prawdamoimmieczem
18.07.06, 14:02
Waldemar Kuczyński jest schyłkową postacią na scenie politycznej. Na szczęście
- ten niegdysiejszy aktywny działacz nieboszczki PZPR i wschodząca (do połowy
lat 60-tych XX wieku) gwiazda Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy KC PZPR nie
zrobił w PRL takiej kariery, o jakiej marzył. Chciał być uczonym - ekonomistą,
ale to okazało się nie takie proste. Dziś można wszystko zrzucić na przeszkody
ze strony ówczesnych władz, ale z drugiej strony wiadomo, że komuniści byli
dla swych dysydentów także w tym zakresie nader łaskawi. Ci, którzy chcieli
dalej się kształcić, mogli to robić nawet w więzieniach, jak Karol Modzelewski
(doktorat zrobił) czy Jacek Kuroń (nie zrobił, bo wybrał działalność bieżącą).
Kuczyński z jakichś powodów uczonym nie został - może to i dobrze. Jego
specjalizacja ("teoria wielkości przedsiębiorstwa socjalistycznego") do dziś
wywołuje uśmiech politowania nawet w kręgach jego znajomych.
Po 1989 roku stanęła przed nim wielka szansa - ekonomista od lat związany z
jednym (w dodatku z tym "jedynie słusznym") odłamem opozycji "demokratycznej"
(a jakże, bo inne to co najmniej ciemnogród i faszyzm), notorycznie zwany
"doktorem" (co najwyraźniej bardzo mu schlebiało, bo nigdzie nie widziałem z
jego strony choćby chęci sprostowania) został nagle członkiem elity rządzącej.
Był współzałożycielem i członkiem władz Unii Demokratycznej, przekształconej
następnie, po jej połączeniu z Kongresem Liberalno-Demokratycznym, w Unię
Wolności (następnego dnia po zmianie nazwy tej partii Jacek Kuroń w porannym
wywiadzie radiowym skomentował fakt zmiany nazwy: "i tak ludzie będą mówić, że
to sojusz Żyda ze złodziejem"). Do członków i działaczy Unii Wolności
natychmiast przylgnęła obelżywa w istocie nazwa "uwole", co świadczy, że
opinia publiczna dość dobrze orientowała się w rodowodach znacznej części jej
elit przywódczych.
Zausznik "naszego Tadzia"
Sam Kuczyński określił się jako "zausznik" Tadeusza Mazowieckiego, którego
znajomość ekonomii była analogiczna do znajomości ciepłych klimatów wśród
Eskimosów. W pseudoliberalnym rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego Waldemar
Kuczyński został ministrem przekształceń własnościowych. Opinia publiczna
prawie natychmiast wychwyciła istotę rzeczy, określając ten resort jako
"ministerstwo przekrętów własnościowych", bo dostrzegała, że to tam właśnie
odbywa się wielka transformacja zamiany kapitału społecznego (w tym głównie
państwowego) w prywatny.
Kilka lat temu Kuczyński wystąpił w jakimś programie ekonomicznym w TV PULS,
jako specjalista od wszystkiego, czyli po prostu uwolski komentator. Zapytany
w trakcie programu, czy nie widzi nic złego w tym, że w trakcie ponad
dziesięcioletniej już transformacji powstał ogromny obszar społecznej biedy i
odrzucenia a równolegle wyrosły niebotyczne fortuny, liczące się w skali
światowej, sięgające siedmiu miliardów dolarów (co było aluzją do wielkości
majątku, zgromadzonego przez jednego z beneficjentów tych zmian), Kuczyński
odpowiedział po krótkim zastanowieniu: "nie widzę w tym nic złego". I zaraz
dodał, że to jest przecież majątek wyrażany nie w gotówce, lecz w akcjach, w
udziałach, depozytach, funduszach itp., a więc wszystko w porządku. Wot,
mentalność socjalistycznego ekonomisty, który poczuł liberalny wietrzyk na
swych pleckach.
W rządzie Jerzego Buzka był szefem doradców ekonomicznych i został na tym
stanowisku nawet wtedy, gdy jego macierzysta partia wyszła z hukiem z koalicji
z AWS. Albo to było szczególne umiłowanie stołka, albo też ktoś musiał zostać
i pilnować interesów. A dlaczego nie jedno i drugie? Wszak da się to nieźle ze
sobą pogodzić.
Życzliwy (inaczej)
Dziś Kuczyński jest politycznym i ekonomicznym (w sensie zawodu - choć gdzieś
tam podobno coś wykłada w jakiejś prywatnej szkole wyższej) emerytem. Jak na
uweckiego "yntelektualistę" przystało, prowadzi swego internetowego bloga, a w
nim pojawiają się na bieżąco jego twórcze przemyślenia i oceny. I oto 14 lipca
(w piątek), gdy odbywało się zaprzysiężenie nowego premiera Jarosława
Kaczyńskiego, Waldemar Kuczyński nie wytrzymał i dokonał takiego oto wpisu:
"Życzę porażek na wszystkich frontach, bo każde zwycięstwo tego Układu to
porażka Polski i zagrożenie dla wolności. Życzę także porażek gospodarczych,
choć za to płacą ludzie. Ale tylko one mogą wstrząsnąć bazą wyborczą tej
wstecznej władzy i uniemożliwić dalsze hodowanie Chwasta zwanego IV RP".
