aż na kołnierz granatowej kurtki z
      pomarańczowymi wypustkami.
      - Może i nie gorsi - wzdycham. - Metryka, metryka tylko
      powoli ekspiruje.
      - Ja, panie, czuję się młody.
      - Ale jakoś nie uchodzi.
      - Pan mnie nie pamięta, a ja pana znam.
      - Coś jakbym sobie przypominał.
      - Nie męcz się pan. Znam i już. Przyjdzie pora, to opowiem. Już zaczynam żałować
      kłopotliwego sąsiedztwa. A pan w futrzanej czapeczce uśmiecha się dwuznacznie. Z
      jego
      dłoni zwisa płaska torba skórzana, tak zwana pederastka. Ni to mapnik oficerski,
      ni to
      saszetka z kosmetykami.
      - Zapali pan?
      - Dziękuję.
      - Dziękuję: tak, czy dziękuję: nie?
      - Dziękuję: tak.
      Przypalamy mozolnie papierosy, zerkając na szybę. Dziewczyna ciągle patrzy przed
      siebie. A tam, na skrzyżowaniu, chmara ludzi przepycha tramwaj w bezpieczne miejsce,
      bo zabrakło prądu. Nawet dobrze jedzie, aż przybija na złączach szyn jak prawdziwy
      pociąg.
      - Wszystko czytam, co pan napisze - powiada sąsiad z cieniem nieprzyjemnego
      uśmiechu.
      3
      - Może nie warto czytać - bąkam skromny i zażenowany.
      - Przyjdzie pora, to opowiem.
      Do czoła kolejki zbliża się staruszka w wytartym, cienkim
      płaszczyku. I ona ma na zsiniałych policzkach srebrzyste łzy, wyciśnięte przez
      przymrozek.
      ŚŚ Ja jestem inwalidka - zaczyna płaczliwie, ale ogonek milczy wzgardliwie. Więc
      ociera
      dziurawą rękawiczką łzy. - Tak mnie nogi bolą, tak bolą, że ledwie chodzę.
      Przestępuje z nogi na nogę i rzeczywiście, te nogi wyglądają jak dwie wierzbowe
      kłody.
      Ale ogonek to ignoruje. Tylko pani w za dużej pelisie, w za dużym kapeluszu i w za
      dużych kozaczkach rzecze ironicznie:
      - Ja też nie jestem już młoda, a stoję w kolejności.
      Staruszka ociera łzy.
      - Mąż umarł w zeszłym roku. Sama z dziećmi zostałam.
      A renta taka mała, że wyżyć nie sposób.
      - Ludzie, wpuście panią bez kolejki - odzywa się młody
      człowiek o wyglądzie studenta, a drugi, pewnie kolega, wielki grubas w rozchełstanej
      skórzanej wiatrówce, potakuje z aprobatą. Ogonek zwiera się ciaśniej; broni
      dostępu do
      eleganckich drzwi, spowitych leniwą warszawską rdzą. Stara kobieta, pochlipując,
      przesuwa się nieznacznie w naszą stronę. Zajmuje dobre strategicznie miejsce obok
      litościwych studentów.
      • of.woman.born Re: odcinek III 22.10.09, 21:07

        - Pan to wyszedł na ludzi - mruczy sąsiad ogarnięty swoją maniacką myślą. - Kto
        by się
        spodziewał.
        - Panie, nie ma czego zazdrościć - odpowiadam z przykrością.
        - Duszek, poznaj pana Konwickiego - sąsiad kiwa dłonią na swego sąsiada.
        Wymieniam uścisk prawicy z facetem odzianym staromodnie
        z elegancją lat pięćdziesiątych. Pan Duszek liczy sobie koło dwóch metrów
        wzrostu, a i
        ręka jego skryłaby z łatwością pięciokilowy odważnik.
        - No to i ja się przedstawię. Kojran jestem - uchyla futrzanej czapeczki dotychczas
        anonimowy sąsiad. - Nic panu moje nazwisko nie mówi - stwierdza bez rozczarowania.
        4
        - Coś jakbym skądś pamiętał.
        - Pan tak mówi z grzeczności, panie K. - uśmiecha się pobłażliwie Kojran.
