Dodaj do ulubionych

taka sobie BAJECZKA

20.03.06, 16:58
zapraszam wszystkich do pokolorowania świata, ponarzekania i posmęcenia...
zapraszam do bajeczki troszkę przewrotnej i cynicznej.... (Henio trochę
odpocznie) Może trochę rozerwiemy się kochani... Syropku też możesz wykazać
się swoim przewrotnym cynizmem i miodnym ciepełkiem....

jednym zdaniem .... piszemy bajkę

-
Szklą się lodem jeziorka i błota ...
Obserwuj wątek
    • w.iwo Re: taka sobie BAJECZKA 20.03.06, 16:59
      Dawno, dawno temu, tak koło piątku, szła przez las miła dzieweczka. Nazywała się
      Czerwony Kapturek.
      • guayazyl1 Re: taka sobie BAJECZKA 20.03.06, 17:16
        Czerwony Kapturek maszerował dziarsko trzymajac sie drogi i pociagał z butelki
        łyk za łykiem...to tak dla odwagi. bo las był mroczny i tajemniczy...
        • w.iwo Re: taka sobie BAJECZKA 20.03.06, 21:39
          Z daleka dochodziły dziwne odgłosy, od których włos jeżył się na kudłatym karku
          Kapturka. Pewności dodawało jej jedynie niewielkie wybrzuszenie w dole
          płaszczyka... kaliber 40.

          • w.iwo Re: taka sobie BAJECZKA 20.03.06, 21:48
            Nie chciała przyjąć zlecenia za lasem, ale co tam, robota to robota. W końcu
            niezłą kasę bierze za to...
            • telefon1 Re: taka sobie BAJECZKA 20.03.06, 23:53
              6,30 zł za zleconko, nie w kij dmuchał. Będzie na alpę. A i reszty zostanie.
              Żeby tylko trafić...
              • guayazyl1 Re: taka sobie BAJECZKA 21.03.06, 17:38
                chociaz las byl mroczny i pelen tajemnic to jak kazdy inny nagle sie skonczyl.
                znuzony Kapturek przycupnal za ostatnim drzewkiem jak bylo w umowie i pociagnal
                ostatni lyk z butelki. miedzy drzewami zamajaczyla jakas postac. Kapturkowi
                wydawalo sie, ze to gajowy Marucha. tymczasem omijajac slalomem dziury w
                drodze, do Kapturka zblizal sie Szeryf Dalton.
                Szeryf od dawna podejrzewal wojta Dłubalskiego o nielegalny wyrab choinek z
                gminnego zagajnika. mial z nim od wielu miesiecy na pienku. tym razem miarka
                sie przebrala i postanowil dac mu nauczke.
                -Jołanna w Hurghadzie już moczyła stopy, wiesz?..wycedzil haslo Dalton.
                -Ponoć na depresję i melancholię zalecane jest grzanie stóp na piasku i
                obijanie tyłka na wielbłądach...odpowiedzial Kapturek.
                podali sobie rece w milczeniu jak zawodowcy i zapalili Marlboro.

                nie mam pomyslu jak moze skonczyc sie ta historia. a wy wiecie?
                • w.iwo Re: taka sobie BAJECZKA 22.03.06, 10:21
                  Kim jest klient ? - zapytał od niechcenia Kapturek...
                  Tu masz fotkę, maleńka... wiesz co robić... - odpowiedział mu schrypnięty szept.
                  A jakieś szczególne wymagania ? - Kapturek wyjął notes i ogryziony kawałek ołówka.
                  Tak....- zachichotał obleśnie Szeryf - lubi Guayazyl, no jak go polewać w
                  trakcie... Rzeczywiście, szczególny klient - kapturek oblizał spękane usta i
                  zaczerpnął haust leśnego powietrza. Odważnie popatrzył w stronę Daltona i
                  wycedził przez zęby - to będzie kosztowało więcej niż zwykła stawka....
                  • ralphie Re: taka sobie BAJECZKA 22.03.06, 20:35
                    Szeryf z niesmakiem spojrzał na lekko wredny uśmieszek Kapturka, cedząc przez zęby: - równa dycha Czerwony i ani centa więcej!...
