diabollo 27.02.24, 10:20 wyborcza.pl/ksiazki/7,154165,30679513,annie-ernaux-nie-ma-czasu-na-zal.html#S.MT-K.C-B.2-L.1.duzy Odpowiedz Link Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
diabollo Re: Annie Ernaux 28.02.24, 07:35 Noblistka Annie Ernaux: Europa boi się utraty statusu, tego, że przestanie być bogatym kontynentem KSIĄŻKI Michał Nogaś Ale my, bogaci ludzie Zachodu, wolimy zamykać się w sobie, otaczać się murami i zasiekami, odpychając to, co nieuniknione - mówi Annie Ernaux, francuska pisarka, laureatka Nagrody Nobla za rok 2022. Michał Nogaś: „W pewnych momentach historii milczenie jest nie do przyjęcia". To pani słowa z mowy noblowskiej. Mamy teraz taki moment? Annie Ernaux: Z pewnością mamy problemy, które domagają się natychmiastowych rozwiązań, a nie zamiatania pod dywan. I należy o tym głośno mówić, wytrącać polityków z dobrego samopoczucia. Pierwszym z tych problemów jest kwestia migrantów, skandal, który trwa w naszym rejonie świata od wielu lat. Jak długo jeszcze bogate kraje Zachodu będą odmawiać ludziom szukającym bezpiecznych przystani prawa do schronienia i szansy na rozpoczęcie nowego etapu życia z dala od wojen czy skutków kryzysu klimatycznego? Drugi to sprawa Strefy Gazy. To, co dziś dzieje się na Bliskim Wschodzie, to także efekt przynajmniej trzech dekad ekspansywnej izraelskiej kolonizacji terenów, na które zepchnięto Palestyńczyków, oraz milczenie Stanów Zjednoczonych i brak ich wsparcia dla utworzenia państwa dwóch narodów lub stworzenia niepodległego państwa palestyńskiego. A trzecim problemem, który nadal nie został rozwiązany, nawet na Zachodzie, jest kwestia praw kobiet, całkowitej równości i odejścia od patriarchatu. Co do migrantów, chcę powiedzieć to jasno - państwa europejskie natychmiast powinny zakończyć haniebne praktyki odpychania ich od swoich granic i terytoriów. Jak wielu ludzi ma jeszcze utonąć w Morzu Śródziemnym? Zamiast zaopiekować się nimi, dać im pracę i znaleźć dla nich miejsce w starzejącym się europejskim społeczeństwie, skazujemy ich na śmierć. Tej tragedii ważni ludzie Europy przyglądają się z założonymi rękami. Tej nowej wędrówki ludów - jak wielu poprzednich w historii świata - nie da się powstrzymać, można jednak zrobić wiele, by nad nią zapanować. Ale my, bogaci ludzie Zachodu, wolimy zamykać się w sobie, otaczać się murami i zasiekami, odpychając to, co nieuniknione. Europa boi się przede wszystkim utraty własnego statusu, tego, że przestanie być bogatym kontynentem, domem dobrze sytuowanych białych ludzi. Na naszych oczach traci duszę, daje się opanować przez skrajnie prawicowe ruchy, które potrafią jedynie straszyć i domagać się poparcia dla rozwiązań radykalnych. To próba wyparcia rzeczywistości, niezauważania prostych faktów - we Francji brakuje już lekarzy, na studia medyczne trzeba przyjmować ludzi, którzy nie urodzili się w tym kraju, inaczej nie będzie miał nas kto leczyć. Tak samo wygląda sprawa z pracownikami fizycznymi. By budowy nie stanęły, państwo i firmy prywatne muszą zatrudniać wykwalifikowanych pracowników z zagranicy. Jeśli natychmiast nie zmienimy polityki wobec migrantów, w Europie zabraknie rąk do pracy. Od pewnego czasu na polsko-białoruskiej granicy trwa kryzys humanitarny. Poprzedni rząd postanowił zbudować tam mur i zasieki z drutu