        - Dobrze byłoby coś wprowadzić do organizmu - wtrąca
        pan Duszek.
        - Najpierw trzeba oswoić kolejkę. Patrz pan, panie K., ona chyba zasnęła - Kojran
        fioletowym uchem wskazuje wystawę.
        Dziewczyna ciągle jeszcze patrzy na ulicę, choć wznowiono już ruch i tramwaje, znowu
        w stadach, suną ciężko w stronę Dworca
        Centralnego.
        - Zapadła w letarg. Ja to znam " powiada kaszlać pan Duszek. Wielkie kłęby pary
        z jego
        ust lecą ponad głowami ogonka.
        - Ona ma wyrzuty sumienia.
        Na wielkim rondzie przy skrzyżowaniu szerokich ulic śnieżny wiatr miota ogromnym
        świerkiem przebranym za choinkę. Leśne drzewo szarpie się na wszystkie boki jakby
        kłaniając się czterem stronom świata, jakby chcąc się urwać z uwięzi, z tej
        kamiennej
        niewoli. Czerwone szklane bombki sypią się obficie na tory tramwajowe niczym
        zmarznięte owoce jarzębiny.
        - Mój kolega to Francuz - powiada szeptem student, a ten
        rudy grubas w rozpiętej kurtce skórzanej chyli uprzejmie głowę.
        - Bonjour, monsieur - odkłania się Kojran. - Qa m?
        - Bardzo dziękuję - rzecze po polsku Francuz z silnym
        akcentem.
        - Co pan tu u nas porabia?
        - On jest anarchistą - wyjaśnia student. - Policja już mu deptała po piętach.
        Uciekł więc
        do Polski.
        - Witamy w naszym pięknym kraju.
        Francuz wygłasza krótkie przemówienie w ojczystym języku.
        5
        - On mówi - tłumaczy student - że dawniej każdy młody
        Europejczyk powinien był jechać do Paryża. Dziś jeździ się do Warszawy.
        - Wielki to dla nas zaszczyt - kłania się jeszcze raz Kojran, anarchista również
        składa
        ceremonialny ukłon.
        - Warto strzelić dzioba - wzdycha pan Duszek.
        - Przyjdzie pora, to strzelimy. Coś pan tak zdrętwiał, panie K.?
        - Niech pan spojrzy: czerwony śnieg pada.
        - Jaki tam czerwony. Od neonu nabrał koloru. Na cud pan
        czeka?
        Pod kamienną tablicą, gdzie podczas wojny rozstrzelano pięćdziesięciu zapomnianych
        ludzi, przygasa i rozpala się od nowa parafinowy znicz w zielonym słoiku.
        - Tak, ma pan rację. Czekam na cud.
        9
        Jeśliby spojrzeć na naszą chudą konstelację z głębi wszechświata, to poprzez gąszcz
        Drogi Mlecznej zobaczy się z trudem skromne słońce i osiem czy dziewięć - nie
        chce mi
        się sprawdzać w atlasie - a więc osiem czy dziewięć planet, niektóre z
        księżycami, kilka
        małych planet towarzyszących słońcu, tak ważnemu dla nas, a tak obojętnemu dżungli
        kosmosu. Jedna z tych planet to nasza Ziemia, na której się zdarzył niezrozumiały
        fenomen życia utopionego w tlenie, a więc w najbardziej piekielnym, zabójczym
        pierwiastku. Ta Ziemia podobna jest porcelanowej, niebieskozielonej gruszce,
        omszałej
        dmuchniętym kapryśnie pudrem. Ów biały, strzępiasty nalot to obłoki, czczone przez
        poetów, to chmury zapowiadające cyklony i potopy, to straszne jesienne niże, kiedy
        ludziom pękają serca, kiedy z mgieł wyłażą upiory obezwładniających przeczuć, kiedy
        życie zastyga w letarg, w coroczną próbę wiecznego snu.