                    Kapturek cmoknął zębami, paznokciem wydłubał resztke wczorajszej kolacji, zerknął w stronę Daltona rzucając jednoznaczne spojrzenie, mówiące: "Eh! Budżetówka!". Przybili piątala i rozeszli się cichaczem.
                    Wieczorkiem Kapturek czyścił swój kaliber.. giwerke znaczy się :) Siedział przy stole, a przed nim leżały częsci rozebranego karabinku snajperskiego wzór 2005, najlepszy w swej klasie. Szmatką przecierał zamek, rzucił okiem na iglicę, na zegarze wybiła 19.00. W TV rozpoczęła sie dobranocka. Dzis puścili Misia Uszatka.
                    Wyczyszczony zamek Czerwony odłozył na prawą stronę. Uwielbiał porzadek, wyczyszczone na prawo, do czyszczenia po lewej. Na koniec zostało wyczyścić korpus. Największa z tym zabawa. W TV króliczki, jak zwykle w opałach. Komora nabojowa wyczyszczona. Pozostao naoliwić i zlożyć.
                    Uszatek ratuje króliczki z opresji. Karabinek zlożony.
                    Kapturek ostatnim ruchem ręki założyl celownik optyczny, wycelował w telewizor, nastawił ostrość, ustawił krzyżyk na Uszatku, którego w podziękowaniu ściskały króliczki, westchnął głeboko i rzekł sam do siebie:
                    "Eh! Misiek, Ty to kurna luzak jesteś"...
                    • guayazyl1 Re: taka sobie BAJECZKA 22.03.06, 21:16
                      he...he...dobre.
                      musicie tylko pamietac, ze Szeryf Dalton jest wielkim pechowcem i tak
                      skomplikowac historie zeby pechowo skonczyla sie dla szeryfa.
                      :)
                      • chotomow72 Re: taka sobie BAJECZKA 25.03.06, 01:09
                        Wtem zawiał wiatr. Dalton nadstwił ucha, bo taki wiatr, co miast wiosny, niesie
                        lokalne wieści, doniósł Szeryfowi rzecz straszną. Nieważny Uszatek!
                        Muminiki szeptały cicho o zgubnym nałogu czytania Syropa z rana, co wcale
                        słodkim nie był. Zły to nałóg, oj zły, podłego grafomaństwa szerzył się wśród
                        bajkowej gawiedzi i jak nic - zwierzaki czas mitrężły po próżnicy. Szeryf
                        zwietrzył sprawę do załatwienia, albowiem nieznośna stałość złych rzeczy i
                        nawyków gnuśnych nie jest mu na rękę. Przywołał Kapturka na abarot i rzekł mu:

                        - słuchaj no, czerowna, byłaś na szkoleniach zamorskich? Wiesz, rydwany, piach,
                        te trójkątne domy, tak było?
                        - tak, skromnie Kapturek odparł,
                        - więc zmiana planów konieczna. Rozumiesz Brunatna, zasadzimy się na Syropnika
                        pospolitego. I uczynimy tak: ja mu Twe zdjęcie pokażę niby przypadkiem,
                        padnięcie na pysk murowane, bo osobnik niechybnie rozum postrada i oczy mu się
                        zamglą. A Ty go wtedu SRU! z pół-obrotu filmem hinduskim go zabijesz, jak nic!
                        Comprende Kaptur?
                        - no tak, a cena? Wzrosnąć powinna, wszak z lasu daleko wszedzie a filmoteka
                        Delhi daleko...
                        - ja już to załatwię! Ty mi tu Syropa ustrzel z sitcomu z Banglore a ja tym
                        Maroko się zajmę.

                        I tak, zmieniwszy plany niewiele, leśnej społeczności się przysłużą, zawżdy
                        pech, co to go piszą, niczym jest przy uporze szlachetnym.
                        • w.iwo Re: taka sobie BAJECZKA 25.03.06, 09:28
                          Wiedziałam, że W72 ma duży talent ;o)

                          -
                          Szklą się lodem jeziorka i błota ...