żyletkowego. Mówiono wiele o „obronie Europy i chrześcijaństwa". - To polityka oparta na strachu. Ludzie, którzy zachowują się w ten sposób, obawiają się przyszłości, nie mają pojęcia o wyzwaniach, przed którymi stanęliśmy, i po prostu nie nadają się na przywódców. Przeraża ich wizja otwartych społeczeństw - a tylko dzięki takim w ogóle przetrwamy. Prawica woli udawać, że problemu nie ma, bo nie jest w stanie zaproponować żadnego sensownego rozwiązania, próbuje uciekać do przodu. Rzeczywistość dogoni jednak nas wszystkich. W Polsce, w której prawica straciła właśnie władzę, w marcu ukaże się pani nowa książka. To „Ciała", tom, w którym znajdą się trzy teksty: „Zdarzenie" z 2000 r., „Pamięć dziewczyny" z 2016 oraz „Młody mężczyzna" sprzed dwóch lat. W pierwszym z nich wraca pani do wydarzeń z czasu studiów, działań, które musiała pani podjąć, by wbrew obowiązującemu wówczas we Francji prawu przerwać ciążę. Nie tak dawno w kinach pokazywany był zresztą film oparty na tej autobiograficznej prozie, czyli „Zdarzyło się". Żyjemy w dwóch, a być może nawet w większej liczbie równoległych rzeczywistości. We Francji prawo do aborcji ma zostać niedługo wpisane do konstytucji, w USA - w związku z decyzją Sądu Najwyższego - trwa na nowo walka o prawo do przerywania ciąży w poszczególnych stanach, a w Polsce w kampanii wyborczej obiecano wprowadzenie ustawy zezwalającej na aborcję do 12. tygodnia. - Prawo do aborcji przyznaje kobietom władzę nad własnym życiem. Mogą decydować o własnym ciele. Mogą też samodzielnie stanowić o tym, czy i kiedy chcą urodzić. Stoi więc w jawnej sprzeczności z tym, co głoszą duchowni różnych religii, zwolennicy uprzedmiotowienia kobiet, podporządkowania ich mężczyznom. CDN... Odpowiedz Link
diabollo Re: Annie Ernaux 28.02.24, 07:37 Temat aborcji - od Polski po Amerykę - to w rzeczywistości historia strachu przed siłą, która przeraża wyznawców konserwatywnego porządku świata. Nie tylko mężczyzn wyniesionych na wysokie stanowiska, od papieży czy mułłów po prezydentów, premierów albo sędziów. Także zwykłych mężczyzn, którzy mogą w ten sposób kontrolować zachowania żon, córek, narzeczonych czy kochanek i czynić je sobie poddanymi. Czy przejmuje ich to, co dzieje się w takiej sytuacji z kobietami, z ich zdrowiem psychicznym i fizycznym? Czy są w stanie zrozumieć naszą determinację w walce o prawo do decydowania o sobie oraz to, że nie ma siły, która byłaby nas w stanie zatrzymać? Być może to do nich dociera, ale niewiele ich obchodzi. Dlatego niezależnie od stopnia podłości reżimu kobiety zawsze będą próbowały znaleźć wyjście z sytuacji, a więc także uwolnić się od męskiej dominacji. Czasem przyjdzie im za to zapłacić najwyższą cenę, czasem cudem uda im się ujść z życiem, gdy - jak to miało miejsce w moim przypadku - zdecydują się na nielegalną aborcję w urągających warunkach. Co jednak mają zrobić, by przetrwać i żyć na własnych zasadach bez kajdan, które nakłada im patriarchat? Aborcja to wolność, jej zakaz to okrucieństwo i pozbawianie wolności ogromnej części społeczeństwa. Nikt nigdy nie przekona mnie, że można na to patrzeć w jakikolwiek inny sposób. Wiem doskonale, jak wygląda ta kwestia w Polsce. Liczę, że presja pojawi się także ze strony świadomych mężczyzn - bo przecież zakaz aborcji to także atak na wolność związków i