        Na tej gruszkowatej Ziemi mrowi się, spełniając nakazy natury, prawie pięć miliardów
        istot rozumnych, na pierwszy rzut oka albo fali elektromagnetycznej, stworów
        dwunożnych o postawie wyprostnej. W zawiłym procesie ewolucji podzieliliśmy się na
        wielkie lub mniejsze zgrupowania społeczne, zwane narodami, co być może ułatwia nam
        proces wegetacji. Te wielkie i małe narody nieustannie pożerają się nawzajem w
        walce o
        byt, o przetrwanie, o sprostanie prawom ewolucji. Oczywiście, absurdem byłoby
        twierdzić, że małe formacje społeczne pochłaniają wielkie, ale jeśli się weźmie pod
        uwagę, że te stada, zwane narodami, puchną i kurczą się raptownie, rozdymają się i
        6
        tęchną, mnożą się przez pączkowanie i kaleczą przez amputacje - to można powiedzieć,
        że w ostatecznym rozrachunku pożerają się nawzajem, choć
        czasem się zdarza, że i zwymiotują nie strawionymi szczątkami sąsiada.
        Dziwaczny podział na narody jest źródłem wielu naszych cierpień, bólów,
        nieszczęść. Im
        bliższy jest rozpad narodów, jako struktur przestarzałych, hamujących zagadkową i
        przerażającą ewolucję, tym intensywniejsze zachodzą procesy jonizacji wewnątrz nich,
        tym wyższe rodzą się temperatury wewnętrzne i zewnętrzne, tym tragiczniej sze
        stają się
        zderzenia oraz tarcia tych cząstek zwane przez nas wojnami, rewolucjami albo
        powstaniami.
        Skłonność literatów, spisujących fikcyjne albo prawdziwe perypetie poszczególnych
        osobników i całych formacji społecznych,a więc skłonność literacka do odrywania
        się od Ziemi i spoglądania na nią z odległości
        stratosfery czy przestrzeni międzygwiezdnej, ta maniera jest już wytropiona przez
        badaczy i nazwana objawem szczególnej dewiacji. Ale i opisywanie fenomenu życia z
        wysokości kamienia polnego albo hydrantu w mieście też jest nagannym zboczeniem.
        Ponieważ w ogóle literatura to nienormalność, transcedencja i zboczenie.
        • of.woman.born Re: odcinek IV - kapusta 23.10.09, 00:00
          - Patrz pan, panie K., jej już nie ma.
          - Kogo? - pytam machinalnie.
          - Iwony.
          Szyba wystawowa zapociła się, skrywając mroczne wnętrze salonu jubilerskiego.
          - Pan ją zna?
          - Jeszcze nie - powiada Kojran.
          - To skąd pan wie, jak ma na imię?
          - Iwona - powtarza z uporem. - Założymy się?
          - Nie lubię zakładów.
          - Nie lubi pan hazardu?
          - Czy ja lubię hazard? Czasem lubię.
          7
          - Tylko na całą stawkę?
          - Właśnie. Na cały bank.
          Wybucha mały niepokój na początku kolejki. Uboga kobieta
          zręcznie umieszcza się przed studentami. Słychać łoskot żelaza, brzęk szyb i
          podniecone krzyki klientów. Kierowniczka salonu otwiera drzwi. Do środka wciska
          się w
          karnym ordynku kolejka. Teraz stoimy luksusowo wzdłuż kryształowej lady wypełnionej
          radzieckimi zegarkami ręcznymi i enerdowskimi budzikami. Lodowate nasze stopy
          spoczywają na płytach z czarnego marmuru. Nad nami lśni ogromny ceramiczny
          żyrandol. Lśni, ale nie płonie elektrycznym światłem, bo nie ma chwilowo prądu.
          Kierowniczka wynosi z zaplecza dwie świece, przypieczone stearyną do etui po
          bransoletach chińskich. Wesołe płomyki chybocą już we wszystkich lustrach.
          - Jest - szepcze poufnie Kojran.
          - Kto?
          - Iwona. Tam, koło palmy.
          11
          Obok zakurzonego drzewka siedzi na wyściełanym krzesełku
          - w stylu fałszywe Księstwo Warszawskie - nasza znajoma zza szyby. Czyta książkę z
          gniewnym znudzeniem. Odkrywam pełen dziwnego niepokoju, że włosy jej są prawie
          czarne, a i w cerze jest coś kreolskiego, pierwiastek śródziemnomorski emanuje z nie
          znanej dziewczyny, i to mnie trochę zniechęca. W tych południowych narodach jest
          jakaś
          łatwość urody, jakaś pochopność natury i brak powściągliwości.