                        • joanna-z-buw Re: taka sobie BAJECZKA 25.03.06, 10:09
                          Kapturek wrócił więc, nowym zdaniem zatroskany, do domu swojego na skraju lasu.
                          Od sieni już poczuł zapach kompotu z truskawek co to go na ogień wstawił nim na
                          tajne spotkanie z Szeryfem Daltonem poszedł. Truskawki, jak na prawdziwego
                          Kapturka przystało, z przemytu pochodziły kontrabandą z krajów zamorskich
                          sprowadzone wrzały w garze. "Trzeba od życia coś mieć" - powiedział łychą
                          drewnianą je mieszając i garść cukru stuprocentowego dodając. Kapturek, co tu
                          dużo mówić, spłukany był na amen, więc i każdej roboty nie tylko z wrodzonego
                          zamiłowania to i z braku liści w kieszeni chętnie był się chwytał. A dla Szeryfa
                          Daltona to i za darmo by pracował (po kosztach), bo Szeryf zawsze nosa miał i
                          nigdy mu roboty złej nie zlecił. Nawet wtedy, gdy go do Zatoki Perskiej wysłał i
                          kazał cichaczem po mieście chodzić, codziennie lokalną gazetę kupować, w tłum
                          się wtapiać i wywiad robić, a wszystko dlatego, że muminkowego Włóczykija
                          widziano tam jak haszysz w porcie kupowal i w Dolinie po powrocie dzieciakom
                          rozprowadzał. Mało rzec, że Szeryf dopiął swego i Włóczykij po dziś dzień w
                          dziupli leśnej kibluje.
                          Kapturek dołożył drew do pieca, sikorkę w brzuszek podrapał co by jego ulubioną
                          stację złapała, trampki zdiął i na fotelu usiadł masując obolałe pięty. "Nie
                          będzie łatwo z tym Syropem" - powiedział i chrząknął, bo coś go w gardle
                          zadrapało. Sięgnął po migdała co na stoliku obok na półmisku leżał, pstryknął
                          nim, migdał w powietrze się uniósł i gładko do miłej kapturowej buzi wleciał.
                          "Szeryf mówił, że kinematograf z Delhi sprowadzi i żeby się nie martwić... " -
                          pomyślał pstrykajac dalej - "Ale czy Szeryf aby napewno dobry kinematograf i
                          dobrą taśmę sprowadzi. Bo to 8 mm być musi..." - zatroskał się znów Kapturek.
                          "Inaczej strzał będzie niecelny".
                          Tak siedział rozmyślając gdzie swoje czerwone sari z kapturkiem schował, gdy
                          usłyszał pukanie do drzwi. Wstał i instynktem samozapchowawcznym wiedziony po
                          łyżkę drewnianą z kuchni sięgnął, po czy na bosaka cichutko po perskim mchu w
                          salonie stąpając do okna podszedł. Widok nie zaskoczył go wcale, bo Kapturek
                          doświadczonym dziewczęciem był i wiele już widział, ale nie spodziewał się, że
                          ujrzy go tak szybko. Syrop stał pod drzwiami od much sie odganiając, a i jedną,
                          własną na szyji miał zawiązaną. W ręku trzymał pęk sromotników. "Oho" - pomyślał
                          Kapturek - "Już mu doniesiono. Ktoś nas musiał na tajnej schadzce z Szeryfem w
                          lesie przyuważyć." Ale że - jak wiadomo - mądry Kapturek spodziewał się tej
                          wizyty, tak łychę odłożył, ogarnął się i z uśmiechem drzwi Syropowi otworzył.
                          • joanna-z-buw Re: taka sobie BAJECZKA cz. 2 ostatnia 25.03.06, 17:19
                            Syrop nie padł rażony na pysk jak tego Szeryf Dalton się spodziewał, bo
                            uprzedzony przygotował się - jak tylko usłyszał, że rygielek w drzwiach się
                            przesuwa tak maskę płetwonurka przywdział, zachuchał ją i takiego ujrzał go
                            Kapturek. Wizyta Syropa pokrzyżowała tajny plan, ale "Czym szybciej tym lepiej"
                            pomyślał Kapturek. "Nie ma co się obcyngalać". W takich chwilach gościa można i
                            zwykłą łychą urządzić.