małżeństw. Przerwanie ciąży nie powinno być wyborem politycznym, a jedynie społecznym. Ludzi, których nie stać na utrzymanie i wychowanie kolejnych dzieci, nie można skazywać na życie w nędzy. Państwo zawsze prędzej czy później zostawia ich w takiej sytuacji samym sobie. W Polsce niektórzy uważają, że w sprawie legalizacji aborcji powinno odbyć się ogólnonarodowe referendum. - To nie jest właściwe rozwiązanie. Referendum w sprawie praw i wolności kobiet? Taki rodzaj plebiscytu zawsze wiąże się z nieczystą grą polityczną, z prowadzeniem kampanii, z wysuwaniem argumentów uwłaczających kobietom. W takim zamieszaniu ginie to, co najważniejsze - fakt, że prawo do aborcji jest prawem podstawowym i w rzeczywistości nigdy nie powinno podlegać jakimkolwiek negocjacjom. We Francji zrozumiano to w połowie lat 70., od początku lat 80. aborcja jest nie tylko legalna, ale i darmowa, a w marcu ubiegłego roku prezydent Macron zapowiedział, że jako prawo obywatelskie zostanie wpisana do ustawy zasadniczej. Za chwilę minie 50 lat od dnia, w którym francuscy politycy zaczęli rozumieć, że takich spraw nie poddaje się negocjacji i tego samego życzę polskim liderom. To żaden akt łaski, który można okazać, to żaden plebiscyt - czas to w końcu zrozumieć. „Zdarzenie" opublikowała pani 25 lat po legalizacji aborcji we Francji. Czy tą książką, opowieścią o pełnej aspiracji studentce, która za wszelką cenę postanawia przetrwać w nowym środowisku i nie wrócić do dawnego życia, do świata, z którego uciekła, łamała pani tabu? - Pisałam tę książkę przez dwadzieścia lat. I tak, jej opublikowanie było złamaniem tabu. Bo choć aborcja była już dostępna, francuskie kobiety nadal milczały. Przyjął się, do dziś powszechnie używany, skrót IVG oznaczający terminację ciąży. W przestrzeni publicznej brakowało głosów, które mogłyby zaświadczyć o piekle, jakie przez lata gotowano nam, naszym siostrom, córkom, matkom czy babkom. Uznałam, że nigdy wystarczająco dokładnie go nie opisano, zdecydowałam się więc na przedstawienie własnej opowieści. Tak, by wszyscy zrozumieli, czym dokładnie dla kobiety jest aborcja i dlaczego tylko ona ma prawo podejmować decyzję. I by wszyscy to dobrze zapamiętali. Gdy zapomina się o zbrodniach, w kolejnych pokoleniach zawsze znajdą się ludzie, którzy znów spróbują je popełnić. Nie było we mnie zgody, byśmy wymazali we Francji haniebną przeszłość, nagle uznali, że nie ma już o czym rozmawiać. Przecież kwestia aborcji dotyka tysięcy kobiet! Zdobyła się pani na ogromną szczerość. „Zdarzenie" to opowieść o ludziach, którzy zdecydowali się udzielić pomocy, ale też dokładny, drastyczny opis tego, co działo się z panią przed zabiegiem i po nim. Pisanie o tym było trudne? - Nie. Relacjonowałam własną przeszłość, ale ważniejsze było zadanie pisarskie, które przed sobą postawiłam - w jasny, zrozumiały sposób oddać ówczesną francuską rzeczywistość. Nie chciałam niczego załatwiać tą książką ze sobą czy z państwem, zależało mi, by była ostrzeżeniem. Jeśli nie będziemy odpowiednio uważnie przyglądać się rzeczywistości i dbać o zachowanie podstawowych praw obywatelskich, wystarczą jedne wybory - i wszystko legnie w gruzach. Myślę, że i Polki, i Amerykanki mają tego świadomość. Muszę zresztą przyznać, że wydarzenia w pańskim kraju oraz to, do czego posunął się Sąd Najwyższy w USA, wpłynęły na ponowny wzrost zainteresowania „Zdarzeniem". Film Audrey Diwan także zrobił swoje. I choć powinno mnie cieszyć, że moja książka jest szeroko czytana, jestem raczej przerażona faktem, że dożyliśmy takich czasów. CDN... Odpowiedz Link