          - Proszę państwa - odzywa się donośnym głosem kierowniczka salonu.
          A kiedy tak się odzywa, wysoko stapirowane, złote jej włosy podlegają raptownej
          drżączce. - Proszę państwa, dzisiaj jeszcze nie przywieziono towaru. Może
          przywiozą za
          godzinę, a może i przed zamknięciem sklepu. Ostrzegam, żeby nie było reklamacji.
          Książka skarg i zażaleń jest chwilowo u introligatora.
          Jęk zawodu, gwałtowne zafalowanie ogonka. Dwaj mężczyźni
          w poplamionych cementem ubraniach roboczych głośno złorzeczą. Baba wiejska z
          wielkim tłumokiem, okrytym chustą związaną na piersiach, zaczyna płakać,
          - Trudno. Poczekamy - dudni nad głowami pan Duszek.
          8
          - Ech, te kolejki, kolejki - wzdycha Kojran.
          Pani w za dużej pelisie oraz w za dużym kapeluszu odwraca się ku niemu i rzecze z
          naciskiem:
          - W Anglii też są kolejki.
          A ja sięgam dłonią za pazuchę, pod gorące wnętrze kożucha, i macam palcami kieszeń
          marynarki. W porządku, jest gotówka. Pięć tysiączłotowych banknotów.
          - Panie K., pan naprawdę wierzy w cuda? - zapytuje Kojran.
          - Może to pierwszy objaw starości, ale jakby zaczynam
          wierzyć.
          - Przyjdzie pora, to uzgodnimy. Pani Iwonko, nie szkoda
          oczu?
          Śródziemnomorska dziewczyna unosi głowę znad książki, spogląda wyniośle na Kojrana,
          który posyła jej całusa dwoma palcami o zmiażdżonych paznokciach. Okazuje się
          powoli,
          że w salonie jubilerskim jest nie tylko ciemno, ale i chłodno. Stąd te serdaki ze
          sztucznego futra na kibiciach ekspedientek. Iwona wraca do książki. Płomyki
          świec, jak
          listki jesiennej brzozy, chcą zerwać się z czarnych knotów, miotane gwałtownymi
          przeciągami.
          12
          - Chłopcy - powiada Duszek - trzeba huknąć po lornecie,
          bo dostaniemy pneumonii.
          - Przyjdzie pora. Oswajajmy kolejkę.
          - Jakby co, to proszę i o mnie pamiętać - kłania się uprzejmie facet cały spowity w
          dżinsowe płótna i zajmujący pozycję dwudziestą szóstą, a po przyłączeniu się ubogiej
          starowiny - dwudziestą siódmą. Wygląda on na jakiegoś rozkapryszonego panicza z
          paryskiego drugstore'a albo wręcz z Times Square na Manhattanie.
          Kojran i Duszek przyjmują jego propozycję z ostentacyjnym chłodem. Potem Duszek
          szepcze chrapliwym basem:
          - Uważajcie, to kapusta.
          • of.woman.born Re: odcinek V -spojenie żeber 23.10.09, 00:15
            Nie opodal salonu jubilerskiego zatrzymuje się ciężarówka. Strażnik w waciaku
            spuszcza
            klapę. Na chodnik zeskakują więźniowie w takich samych waciakach, tyle że okrytych
            pomarańczowymi kamizelkami. Każdy z nich jest uzbrojony w szuflę do śniegu. Ale
            śniegu jeszcze mało. Może będzie dosyć koło pierwszej gwiazdki.
            Łapie mnie raptowny strach. Mam idiotyczną ochotę wyprysnąć na ulicę razem z
            kryształową szybą wystawy, razem z palechskimi szkatułkami i babami w babach. Lecz
            sięgam tylko ponownie w zanadrze, gdzie kości mostka zaciska straszny,
            złowróżbny ból.
            Rozcieram żebra nad sercem, normuję oddech. Ból jednak nie ustępuje. Ból, który
            poznałem przed kilku dniami.