                            "Witam " - powiedział Syrop. "Czerwony Kapturek, jak miemam ?"
                            "Mniemasz" - odparł Kapturek.
                            "Jestem Syrop. Przyszedłem po sąsiedzku. Przywitać się, bo nigdy jakoś nie było
                            okazji... " - uśmiechnął się obleśnie nieco i muchę przegonił.
                            - Tak ?" zmrużył oczy Kapturek - "Syrop ? A nie mieszkasz ty po drugiej stronie
                            przełęczy ?" - Kapturek odparł bezszczelnie, ale to nie był ani czas ani
                            miejsce na sąsiedzkie uprzejmości. Stawka była wysoka. Jedno z nich miało
                            umrzeć jeszcze dzisiaj. "Ale to nie bedę ja" pomyślał Kapturek i rzucił okiem
                            na garść sromotników w ociekających syropem łapach Głajazyla. "Głajazyl" - tak,
                            kiedyś Syrop pod tym nazwiskiem kręcił się po Lesie. Każda wiewiórka na jego
                            widok kitę stroszyła, a i mech na leśnych polankach to on tak powygniatał. Ale
                            te czasy już minęły. Od jakiegoś czasu Głajazyl zgnśniał, w Syropa się
                            przeminieł, nocami i rankami w chacie swojej siedział i grafomaństwo uprawiał.
                            Czas było już i tym się zająć. I patrząc tak na Syropa stojącego w sieni w
                            zachuchanej masce nurkowej Zuzi zamiast twarzy i zwitkiem liści upchanych w
                            kieszeniach Kapturek poczuł, że ma wreszcie prawdziwą misję. Nie weźmie od
                            Szeryfa ani grosza.
                            Syrop głupi nie był i dobrze wiedział, że Kapturka zbałamucić nie da rady.
                            Potykając sie o próg wszedł do salonu, po drodze kapturkowy perski mech
                            buciorami depcząc za co Kapturek na miejscu byłby go juz z półobrotu i bez
                            kinomatografu załatwił, gdyby nie pół roku w izrealskim węzieniu spędzone.
                            Szeryf Dalton go tam swego czasu na szkolenie wysłał, żeby ciało i duszę
                            zahartował. Tam też Kapturek nauczył się i oddech i krew w żyłach zatrzymywać.
                            I panować nad sobą, dlatego piąstkę tylko delikatną zacisnął i uśmiechnął się.
                            - Spocznę. - oznajmij Syrop i usiadł w fotelu, w którym jeszcze przed chwilą
                            Kapturek migdały wcinając nad śmiercią swojego gościa rozmyślał. "O, węszę, że
                            gotujesz truskawki..."
                            - A tak... - przytaknął Kapturek zastanawiajac się do czego ten dwulicowiec
                            zmierza i podszedł do kuchni, bo kompot właśnie kipieć począł, ogień zmniejszył
                            nieco i lyżką w garze zamieszał. I tak jak łyżkę w garść wziął tak postanowił
                            już jej nie odkładać.
                            - "Truskawek w zimę nie ma, Kapturku. Czy to truskawki zeszłoroczne ?"
                            - Być może...
                            - Bo słyszałem, że ostatnio ktoś woził do Lasu nielegalne truskawki. A tak mi
                            się o uszy obiło. Znam na lotnisku jedną wiewiórkę.
                            - Nie wątpię.
                            - A ja nie wątpię, że to zeszłoroczne truskawki... - Syrop uśmiechnął się.
                            Kapturek skinął na niego życzliwie. "Próbuje mi grozić, denuncjator. Ale nic z
                            tego. Nie tylko ty znasz jakieś wiewiórki w tym lesie".
                            - "Wiec przechodziłeś tędy i..." - Kapturek zagaił.
                            "... i postanowiłem wpaść. Poznać się. Wybacz mój ubiór. Mam uczulenie na
                            pyłki, oczy mnie szczypią".
