sany666
05.03.08, 22:49
Film dla mnie jest ciekawy z jednego względu - przybliża postać Curtisa jako
człowieka. Nigdy nie byłem fanem Joy Division, acz słuchałem go w młodości
oczywiście, ze względu na mroczną otoczkę korespondującą z młodzieńczym
weltschmerzem i romantyczną klątwę samobójczej śmierci Curtisa - pochodzącego
z pokolenia następującego po Janis Joplin, Jimim Hendriksie i Jimie
Morrisonie. I tak mi się zachował w pamięci; jako budzący dreszczyk
autentyczności ponury idol, który umarł niejako w logicznej konsekwencji swej
cmentarnej muzyki.
Tymczasem Control ukazało mi Curtisa w bardziej ludzkiej perspektywie . Nie
wiedziałem, że cierpiał na padaczkę, nie wiedziałem też, że był niewiernym
mężem. Wiele z porażek spotkało go w życiu - jak się okazało - na jego własne
życzenie. Film odbrązawia Curtisa, co jak zwykle w takich wypadkach powoduje w
widzu uczucie, że coś zyskał, ale także coś stracił - uwielbienie dla mitu.
Odbrązawia, ale nie pozwala widzowi wniknąć do wnętrza angielskiego muzyka.
Curtis pozostaje zagadką. Do końca tak naprawdę nie wiadomo, co gryzło tego
faceta i to uważam za główną słabość dzieła, kręconego przecież przez ludzi,
którzy albo znali go osobiście albo mieli dostęp do jego znajomych. A zatem,
po projekcji Curtis jest bliższy ale jednak ciągle daleki.
PS: Odtwórczyni głównej postaci kobiecej występowała też jako niema, zdradzana
i poniewierana żona postaci granej przez Seana Penna w "Słodkim draniu"
Woody'ego Allena. Jej emploi musi zatem uwzględniać nie tylko "dobro" ale
również syndrom ofiary ;) Nic zresztą dziwnego - na tym świecie dobro
przeważnie wiąże się z ofiarą.