            - Może to i dobrze byłoby tak od razu, na miejscu, bez apelacji? - pytam sam
            siebie. - To
            nie czasy powolnego, mieszczańskiego konania. Dziś nawet sklepikarze, a kto wie,
            czy i
            nie ministrowie, dziś wszyscy modlą się o nagłą i niespodziewaną.
            Później, uspokojony, słucham z mściwą satysfakcją, jak ten nowo poznany ból zaciska
            jeszcze bezwzględniej szczęki na spojeniu moich żeber. Kożuch wonieje mumią barana i
            salonem pralniczym „Alba".
            - Oż wy w mordę łechtani - warczy Kojran - dwadzieścia
            PO jedenastej, a towaru jak nie ma, tak nie ma.
            - We Francji też godzinami czekają na towar •Ś powiada sucho pani w za dużej
            pelisie, w
            za dużym kapeluszu i w za dużych
            kozakach. Nawet w uszach ma za duże złote klipsy ze szmaragdami.
            ~~ Pani pewnie z dyplomacji - stwierdza Kojran.
            13
            - Dlaczego z dyplomacji? - pyta, trochę dotknięta, pani w za dużej zewnętrzności.
            - No bo taka bywała.
            - Ja tylko jestem obiektywna.
            - Polak, jak musi czekać, to wpada w złość - rzecze Duszek.
            - Włosi są bardziej nerwowi.
            - Nie obchodzą mnie Anglicy, Francuzi, Włosi - denerwuje
            się pan Duszek. - Obchodzą mnie Polacy. Pani rozumie, co mam na myśli?
            10
            - Nie będę z panem dyskutować o polityce.
            Wiejska baba z tłumokiem przemieściła się niezauważenie
            w naszą stronę. Korzysta teraz z kłopotliwej ciszy i pyta poufnie:
            - Może ktoś z państwa potrzebuje cielęciny? Mam ładną,
            świeżutką.
            - Ale babcia tu nie stała - stwierdza z gniewem Kojran.
            - Toż i nie stoję, tylko pytam.
            - Pani pokaże tę cielęcinę - wtrąca Duszek.
            Baba zaczyna rozsupływać tobół. Na marmur posadzki sypią się przemarznięte ziarna
            zboża.
            - Po co ci cielęcina? - pyta Kojran.
            - Zobaczymy, pomyślimy, cielęcina to najzdrowsze mięso.
            Kierowniczka wychyla się znienacka przez kryształową ladę.
            - Pani pozwoli do mnie na zaplecze.
            Baba zastyga w niepewności z dwoma udźcami cielęcymi.
            - Ale my jesteśmy pierwsi - interweniuje Kojran.
            - Starczy, starczy dla wszystkich - uspokaja wieśniaczka
            i już chyłkiem mknie na zaplecze, wabiona przez złotowłosą kierowniczkę.
            Dziewczyna z
            książką uniosła głowę, patrzy na mnie tak, jakby mnie naprawdę widziała, jakby
            myślała
            o mnie, jakby chciała mi coś powiedzieć. I znowu raptem przenosi wzrok na szybę, za
            którą przytupują więźniowie oczekujący śniegu, i znowu wraca do książki.
            - Wie pan, nie zapamiętałem wieczoru wigilijnego z dzieciństwa, z partyzantki
            albo tego
            powojennego, w pustym pokoju, w pustej bursie akademickiej, ale zapamiętałem na całe
            życie taką jedną króciutką chwilę, kiedy zapaliła się pierwsza gwiazda, a ja
            stałem w
            oknie, patrząc na drogę jak kanion śniegowy, na ogromne zbocza rozległych wzgórz
            okryte grubo ponową, na białą ścianę lasu u szczytu tych wzgórz, na granatowiejącą
            niebieskość nie14
            ba na całą tę wigilijną wigilijność, w której zamiera wszelkie użyteczne życie,
            w której
            odzywa się delikatne życie intymności ludzkiej, więc patrząc na tę łagodną bajkę
            wymyśloną przez Boga i ludzi, spostrzegłem nagle samotnego człowieka, co szedł
            11
            zgarbiony śnieżną drogą w tej osobliwej chwili, szedł sam jeden na świecie przez
            opustoszały świat wigilijny i w tym jego osamotnionym ruchu tyle było wieloznacznej
            grozy, tyle tajemniczego nieszczęścia, tyle zuchwałego wyzwania wobec odwiecznej
            tradycji, że ten widok brnącego przez kopki śnieg człowieka w godzinę wigilijnego
            zmierzchu zostanie mi na zawsze w pamięci, choć tymczasem rozbito atom,
            zwyrodniono geny i wylądowano na
            Księżycu
            • of.woman.born odcink VI- zamaczanie rybki 23.10.09, 15:46
              - A gdzie pan widział tego człowieka?