diabollo Re: Annie Ernaux 28.02.24, 07:39 Kiedy pyta pan o to, czy odkrycie się przed czytelnikami było dla mnie trudne, w rzeczywistości - tak podpowiada mi intuicja - próbuje się pan dowiedzieć, czy zapłaciłam jakąś cenę za moje autobiograficzne pisanie. Sama wielokrotnie się nad tym zastanawiałam, ale doszłam do wniosku, że to w zasadzie nie jest aż tak bardzo istotne. Zadaję pytania sobie samej sprzed lat, ale to inni mają okazję poszukać odpowiedzi - dla siebie i w obecnej rzeczywistości. Wiele dotykanych przeze mnie tematów przecież przewija się w każdym ludzkim życiu, to dość uniwersalne sprawy egzystencjalne. Ja tylko opakowuję to w literacką formę. Polscy czytelnicy przed przyznaniem pani Nobla mieli okazję poznać tylko dwie pani książki. W 1983 r. ukazało się „Miejsce", a krótko przed decyzją Akademii Szwedzkiej „Lata". A jednak była pani obecna dzięki literaturze dwóch innych ważnych pisarzy francuskich - gdy ukazywały się u nas pierwsze książki Didiera Eribona i Édouarda Louisa, obaj twierdzili, że to pani dała im odwagę. Pierwszy podkreślał, że dzięki pani „możemy w końcu mówić o przemocy i traumie związanych z pochodzeniem klasowym", drugi - że na nowo zdefiniowała pani ramy literatury autobiograficznej. Pani sama wspominała niejednokrotnie, że od wczesnych lat chciała „pomścić swoją rasę i płeć, pokazać zmianę społeczną i środowiskową", która stała się pani udziałem. Ma pani poczucie, że ten plan w pełni udało się zrealizować? - Pierwszą książką, która sprawiła, że dostrzeżono moje pisanie, było „Miejsce". Nie tylko Europę zainteresowała opowieść o przejściu z niższej klasy społecznej do wyższej, o przekraczaniu granic i o związanych z tym nadziejach i upokorzeniach. Od wielu osób dowiedziałam się, że moja historia zainspirowała je do podjęcia jakichś starań, do zmiany życia. To wystarczy, bym była pewna, że plan udało się zrealizować. Ale w innych książkach stopniowo wchodziłam dalej w głąb siebie i zdzierałam z siebie kolejne warstwy, by jeszcze bardziej się odsłonić, jeszcze mocniej pokazać pracę, którą wykonałam nad sobą, by dotrzeć do miejsca, w którym obecnie się znajduję. Podejrzewam, że dla wielu lektura moich książek okazała się dyskomfortem. „Nie czuję się dobrze z tym, co przeczytałam" - słyszałam nieraz. Ale także: „Znam z własnego życia to napięcie, o którym pani pisze, zainspirowała mnie pani do zrobienia pierwszego kroku". Ktoś kiedyś powiedział mi, że zanim zdecydował się na wprowadzenie w życie zmian, czuł się wewnętrznym imigrantem. Ze mną było tak samo, być może do dziś w jakimś stopniu tkwię w takim stanie? To podstawowa różnica między mną a moimi synami - nie pochodzą z klasy ludowej, nigdy nie zaznali biedy, nie noszą w sobie pamięci o takich doświadczeniach. Bez wątpienia ogromne znaczenie w moim myśleniu o pisaniu odegrał fakt, że przez wiele lat pracowałam jako nauczycielka. Wiem, jakiego rodzaju kłopot mają młodzi ludzie, ci, którzy chcą coś w życiu osiągnąć, a których blokują niezależne od nich uwarunkowania społeczne. Ja na własnej skórze