leziox
09.06.15, 02:38
Muzowa
Muzy mnie napadły i gwałcą, coby się zabawić
Szarpią za rękaw, przeszkadzają w spokojnym trwaniu
Każda chce swą sprawę mi jako pierwsza przedstawić
I dzisiaj to nie ma mowy już o spokojnym spaniu
Latają pod sufitem jak pierdolnięte lafiryndy
Weź mnie, weź mnie, ja cię natchnę sobą jak nikt
I wrzeszczą jak szesnastoletnie głupie pindy
A ja staram się napadem ich nie przejmować zbyt
Mógłbym właściwie wziąć na nie zaraz muchozol
Spryskać i pospadałyby na mordy śliczne z sufitu
Lecz nie zawsze pomoże ludzki ten aerozol
Na istoty przybyłe do mnie właściwie z niebytu
I trzeźwić by trza było i przepraszać i stopy całować
Lampucerom ulotnym i wiotkim jak sny dziewicy
I natchnienia brak dniami pustymi odżałować
Gdyby muzy nie miały na mnie /foch!/ nagłej chcicy
Zostańcie! Cholera jasna, dobra - tylko mówcie po kolei
Niech zmilknie ten zgiełk, tam w barku stoją flaszki
Nie chcę Wam przecież odbierać muzinej durnej nadziei
Iż na więcej mnie stać niż tylko na te do piwa fistaszki
Kalliope, zejdź ze mnie i nie pompuj mnie kolejnymi wierszami
Ja nie wytrzymam i rzygnę wreszcie od nadmiaru poezji
W czasach fejsbuka nikt tego nie czyta tonami
A poeci dawno już z głodu czy przepicia sczeźli
Klio, jak się wygramolisz już z mojej biblioteki
Poczytaj o Hitlerze w necie i Ci szczena opadnie znienacka
Poczuj te historyczne z Oświęcimia na skórze zasieki
I kulę z karabinu w pierś wbijającą się bracką
Erato, ty tak mnie za serce nie łap, kanalio podstępna
Bo chyba wiesz że nie ze mną te numery, Brunner
Miłość ma zdechła dawno temu i razy parę i ta następna
Nie robi nadziei na kolejny kosmiczny numer
Tylko trzepot cholera i nijak nie mogłem nad tym panować
Nalot muz na dom nie każdy codziennie przeżywa
I nie dało rady bab dziewięciu żywiołu opanować
I co na to mam powiedzieć? Niech lepiej zmilczy kursywa
Euterpe, najwyraźniej powalona likierem z wiśni beskidzkim
Wala się po kanapie i na flecie podwójnym piszczy jakieś strofki
Melpomena robi teatr, ach weź cholera i lepiej skiśnij
Miast tu rozsiewać sztuk zdechłych dawno durne zarodki
Wokoło żyrandola latały muzy stadem, żarliwie mi obiecując
Talent, kasę i powodzenie u płci jakiejkolwiek zapewniając
Czasem zleciały niżej jak fortepian Szopena przy bruku dryfując
Drinka wlewając do trzewi boskich z toru lotu nieco zbaczając
Polihymnio, pysk stul i przestań drzeć ryja, bo sąsiad wezwie policję
I wypij coś, mordę masz ponurą jak Frankensztajna córeczka
Co zaś mam z Wami zrobić, toż nie wyślę Was na banicję
A tu jeszcze leży po nosem pełna wierszy projektów teczka
Ech muzy, muzy, całe Was tu stado się spore panoszy
I wszystkie mnie kochacie i pieścić chciałybyście
Lecz ja nie wiem jak mogę to przeżyć bez kaloszy
Nie mówiąc o tym, coście parszywce dla mnie wymyśliłyście
Talio - no jak tak patrzę na Ciebie to morda mi się ciągle śmieje
Masz ten urok w sobie i wiesz kiedy sypnąć humorem dowolnym
Tyko zaraz mnie Terpsychora tańcem weźmie i zajedzie
Szepcąc do ucha o terra del sol zdobywaniu razem znojnym
Uranio, z Tobą wiele nie mam wspólnego poza wyobrażeniem
Iż człek we wszechświecie nie jest sam i mamy tam współbraci
I tak czekam na takie spotkanie z dziwnym skóry drżeniem
Byśmy nie zaczęli strzelać do istot, rodziny ziemiańscy kaci
I tak spotkanie się odbyło, musując energią kosmosu po brzegi
Rano wszyscy spaliśmy po bratersku i kosmicznie do siebie się tuląc
Przy śniadaniu robienia zwarły się nagle muz szeregi
Dbały o mnie wszystkie, a ja je kochalem, trochę od nadmiaru uczuć się kuląc
Potem poszły a raczej wyleciały przez lufcik w kuchni, gromadnie
Obiecując, a przedtem po kolei mocno całując mnie jak swego
Że wrócą znowu dnia któregoś do mnie znowu stadnie
Gdy znajdą dla mnie znowu coś nowego, pięknego
Trwanie z muzami nie jest takie lekkie jakby kto myślał sobie
Kapryśne to istoty, choć kochane i muskające mnie swym wdziękiem
Czekam więc, kiedy odwiedzą mnie znowu gromadnie tak zgodnie
A ja „Where are you now” zanucę i w łóżko puste rzucę się z jękiem...
THE END
Copyright by Leziox