              - W Kolonii Wileńskiej. Przed wojną. Bo tylko u nas bywała prawdziwa Wigilia.
              - Panie K., pan chyba nawet coś pisał o nocy wigilijnej?
              - To nie ja. To Dickens.
              Duszek puścił wielki kłąb pary z sinych ust.
              - Chłopcy, błagam, najwyższa pora zamoczyć wigilijną rybkę.
              - Tak, przyszła pora - stwierdził beznamiętnie Kojran.
              Na ulicy duł lodowaty wiatr, wiatr rodzący się z różnicy ciśnień w atmosferze
              ziemskiej.
              Nisko nad dachami domów leciały rzadkie, brudne obłoki. Za nimi było
              jasnoniebieskie,
              połyskliwe niebo, ale my wiedzieliśmy, że to niebo jest tylko śmietnikiem, w
              którym wicher
              słoneczny gania tabuny zardzewiałych sputników, nie dojedzonych konserw i
              zamrożonych na wieczność
              czyichś kości.
              Skręcamy w stronę eleganckiej restauracji, chcę ująć za klamkę szklanych drzwi,
              pękniętych na całej długości, ale Kojran powstrzymuje mnie bez słowa. Wchodzimy do
              mrocznej klatki
              schodowej jakby na zaplecze tego lokalu gastronomicznego. Bez zdziwienia poznaję
              odór moczu tak charakterystyczny dla naszych sieni. Wspinamy się niewysoko, bo na
              pierwsze piętro. Duszek dzwoni trzy razy dzwonkiem elektrycznym, pod którym
              zostały ślady kilku warstw biletów wizytowych.
              Ktoś uchyla drzwi. Słychać brzękliwy głos telewizora.
              _ Chcemy złożyć życzenia świąteczne, dziadku - powiada
              Duszek.
              15
              12
              Niedołężny staruszek wsparty na dwóch laskach wpuszcza nas do mieszkania.
              Zdejmując kożuch sprawdzam, czy nie zgubiłem pieniędzy. Są i szeleszczą smakowicie
              w nagrzanej kieszeni.
              Staruszek wyrzuca straszliwie obie nogi na wszystkie strony, ratuje się przed
              upadkiem
              rozpaczliwą manipulacją lasek, mozolnie prowadzi nas do niedużego pokoju. A tu
              ciepło,
              zacisznie, telewizor miga wesoło zakłóceniami. Siadamy na wytartej wersalce przy
              stole
              okrytym wiejską serwetą. Ze ścian patrzą powiększone fotografie, powiększone i
              wyretuszowane fizjonomie. Może tego ułomnego staruszka oraz jego nieżyjącej żony, a
              może nieznanych, dawno umarłych ludzi jak modele Michała Anioła czy Velasqueza.
              Wraca staruszek miotany dzikimi konwulsjami i patrzy
              pytająco.
              - Niech dziadek poda lornetę z meduzą - dysponuje Duszek. - Oczywiście dla każdego.
              Coś kapie z pięknym dźwiękiem harfy. Kąt pokoju przemókł
              doszczętnie. Z wypełnionej brudną wodą żarówki lecą wielkie krople. Ale ta woda nie
              pozostaje w naszym pokoju. Sobie wiadomymi kanałami idzie pod podłogę, leci pewnie
              do tej wytwornej restauracji.
