of.woman.born
22.10.09, 08:27
Stoję w ogonku przed sklepem państwowej firmy „Jubiler"
i jestem dwudziesty trzeci. Niedługo kuranty warszawskie
oznajmią godzinę jedenastą przed południem. Wtedy szczękną zamki wielkich
metalowoszklanych drzwi i my, zakatarzeni klienci, wtargniemy do wytwornego
wnętrza,
oczywiście wtargniemy w pełnej dyscyplinie, nie burząc kolejności ogonka
utrwalonej
przez długie kwadranse czekania.
Jest lekko mroźny dzień wigilijny. Dzień na pograniczu spóźnionej jesieni i
spóźnionej
zimy. Dzień też jakby spóźniony. Nie rozświetlony do końca, mglisty, ślamazarny.
Zabłąkane płatki śniegu żeglują w lodowatym powietrzu jak nasiona topoli. Tramwaje
zbijają się w stada na tej szerokiej magistrali i dzwonią żałośnie. Znany,
powszechnie
szanowany żebrak rozsiada się na trotuarze koło salonu jubilerskiego.
Wyciągnął przed
siebie nogi, rozkraczył je w płyciutkim zwiewnym śniegu i straszy nimi wrażliwych
przechodniów. Ale ja wiem, że te plastykowoniklowe protezy są puste w środku i
choćby
przymarzły do chodnika, nasz żebrak nie zazna chłodu. Tłumy przechodniów suną
nieprzerwanie wzdłuż ścian. Czasem ktoś na kogoś wpadnie i odejdzie bez
przeproszenia, zatopiony w swoich myślach. Czasem ktoś kogoś potrąci krzyżakiem
choinki i bluzgnie nieprzystojnym słowem, czasem znów ktoś podchmielony stoczy
się na
jezdnię, ale szybko powstanie i ruszy w drogę. Zwykły, wigilijny dzień.
1
Ten dzień pełznie przez niedużą planetę malutkiego układu słonecznego. Planeta
nazywa się Ziemią, jest jajem skalnym wypełnionym płynną lawą, a pokrytym z
wierzchu
cienkimi warstwami wody oraz powietrza, czyli lotnej mieszanki tlenu, wodoru,
azotu i
kilku jeszcze pierwiastków, które kiedyś mogą zagrozić jej istnieniu. Na tej
planecie
zbiegiem wielu szczęśliwych okoliczności powstało życie na podstawie białka i
to życie
po milionach lat wykreowało istoty rozumne, które nazywają siebie ludźmi i do
których ja,
piszący te słowa, mam zaszczyt należeć. Ludzkość, czyli suma rozumnych mieszkańców
Ziemi, stworzyła cywilizację, co nam pozwala rozumieć wszechświat, a właściwie nie
rozumieć go kompletnie, co pomaga zwalczać stare nieszczęścia ludzkiej
egzystencji i
co tworzy coraz groźniejsze nowe, co wypuściła człowieka na króciutkie spacerki w
kosmos i odebrała mu nadzieję na wielkie podróże do jądra tego kosmosu. Trzeba też
dodać informację najistotniejszą: życie na Ziemi podlega dziwnej pulsacji, jej
rytm
wyznaczają tak niezwykłe formy przemiany energii, jak narodziny i śmierć, jak
dojrzewanie i starzenie się, jak istnienia i nieistnienia.
Jestem zmuszony do tych kilku pobieżnych objaśnień, ponieważ spodziewam się, że
jakiś egzemplarz książki, którą mozolnie piszę, trafi do rąk, czułek albo do
komputerów
innych stworzeń rozumnych, co zjawią się przypadkiem w naszej galaktyce, stworzeń
rozumnych z centralnych regionów wszechświata, z eleganckich dzielnic
metropolii Pana
Boga, istot mądrzejszych i lepszych od nas, szlachetnych nadludzi wymyślonych i
wymarzonych przez człowieka. A piszę z takim ambitnym, właściwie nawet niezwykłym
zamiarem tylko dlatego, że znudziło mnie już porozumiewanie się z bliźnimi,
braćmimędrcami i idiotami, braćmiprorokami i szubrawcami, braćmidręczycielami i
ofiarami.
Ten dzień wigilijny przynosi nam. Ziemianom, co roku jakąś magiczną nadzieję,
budzi w
nas dziwne i podniecające przeczucie, ożywia w nas tęsknotę za nieznaną
praojczyzną.
W ten dzień, rozpoczynający zimę albo lato, urodził się dwa tysiące lat temu
pewien
człowiek, którego uznaliśmy za Boga, to znaczy za
współtwórcę niezrozumiałej budowli wszechświata, człowiek, który, wedle naszych
wierzeń, pośredniczy między nami a budzącą grozę tajemniczą nadrzędnością. Tego
dnia stoję otulony w ciepły kożuch pod sklepem z wyrobami jubilerskimi
nazwanym bez
szczególnej finezji „Jubilerem". Jestem dwudziesty trzeci w ogonku, a za mną
przytupuje
skostniałymi nogami jeszcze ze
dwadzieścia osób. Ja również drżę leciutko, choć okrywa mnie sute futro
baranie. Ale ja
drżę z emocji. Drżę w oczekiwaniu tego dnia, tych kilkunastu niezwykłych
godzin, które
przyniosą - być może - dla mnie i dla nas wszystkich decydujące rozwiązanie.
- Patrz pan, jaki zdrowuch - mamrocze mi w kołnierz kożucha gęstą parą stojący
za mną
jegomość. Pokazuje załzawionymi od chłodu oczami wystawową szybę. - Aż grzech
patrzeć.
2
Rzeczywiście, przez zakurzone szkło widać zarys kobiecej twarzy. Ciemnowłosa
dziewczyna o trochę nieprzyzwoitych ustach patrzy sepiowym spojrzeniem na
niewesołą
ulicę.