                            - "Wielka szkoda. Tyle tracisz, Syropie... A może to nie pyłki ? Może za dużo
                            czasu spędzasz w chacie w monitor się wpatrując ?"
                            Gdyby Kapturek mógł dojrzeć oczy Syropa zza zachuchanej maski niechybnie
                            wziąłby do ręki broń straszniejszą niż drewniana łycha. "Te muchomory to dla
                            mnie ?"
                            - "Niechybnie. Bo jak wiesz, Kapturku, można nimi chatę przyozdobić. Można je
                            nawet do kompotu dodać i smak nimi poprawić. Bywasz podobno w dalekich krainach
                            to wiesz zresztą sam. Apropos, czy po powrocie masz jakąś pracę nową, zlecenie
                            może ? Słyszałem, że chałturzysz. To tu, to tam. Ponoć na umowę-zlecenie
                            pracujesz. Może popracowałbyś i dla mnie Kapturku. No wiesz, mógłbyś zbierać po
                            Lesie ogony koszatniczek. One chętnie je odkupują za kilka liści od sztuki."
                            - Mam pracę. Ale pomyślę. - odparl ostrożnie Kapturek.
                            - Ah, no tak. Ponoć coś ci zlecił nasz Szeryf, Dalton. Czy będę wcibski jeśli
                            spytam nad czym teraz pracujesz ?
                            "Nad Tobą" - pomyślał Kapturek i wyjrzał przez okno, jakby mając nadzieję, że
                            ujrzy Szeryfa z kinematografem, ale do Delhi droga daleka, więc Kapturek
                            zrozumiał wreszcie, że bez szarpaniny sie dziś nie obejdzie.
                            Gotów był jednak na wszystko, bo Szeryf obiecał Maroko. A Kapturek po nocach
                            marzył, żeby Casablankę przed śmiercią ujrzeć. Poza tym Kapturek miał misję.
                            Pierwszy raz, tak od serca. Dla dobra całego Lasu.
                            - Nic takiego. Drobne porządki robię w Szeryfowej kuchni. Co Szeryf wskaże ja
                            sprzątnę. Nic wielkiego.
                            - A dobre ci on płaci ?
                            - Nie narzekam.
                            - A nie chciałbyś dla mnie Kapturku trochę posprzątać ?
                            Kapturek tylko czekał na to zdanie, więc skinął głową i odwrócił się do
                            Syropa. "Wie jak nic" - pomyślał Kapturek.
                            - "A ile dajesz ?" - spytał nie chcąc spłoszyć Syropa.
                            - "To co Szeryf Ci płaci, razy dwadzieścia."
                            - "Za nie sprzątanie u Szeryfa" ? - kapturek zmrużył oczy. Piąstki zaczęły go
                            już świerzbić i poczuł to delikatne łachotanie w piętach, które czuł zawsze gdy
                            coś się miało wydarzyć.
                            - "Za sprzątanie dla mnie, Kapturku".
                            Propozycja Syropa nie pozostawiała złudzeń. Kapturek nie miał wyjścia. Jeszcze
                            pięć minut i w tej małej leśnej chacie rozpęta się piekło.
                            - A u kogo miałabym posprzątać ? - Kapturek spytał, powoli wygaszając ogień na
                            kuchni.
                            - "Nie chcemy, zeby Szeryf pomyślał, że jesteś niesłowna, więc najpierw
                            dokończyłabys sprzątać u niego. Permanentnie. No wiesz, tak, żeby ślniło. Żeby
                            nic nie zostało. Kto wie, jak długo Szeryf pomieszka w tym Lesie...
                            - A to Szeryf gdzies wyjeżdża ?
                            - Nie, ale nigdy nic nie wiadomo. Wypadki chodzą po ludziach. A jak wiesz,
                            Szeryf pechowy jest. Różne przykre rzeczy go spotykają...
                            Kapturek stał przez chwilę w ciszy patrząc przez okno. Wydawało mu się, że
                            widzi w oddali jakąś postać, ale nie łudził się, że to Szeryf z kinematografem.