doświadczyłam kulturowego rozdarcia, wiem, ile kosztuje stanie się sobą. Gdy piszę książki, które opowiadają o różnych etapach mojego życia, o ważnych dla mnie osobach, szukam prawdy, zdanie po zdaniu. Jestem zdeterminowana, a jednocześnie, gdy postawię ostatnią kropkę, bardzo niepewna. Nie umiem ocenić, czy do niej dotarłam. Jak większość pisarzy nie widzę rzeczy wystarczająco dokładnie, dopiero w głowach czytelników wszystko trafia - lub nie - na swoje miejsce. Gdybyśmy przyjrzeli się mojemu ostatniemu tekstowi, czyli „Młodemu mężczyźnie"… Opowiadam tam - otwarcie, nie sięgając po metafory - o relacji z młodszym o 30 lat mężczyzną. Pochodził z mojej klasy społecznej, spośród ludzi, od których się wyzwoliłam, gdy wyruszyłam na studia, których - zdaniem wielu - zdradziłam. Dość szybko zorientowałam się, że w jego gestach, słowach i zachowaniu odnalazłam siebie sprzed wielu lat. Jakbym po kilku dekadach wróciła do domu, obserwowała siebie i swoich bliskich, ale przez szybę. Nie ukrywam, że to była być może najsilniejsza składowa mojego pociągu do tego mężczyzny. I nie czułam dyskomfortu, gdy o tym pisałam, tak jak nie czuję go teraz, gdy się panu do tego przyznaję. Czy jest coś, czego dziś - po wielu dekadach - żałuje pani w związku z wyborami, których pani dokonała i o których pisała? - Tak. Byłam niesprawiedliwa wobec własnego ojca. Tego żałuję i nie będę już miała możliwości, by cokolwiek w tej sprawie zmienić, nie naprawię już naszych relacji. On reprezentował wszystko to, przed czym od czasu dojrzewania chciałam uciec. Nie czytał książek, posługiwał się językiem, a w zasadzie dialektem charakterystycznym dla tej części Normandii, z której pochodzę, był prosty. Wtedy bardzo się za niego wstydziłam, nie rozumiałam jego wyborów. To, że popełniłam błąd, radykalnie odcinając się od ojca, nie oznacza jednak, że żałuję czegokolwiek, gdy myślę o mojej pracy. Nadal jest we mnie ogromna chęć pisania, bez tego nie umiem żyć. Dopóki będę mieć siłę, zamierzam kontynuować tę autoarcheologię. I nie mam pojęcia, dokąd mnie jeszcze zaprowadzi. Może zresztą przydarzyło mi się to, co dzieje się z dzisiejszą Europą? Np. o wojnie w Ukrainie, cierpieniu zadawanym przez Putina mówi się coraz mniej. Przyzwyczailiśmy się, wielu zapewne już zmęczyły doniesienia z niby odległego frontu. CDN... Odpowiedz Link
diabollo Re: Annie Ernaux 28.02.24, 07:40 Uważam, że ta wojna to jedno z największych zagrożeń, przed jakimi stanął współczesny świat. I wyznam panu, że jestem wielką pesymistką. Są politycy, którzy mówią wprost, że Rosja jest potęgą i należy się z nią liczyć. Tchórzą. I niedługo pojawią się głosy wzywające do „zawarcia kompromisu". A ten będzie dla Ukrainy niekorzystny. Znów może się okazać, że ta rzekomo wspaniała, ale pełna pustych haseł Europa dla własnego świętego spokoju odwróci się plecami. A jeśliby stało się to, czego obawiam się najbardziej, czyli powrót Trumpa do władzy, to może się okazać, że dla nas wszystkich zwyczajnie nie ma już ratunku. Rozmowę z francuskiego tłumaczył dr Wiesław Kroker z Zakładu Literaturoznawstwa Francuskiego Instytutu Romanistyki UW "Ciała", Annie Ernaux, przeł. Agata Kozak, Czarne, Wołowiec, premiera 6 marca wyborcza.pl/ksiazki/7,154165,30679513,annie-ernaux-nie-ma-czasu-na-zal.html#S.MT-K.C-B.2-L.1.duzy Odpowiedz Link