(Podaję nie istniejące już źródło:
kuczyn.com/2006/07/14/piatek-140706-zycze-jak-najgorzej/).
Tekst ten niedługo później został przez autora usunięty (w ciągu niespełna
godziny, zapewne po pierwszych internetowych komentarzach Czytelników) a w to
miejsce pojawił się tekst: "Przepraszam" o następującej treści: "Wycofuję
wpis. Chwilowa utrata samokontroli. W żadnym wypadku nie miałem intencji
życzenia czegokolwiek złego Polsce. Jeśli to tak zabrzmiało przepraszam.
Przepraszam tych, którzy poczuli się dotknięci. Biję sie w piersi. Także wobec
Pana Premiera, oby mu sie udało w tym co może być dobre dla kraju. Oczywiście
oceny rządzenia PiS, obecnej koalicji i Kaczyńskich nie zmieniam.
Komentarze państwa zostają. Oczywiście z wycofanym wpisem możecie robić co
będziecie uważali za słuszne. Jeszcze raz przepraszam, także tych którzy mogą
sie poczuć zawiedzeni wycofaniem komentarza, ale myślę, że to słuszne".
Pozostawiłem oryginalna pisownię obu wpisów, więc dlatego są w niej oczywiste
błędy. Warto zwrócić uwagę na język Kuczyńskiego, który życzy Kaczyńskiemu
"porażek na wszystkich frontach", jakby to nadal był front walki o
ustanowienie i utrwalenie władzy ludowej; "zagrożenie dla wolności" nie
występuje wtedy, gdy coś nie podoba się Kuczyńskiemu, to także oręż z
propagandowego arsenału dawnych towarzyszy tego autora; "wsteczna władza" w
odniesieniu do obecnej koalicji oraz nazywanie IV PR "chwastem" (który
powinien być wyrwany z korzeniami) to też wynik przesiąknięcia wulgarną
propagandą PRL. Można mieć dla niego tylko jedno usprawiedliwienie - a gdzież
to miał się tego oduczyć? Przecież nie na skutek stałego czytania "Gazety
Wyborczej".
Dialektyka rodem z PRL
Gdy jeden z komentatorów ("Bernard") ripostował: "A ja życzę sukcesów.
Zwłaszcza sukcesów gospodarczych, bo znam ludzi którzy nie mają na chleb i na
mieszkania. Być może Panu zależy, żeby zdychali z głodu [...] Bardzo mnie Pan
rozczarował tym wpisem", to Kuczyński natychmiast mu odpowiedział, już
całkowicie się pogrążając: "Panie Bernardzie nie zabiegam o oczarowanie. [...]
Chcę natomiast zwrócić Panu uwagę, że życzenie sukcesu każdemu rządowi, także
w sprawach dobrych dla ludzi i robienie z tego koniecznej normy musiałoby w
roku 1933 zaowocować masowymi życzeniami dla Kanclerza Hitlera. Od razu mówię,
że nie robię żadnej paraleli między obecnym szefem rządu, a tamtym Panem. Broń
Boże. Podaję ten przykład dla zilustrowania absurdalności pańskiego poglądu,
bo właściwie przez pierwsze 50 lat mojego życia powinienem życzyć sukcesów
gospodarczych komunistom, za nic mając to, że ułatwi im to trzymanie mnie za
mordę. A ja, i ogromna liczba ludzi, życzyliśmy im czegoś wręcz przeciwnego
[...]".
I znowu trudno dostrzec u Kuczyńskiego choćby krztynę wstydu, który za nic ma
Czytelników, którzy pamiętają jego członkowanie w PZPR. Czy był tam Konradem
Wallenrodem, czy jednak tym samym Waldemarem? Czy po to wstąpił do tej
agenturalnej przecież organizacji, aby życzyć jej jak najgorzej, tyle że od
środka? To dziś tak gadka-szmatka dla naiwnych, więc jeśli ktoś chce, niech mu
wierzy. A porównanie Kaczyńskiego do Hitlera? To dialektyka rodem z PRL.
Obijanie w komentarzach
Warto tu jeszcze zacytować kilka komentarzy. Na przykład "Galba" napisał:
"Gratuluję, dawno żaden lewak tak ładnie się nie odsłonił jako nieprzyjaciel
Polski. Owszem - szkodzą, ale żaden wprost nie napisze, że zależy im na tym,
by w Pol