                            To niemożliwe, a postać w oddali mogłabyć po prostu zwykłą turkawką lub
                            zającem, które często tędy przechodziły w drodze do fabryki maślaków. A pora
                            była odpowiednia. Za kwadrans miała kończyć pracę druga zmiana. Kapturek to
                            wiedział, bo niegdyś i przy obróbce maślaków pracował. Kapturek czuł, że chwila
                            nadeszła, a wiedział to i Syrop bo wstał nagle po kapturowym trampkach depcząc
                            i w garści srmotnika gniotąc jakby na Kapturka się zasadzał. Kapturek trzy
                            wdechy spokojne zrobił, ostatni raz w okno spojrzał i na pięcie się do Syropa
                            odwrócił.
                            "Nie ma takich pieniędzy, za które bys mnie podkupił, Syropie" - oświadczył
                            Kapturek stanowczo i rękawy podwinął. "To na Ciebie jest kontrakt i z radością
                            go wypełnię".
                            "Więc giń." - Syrop sięgnął po zwitek liści i rzucił nimi w Kapturka. Nim
                            Kapturek z liści się otrzepał Syrop już kopniaka mu zaserwował i w perski mech
                            go wgniatał. Syrop mniej sflaczały był niż Kapturek przypuszczał, więc tak
                            łatwo zrzucić go z siebie Kapturek nie mógł. Palcy w oczy też wsadzić nie było
                            jak bo Syrop gogle miał wciąż na nosie. A ściągnąć ich Kapturek nie mógł, choć
                            próbował, bo syropem z czoła ciąknącym już mocno przytwierdzone do ciała były.
                            Ale Kapturek nie z takich opresji wychodził. Już byłby Syropa z siebie zrzucił,
                            gdyby nie sromotniki, które Syrop do buzi mu począł wpychać, jednocześnie nos
                            liśćmi zatykając. "Przyjdzie umrzeć jak nic" - pomyślał Kapturek. " Ale dla
                            słusznej sprawy warto". Kapturkowi się coraz duszniej robiło, ale strachu nie
                            czuł. Nie takie tortury wytrzymywał. Tamte się jednak kiedyś kończyły, a Syrop
                            miał śmierć w goglach. Jeśli nie Kapturek padnie to on sam, więc w szał dziki
                            wpadł i wciskał w Kapturka grzyba po grzybie. "Jak nie z duchoty to z zatrucia
                            umrę" - myślało jeszcze trzeźwo dziewczę. "Dobrze to wykoncypował". I tak leżąc
                            na na podłodze Kapturek coraz mniej sie szarpał, coraz wolniej dychał. Oczy
                            przymykając jeszcze w stronę drzwi z
                            • joanna-z-buw Re: taka sobie BAJECZKA cz. 2 ostatnia (2) 25.03.06, 17:21
                              zerknął i zdawało mu się, że widzi... Ale nie dojrzał już nic więcej, bo
                              wreszcie dech mi się całkiem zatrzymał i krew w żyłach takoż.
                              Lezał tak z minut dobrych kilka łapy syropowe lepkie i mordercze na sobie
                              czując. Syrop zawsze do kapturowego kapturka był wzdychał, wiec jak tylko
                              dziewczę załatwił tak okrycie począł z niej ścigąć, by przywłaszczyc sobie jak
                              trofeum. Kapturek czuł to, bo nie umarł był wcale - jak wiemy - w sztukach
                              różnych dalekowschodnich i bliskowschodnich kształcon oddech i krew w żyłach
                              zatrzymał i leżał tak czekajac na sposobną chwilę.