              • bikej5 Re: odcink VI- zamaczanie rybki 23.10.09, 15:58
                zastanawia cię ,czy ktoś to czyta?smile
                • of.woman.born Re: odcink VI- zamaczanie rybki 23.10.09, 16:01
                  bikej5 napisała:

                  > zastanawia cię ,czy ktoś to czyta?smile

                  wiem, że nikt, dlatego mnie to nie zastanawia.
                  • of.woman.born Alke, na swoje usprawiedliwienie powiem 23.10.09, 16:04
                    że ja nawet nie otwieram wątków o korupcji, aferach i procesach inwestycyjnych.
      • of.woman.born wiem, wiem 03.11.09, 08:45
        Wiem, wiem. Znam doskonale te złowieszcze przykłady złotej wolności, z której
        wynikły
        całe łańcuchy nieszczęść i tragedii narodowych, widzę ogrom zła, co się zrodziło z
        sarmackiej, szlacheckiej, samolubnej, nihilistycznej, bezmyślnej, sobiepańskiej,
        egoistycznej wolności polskiej. Ale gdybyśmy byli nawet zdyscyplinowanym, karnym,
        mrówczym społeczeństwem rodzaju anglosaskiego, czyż zachłanny despotyzm nas by
        oszczędził, czyż agresywny totalitaryzm sąsiadów nie poćwiartowałby naszego trupa na
        kawałki? Bo szlachetność ulegnie zawsze nikczemności, bo cnota padnie do stóp
        zbrodni, bo wolność zginie z rąk niewoli. Choć można również powiedzieć, że prawość
        pokona grzech, że dobro zwycięży zło, że wolność zatriumfuje nad niewolą. Ale
        pamiętajmy, że dobro jest powolne jak obłok na niebie, a zło jest
        szybkie jak piorun. \


        Jeśli nie będę mrugać może zaczną łzawić.

        Dexter
    • veglie Re: Konwicki w odcinkach- przed świętami 22.10.09, 20:14
      jeśli obecnie myślą o Konwickim ,to w kontekście jego samotności...wszyscy jego
      przyjaciele odeszli,a on został sam.
      • of.woman.born Re: Konwicki w odcinkach- przed świętami 22.10.09, 20:57
        veglie napisał:

        > jeśli obecnie myślą o Konwickim ,to w kontekście jego samotności...wszyscy jego
        > przyjaciele odeszli,a on został sam.

        powiedz więcej, proszę.
        • bikej5 Re: Konwicki w odcinkach- przed świętami 23.10.09, 15:57
          of.woman.born napisała:

          > veglie napisał:
          >
          > > jeśli obecnie myślą o Konwickim ,to w kontekście jego samotności...wszysc
          > y jego
          > > przyjaciele odeszli,a on został sam.
          >
          > powiedz więcej, proszę.

          o czym tu mówić?Przecież z dawnego grona przyjaciół został tylko Łapicki.A
          ten,na pewno nie zachodzi do Czytelnika tak często jak kiedyś.
    • of.woman.born Zapomniałabym 22.10.09, 21:12
      Tytuł książki - "Kompleks polski"

      Jak się mają strażnicy narodowych imponderabiliów w XXI wieku, pod koniec 2006
      roku? Cóż tam zresztą imponderabilia, gdy szpitale bez lekarzy i pielęgniarek, w
      szkołach chowają się niedobitki nauczycieli, a na placach budów podpierają
      łopaty ostatni robotnicy. I udziela się jakoś nastrój powszechnego exodusu. I
      wydaje się, co więcej, całkiem rozsądną propozycją. Dla wielu zresztą jedyną na
      odnalezienie sensu w ogóle: znalezienia pracy i ułożenia sobie godnego,
      normalnego życia, dla innych szansą, by swój los uczynić jeszcze lepszym, a
      siebie zamożniejszym. W obu przypadkach, gdy już się spróbuje, zazwyczaj
      ulatniają się resztki wątpliwości i rozwiewa nostalgiczna iluzja, że warto tu
      wracać. Po co? Ewentualnie po latach, z otwartą furtką i kontem, gdzieś nad
      Tamizą, Liffey czy gdzie tam jeszcze będą nas niebawem chcieli.


      konwicki.art.pl/interpretacje/zyciepocudzie/

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka