sredni4
07.07.06, 20:36
To Moskwa zaplanowała ten mord
Rozmowa z KRZYSZTOFEM KĄKOLEWSKIM, autorem "Umarłego cmentarza", książki o
zbrodni dokonanej na Żydach w Kielcach 4 lipca 1946 r.
- O tym, co zdarzyło się 4 lipca 1946 r. w Kielcach, mówi się: pogrom
kielecki. Czy słusznie?
- To nie był pogrom, czyli wymordowanie przez mieszkańców Kielc
przebywających w tym mieście Żydów, ale pacyfikacja z udziałem sił wojskowo-
milicyjnych.
- A jaki był udział mieszkańców Kielc w zabiciu 41 lub 43 Żydów i zranieniu
około 100?
- To była operacja militarna przeprowadzona przez siły podległe komunistom
bez udziału ludności cywilnej.
- Ale nawet powszechnie szanowani historycy, np. prof. Wojciech Roszkowski,
prof. Jerzy Eisler czy prof. Andrzej Paczkowski, piszą, że to mieszkańcy
Kielc wymordowali około 40 Żydów.
- Tak zwany pogrom kielecki badałem przez kilkanaście lat. O ile wiem, żaden
ze wspomnianych historyków nie zajmował się nim. Ich przedstawienie wydarzeń
z 4 lipca 1946 r. w żaden sposób nie odbiega od interpretacji, którą jeszcze
tego samego dnia, czyli 60 lat temu, komuniści narzucili Polakom i niemal
całemu światu. Niestety, rzetelna wiedza o tym, co wydarzyło się wtedy w
Kielcach, była i jest nikła. Dotyczy to również zdecydowanej większości
historyków czasów najnowszych. Gdy mówi się lub pisze o tzw. pogromie, to
błąd goni błąd, a brak elementarnej wiedzy jest przerażający.
- Proszę o przykłady.
- Zacznę od tego, że zabitymi nie byli rodowici mieszkańcy Kielc żydowskiego
pochodzenia (jak wynika z danych Ministerstwa Administracji Publicznej, 13
stycznia 1946 r. ludność żydowska skupiona była w 9 miejscowościach w
województwie kieleckim, a w sumie liczyła 1300 osób - red.). Jedynymi
kieleckimi Żydami, którzy zginęli 4 lipca, była pani Fischowa i jej dziecko,
zabici przez milicjanta Mazura.
- To kim byli zamordowani?
- Żydami, którzy po wojnie przyjechali do Kielc, głównie ze Związku
Sowieckiego, w tym z ziem wschodnich II RP, z zamiarem opuszczenia ich po
krótkim pobycie. Większość z nich chciała wyjechać z Polski, przede wszystkim
do Palestyny. Mieszkali w domu przy ul. Planty 7. Był to duży budynek,
podzielony na dwie części: "lepszą" i "gorszą". W tej pierwszej
mieszkał "kwiat" kieleckiego Urzędu Bezpieczeństwa i partii (PPR), w tym
wiele osób żydowskiego pochodzenia. W drugiej - Żydzi, dla których pobyt w
nim miał charakter przystanku, byli tam po prostu skoszarowani. Na ogół dość
dobrze mówili po polsku, trudnili się w większości handlem i rzemiosłem.
Część z nich była ortodoksyjnymi Żydami, część kibucnikami, a jeszcze innych
określiłbym mianem syjonistów, czyli zwolenników utworzenia państwa
żydowskiego. Zauważę, że gdyby doszło do prawdziwego pogromu, to tłum
rozprawiłby się z Żydami zarówno z części "lepszej", jak i "gorszej".
Tymczasem do walki, bo to była walka, choć bardzo nierówna, doszło jedynie w
części "gorszej".
- Jak przebiegały wydarzenia?
- Należy zacząć od Henia Błaszczyka, który był wtedy niespełna 9-latkiem.
Dziecko miało zaginąć 1 lipca i odnaleźć się 3 lipca wieczorem. O jego
zaginięciu ojciec Walenty Błaszczyk poinformował milicję dopiero wtedy, gdy
syn się odnalazł. Nazajutrz, 4 lipca, po godz. 8 rano pomaszerował z Heniem,
swoim sąsiadem Antonim Pasowskim oraz jego szwagrem Dygnarowiczem, do
siedziby I komisariatu MO w Kielcach, by poinformować o zaginięciu syna.
Ojciec powiedział, że syn został porwany przez Żydów i przebywał w
podziemiach kamienicy przy ul. Planty 7. Miano na nim dokonać rytualnego
mordu, zakończonego wytoczeniem krwi, która posłużyłaby do wyrobu macy.
Chłopcu udało się jednak uciec. Henio potwierdził słowa ojca, agenta UB.
Współpracownikami UB byli również Pasowski i Dygnarowicz. Nie zadbali nawet o
to, by sprawdzić, czy kamienica przy ul. Planty 7 ma piwnice. A nie ma.
- Milicjanci uwierzyli?
- Nie wykluczam, że część z nich mogła wierzyć w wersję Henia, ale z
pewnością nie komendant komisariatu sierżant Edmund Zagórski, który to
stanowisko objął 3 czerwca 1946 r. Z reguły na interwencje milicja wychodziła
wówczas w 2- lub 3-osobowym składzie. W tym przypadku było inaczej. Przez
miasto ruszyła grupa 14 milicjantów, w mundurach lub po cywilnemu, Henio,
jego ojciec, Pasowski oraz Dygnarowicz. Szli ul. Sienkiewicza, główną ulicą
Kielc, zatrzymując przechodniów i ogłaszając, że ten oto chłopczyk, wskazując
na Henia, uciekł z rąk Żydów, którzy mieli go zabić, a jego krew przeznaczyć
na macę. Krzyczano, że 11 innym dzieciom Żydzi wytoczyli już krew.
- Jak reagowali mieszkańcy Kielc?
- Widząc, że milicja nie tylko zwraca się do nich w normalny sposób, bez
gróźb, ale wręcz zachęca do pójścia ze sobą, szli zaskoczeni i zaciekawieni.
Przypomnę, że w tamtych czasach gromadzenie się nawet grupy 3 - 5 osób
powodowało legitymowanie, rewizję osobistą lub zatrzymanie. Zgromadzenia były
surowo karane. Istotne jest też zdanie sobie sprawy z tego, że kielczanie
musieli być mocno zdumieni zachowaniem milicjantów.
- Dlaczego?
- Byli oni bowiem powszechnie uważani za sprzymierzeńców czy raczej sługusów
reżimu, na czele którego, jak sądzono, stali ludzie pochodzenia żydowskiego.
Ci kielczanie, którzy słyszeli zachęty milicjantów, nie mogli zatem pojąć,
dlaczego akurat oni występują przeciwko Żydom, skoro Żydów jest pełno - jak
uważano - na czele partii i UB.
- Gdzie, zdaniem Pana, przebywał pomiędzy 1 a 3 lipca 1946 r. Henio
Błaszczyk?
- We własnym domu, gdzie ojciec, Pasowski i Dygnarowicz uczyli go, co ma
mówić na komisariacie.
- Skoro, jak Pan twierdzi, to nie był pogrom, a operacja wojskowo-milicyjna,
to musiała być zaplanowana?
- Na długo przedtem, zanim z I komisariatu MO wyszedł pochód milicjantów wraz
z Heniem, wojsko i Urząd Bezpieczeństwa byli w stanie gotowości bojowej.
Przed gmachem UB przy ul. Focha stanęły oddziały 4. pułku piechoty. Jego
żołnierzom powiedziano wtedy, że przy ul. Planty Żydzi przetrzymują i mordują
dzieci.
- Kto kierował akcją?
- Mózgiem całej operacji byli funkcjonariusze NKWD, przede wszystkim mjr
Michaił Aleksandrowicz Domin, Dyomin czy Demin, bo występuje w źródłach pod
różnymi nazwiskami, z Jewsekcji, komórki NKWD zajmującej się kwestiami
żydowskimi. Bezpośrednio akcją - z balkonu - kierował mjr Władysław Spychaj,
który zmienił nazwisko na Sobczyński. Był on agentem sowieckim przed wojną, a
w czasie okupacji działał zarówno na rzecz Gestapo, jak i NKWD, z tym że
najcenniejsze informacje przekazywał Sowietom, był zresztą oficerem NKWD.
Sporo do powiedzenia miał też Adam Humer.
- Ten sam, który w latach 90. miał głośny proces za zbrodnie komunistyczne i
został w nim skazany?
- Ten sam, ale dodam, że Humer w ogóle nie był sądzony za zbrodnie w
Kielcach. Ja z nim rozmawiałem na początku lat 90., gdy jeszcze jego nazwisko
nie było głośne. Oficjalnie Humer został skierowany do Kielc, by nadzorować
referendum, które odbyło się 30 czerwca 1946. W czasie tzw. pogromu
instruował swoich podwładnych, kogo mają aresztować, by potem skazać na
śmierć.
- Mjr Dyomin do Kielc przybył na kilka miesięcy przed 4 lipca 1946 r.
(wyjechał stamtąd 2 tygodnie później). Jaki był udział Sowietów w zbrodni
kieleckiej?
- Nie ulega dla mnie wątpliwości, że kluczowy. To Moskwa zaplanowała i
przygotowała ten mord. Jej wykonawcami byli Polacy służący w UB, MO oraz
ORMO. W akcji brały udział także jednostki sowieckie, bo i ich wojsko oraz
aparat bezpieczeństwa przebywali w Kielcach. W sumie, jak obliczyłem, w akcji
udział wzięło co najmniej 395 funkcjonariuszy z różnych formacji.
- Czy próbował Pan dotrzeć do archiwaliów rosyjskich dotyczących tzw. pogromu
kieleckiego?
- Oczywiście. Zwracałem się w tej sprawie do prokuratora generalnego
Federacji Rosyjskiej oraz do organizacji Memoriał zajmującej się zbrodniami
komunistycznymi. Nie otrzymałem jedna