                              Syrop w tym czasie w morderczym amoku po pokoju w czerwonym wdzianku paradując
                              nie usłyszał skrzypnięcia drzwi. Kapturek otworzył oczy i ujrzał Szeryfa
                              Daltona ze szpulą pod pachą jak skrada się po cichu w ich kierunku. Na Szeryfa
                              zawsze można było liczyć. Kapturek czuł jakoś, że jak Szeryf "Nie martw się,
                              Kapturku" powie, to martwić się i o co nie ma. Na Kapturka spojrzał pytająco, a
                              Kapturek dwa razy oczami mrugnął na znak, ze wszystko z nim dobrze i głową
                              wskazał, by Szeryf syropowe gogle silną męską ręką ściągnął. Szeryf w mig
                              rozumiejąc co Kapturek doń kiwa szpulę blisko Kapturka położył i korzystając z
                              okazji , że Syrop truskawki z gara wyjadac począł pomógł Kapturkowi liście z
                              nosa i sromotniki z buzi wyjąć. Kapturek wstał był i krażenie sobie
                              przywróciwszy w rękę szpulę z bombajskim filmem chwycił. Szeryf natenczas
                              zakradł się od tyłu i dał znak cichaczem Kapturkowi, żeby Syropa uwagę na sobie
                              skupił. I Kapturek chrzaknął, głosno a donośnie, choć gardło go bolało.
                              Syrop zamarł i oczom nie wierząc na zmaltretowane dziewczę spojrzał.
                              - Czerwony... - zaczął, a łycha z rąk mu wypadła... "Kapturek" - wyszeptał.
                              - Tak. I nigdy nie pękam" - Kapturek uśmiechnął się a uśmiech perlisty i buzia
                              przepiękna jak promień słońca w Syropa uderzył, bo Szeryf był właśnie gogle z
                              syropowowych oczu ściągnął. Jak Szeryf przypuszczał tak Syrop równowage począł
                              tracić i na nogach się słaniać. Wtedy Kapturek z całej siły sitcomem z
                              Bollywood dał Syropowi po oczach i te runął jak długi na kapturowym mchu i
                              życie zeń uciekło.

                              Kapturek nie umarł od zatrucia sromotnikami, bo zgodnie z obietnicą Szeryf
                              Dalton posłał Kapturka do Maroka, gdzie lokalny medyk tajemnymi lekarstwami
                              kapturowy brzuch wyleczył. Kapturek coprawda przez czas jakiś jeszcze miał
                              problemy z krażeniem, bo tak długo nigdy jeszcze na bezdechu nie był, ale i to
                              z czasem Kapturkowi przeszło. Ponoć szybko do pracy wrócił i w Bangladeszu
                              teraz kolejną misję dla Szeryfa wypełnia.
                              • guayazyl1 Re: taka sobie BAJECZKA cz. 2 ostatnia (2) 25.03.06, 18:58
                                uuuuu...panie...dech mi sie zatrzymal na pietnascie minut z okladem kiedym to
                                czytal co tylko swiadczy o tym , ze w kondycji zem dobrej.
                                no ale za co?..pytam. za co mnie to spotkalo?..
                                a tak poza tym i Herkules dupa kiedy ludzi kupa. wszyscy na jednego?
                                dobra...znikam na dni dwa.pa!pa!pa!
                                • w.iwo taka sobie BAJECZKA reaktywacja 26.03.06, 16:20
                                  Jołanno jesteś genialna, ... ech...


                                  Kiedy Kotka wróciła na dawne pielesze i zobaczyła ten kawałek lasu o
                                  czarownym świcie, kiedy mgły podniosły się z ziemi od mchu zielonego i ukazała
                                  się polana wytęskniona od tylu lat... po czerwonej twarzy spłynęła ukradkiem
                                  łza... Tyle dni minęło od czasu gdy spotkanie z Syropem zostawiło w niej
                                  niegojące się blizny. Mimo jego okrucieństwa, mimo łapczywości gdy połykał
                                  rozmacone truskawki wprost z kompotu, nigdy nie zapomni tych krótkich chwil
                                  namiętności. Tak bała się wtedy ruszyć, dać znak życia... bała się że przestanie
                                  szarpać jej ubranie, rozdzielać białoróżowe uda i zajmować jej ciało. Po latach,
                                  kiedy otrząsnęła się z wszystkich codziennych spraw i wróciła do wspomnień na
                                  kozetce dr. Wątplimierza, po latach ten słodki koszmar wydał jej się tak bliski
                                  spełnienia jak nigdy dotąd. Psychoterapia podziałała na nią i postanowiła wrócić
                                  do dawnego życia. Postanowiła, że wróci w miejsce gdzie go ostatnio widziała...
                                  Gdy siedziała na gałęzi przed swoją dziuplą i wpatrywała się w zachodzące
                                  słońce, myśli jej błądziły po ostatnich chwilach namiętności... Czuła dreszcz
                                  przechodzący po jej ciele, gdy ostatnie promienie słońca zapadły się pod
                                  pogórkiem. Przesunęła dłoń po ogrzanej skórze i westchnęła głęboko. Gdzieś
                                  głęboko jej ukrywane pożądanie pod delikatną skórą pulsowało burzą i galopem,
                                  rwało brzegi żył jak nieokiełznana rzeka i nie dawało jej zasnąć spokojnym snem
                                  już nigdy .... nigdy od spotkania S.yropa.
                                  Zaczął wiać chłodniejszy wiatr, jakby dawał sygnał, że pora już do pościeli
                                  się szykować, odpocząć dać ciału i duszy. Kicia wstała i przeciągnąwszy się
                                  lekko, powoli ruszyła do domu. Tak dawno nikt nie mówił jej po imieniu.
                                  Otrząsnęła się z wieczornego chłodu i rzuciła do łóżka. Sen przyszedł szybko i
                                  bezboleśnie. Ale nie tylko on. Spod zielonego kurhanu wysunął się bezszelestnie
                                  i gładko. Uradowany, płynął w kierunku tak mu znanym i ciepłym. W zagłębieniu
                                  drzewa czekała na niego senna i gorąca. Nic tak dawno go nie podnieciło i
                                  ucieszyło jak jej przybycie. Wiedział, że dokończy to co zaczął już kiedyś, a
                                  jej zapach utwierdzał go w tym jeszcze silniej. Pulsował cały w niecierpliwości
                                  i czekał chwili gdy rozkosznie rozpłynie się w nim ta chwila...
                                  Kompot truskawkowy już czekał.
                                  • w.iwo Re: taka sobie BAJECZKA reaktywacja 28.03.06, 10:54
                                    broń się Guayazylku.... :o)
                                    • guayazyl1 Re: taka sobie BAJECZKA reaktywacja 28.03.06, 16:51
                                      noooo...ten...co to ja chcialem?...przyznaje sie, ze w ostatnim okresie
                                      zostalem za swoje wytwórstwo językowe cztery razy przez kolezeństwo
                                      obsztorcowany. dwa razy na forumie tudziez dwa razy w korespondencji prywatnej.
                                      z tego powodu checi na takie bajeczki poki co nimam :)
                                      ale napisze cus o pogodzie albo na inny neutralny temat.
                                      • w.iwo Re: taka sobie BAJECZKA reaktywacja 28.03.06, 17:57
                                        Syropku, nie wszyscy muszą Cię kochać... prócz mnie, oczywiście ;o)
                                        nie daj zgnieść Twojego cudnego marudnego i przeintelektualizowanego
                                        charakterka... i nie pisz pod publiczkę... i jak mówili starożytni Rosjanie nie
                                        każdy syrop słodki być musi...
                                        daj czadu !

                                        -
                                        Szklą się lodem jeziorka i błota ...
                                        • guayazyl1 Re: taka sobie BAJECZKA reaktywacja 30.03.06, 18:05
                                          ostatnio jestes dla mnie bardzo miła...czuje w powietrzu jakis podstęp :)
                                          • w.iwo Re: taka sobie BAJECZKA reaktywacja 30.03.06, 21:01
                                            nie domyślasz się ?.... chcę Cię przecież jako Czerony kapturek wykorzystać
                                            wirtualnie .... haha ha ;o)
                                            • guayazyl1 Re: taka sobie BAJECZKA reaktywacja 31.03.06, 17:34
                                              okej...mozesz mnie wykorzystywac na wszystkie sposoby. byle Twoj men nie
                                              skumał, ze sie eksploatujesz.
                                              :)
                                              • w.iwo Re: taka sobie BAJECZKA reaktywacja 01.04.06, 17:51
                                                haha.... a miałam nadziejkę że to Ty Syropku będziesz się eksploatował.... ;o(((

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka