Dodaj do ulubionych

Po co nam eksperci?

06.01.25, 07:02
Wiedza, na którą ekspert powołuje się dziś, będzie nieaktualna za 40 lat. Więc po co nam eksperci?

Kamil Fejfer

wyborcza.pl/magazyn/7,124059,31490370,wiedza-na-ktora-ekspert-powoluje-sie-dzis-bedzie-nieaktualna.html#S.MT-K.C-B.1-L.1.duzy
Gdybyśmy zapytali o przyszłość Rosji grupę ekspertów z organizacji międzynarodowych, amerykańskiej administracji i think tanków oraz grupę przechodniów, otrzymalibyśmy takie same odpowiedzi
Daktyloskopia, czyli analiza odcisków palców, jest powszechnie uważana za jedną z najbardziej precyzyjnych technik operacyjnych w policji. W niezliczonej liczbie filmów widzieliśmy, jak stróże prawa pobiegają odciski ze szklanek (to zawsze są szklanki!), aby porównać je z tymi w bazie danych.

Mniej więcej tak zrobiono po hiszpańskim 9/11, czyli zamachach z marca 2004 roku w Madrycie. W atakach bombowych na pociągi zginęło wtedy prawie 200 osób, a ponad 2 tysiące zostało rannych. Na miejscu zbrodni znaleziono plastikową torbę z odciskami potencjalnego zamachowca. W ciągu kolejnych kilku dni odciski zostały elektronicznie rozesłane po całym świecie, między innymi do FBI. Amerykańskie laboratorium ustaliło „100 percent match", że należą do Amerykanina Brandona Mayfielda.

Mężczyzna służył w wojsku, następnie ożenił się z Egipcjanką i przeszedł na islam, jako prawnik reprezentował przed sądem mężczyzn, którzy chcieli przedostać się do Afganistanu, żeby dołączyć do talibów. Idealny podejrzany.

Był pod obserwacją, potem go aresztowano, wypuszczono kilkanaście dni później, gdy okazało się, że przez ostatnie 10 lat nie opuszczał Stanów Zjednoczonych. A po jakimś czasie hiszpańska policja poinformowała, że dopasowała odciski do kogoś innego.

Historię tę w książce „Szum. Czyli skąd biorą się błędy w naszych decyzjach" opisuje trójka autorów: laureat ekonomicznego Nobla Daniel Kahneman, profesor z Oksfordu Olivier Sobiny oraz Cass Sunstein, profesor z Harvardu zajmujący się ekonomią behawioralną.

Jak to możliwe, że zawiodła tak precyzyjna i sprawdzona metoda naukowa?

Otóż odciski, które pobierają śledczy z miejsc zbrodni, nie są idealne – zamazane, zanieczyszczone, nakładają się na siebie. Ich porównywanie nie jest więc mechaniczne, wymaga – jak mówią Kahneman, Sibony i Sunstein – osądu, czyli „pewnego rodzaju pomiaru, w którym urządzeniem pomiarowym jest ludzki umysł". A tam, gdzie pojawia się osąd, pojawia się też wiele zakłóceń wynikających z naszych niedoskonałości poznawczych.

Po pomyłce w sprawie Mayfielda FBI zarządziła wewnętrzne śledztwo. Wnioski? Odciski badało kilku specjalistów. Pierwszym był renomowanej sławy ekspert, który jednak pozostawał pod dużym wrażeniem nowego systemu automatycznie przeszukującego daktyloskopijne bazy danych. To prawdopodobnie uśpiło jego czujność. Kolejny analityk, znając renomę poprzednika, tylko potwierdził pierwotne wnioski.

Analitycy są więc podatni na błąd konfirmacji – kiedy w ich głowach zakiełkuje sugestia co do osądu, szukają jej potwierdzenia.
W przypadku trzeciego eksperta sprawa była formalnością. Znał opinie dwóch poprzednich, więc efekt kaskady błędów tylko się powiększał.

Błąd konfirmacji występuje w daktyloskopii również wtedy, kiedy śledczy zna jakieś szczegóły sprawy. Jeśli wie o dowodach, które przechylają szalę na niekorzyść podejrzanego, wzrasta prawdopodobieństwo, że orzeknie: to jego odciski.

Autorzy przywołują badania, które wskazują, że śledczy mogą zmienić osąd odcisków palców, które kiedyś już badali, ale o tym nie wiedzą – obrazy linii papilarnych nie zapadają tak w pamięć jak twarze - jeśli podsunie im się informacje na temat oskarżanego.

Tam, gdzie występuje osąd, tam występuje ryzyko błędu. A jakaś forma osądu występuje w niemal każdej dziedzinie, w której działają eksperci. Muszą się więc mylić. Czy można zrobić coś, żeby mylili się rzadziej? I czy są nam w ogóle potrzebni?

Sędziowie z południa USA są surowsi
Na początku lat 70. sędzia federalny Marvin Frankel zwrócił uwagę na niezwykle rozpowszechnione w USA zjawisko skazywania różnych ludzi, którzy dopuścili się zbliżonych występków, na bardzo różne kary. Część państwa już przeczuwa, że za chwilkę będzie o dyskryminacji rasowej. Zazwyczaj w tę stronę płyną zbliżone teksty. Owszem, Frankel dostrzegł również to, lecz zauważył, że bardzo wiele zależy od różnic między sędziami.

CDN...
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Po co nam eksperci? 06.01.25, 07:04
      Istnieje grupa takich, którzy z reguły orzekają bardziej surowo niż średnia. Istnieje również grono sędziów gołębi. Mało tego, wśród sędziów, którzy – uśredniając - są zbliżeni w swojej surowości, istnieją obszary, gdzie jeden jest surowy bardziej, drugi mniej. Jeden może surowiej karać za przemoc wobec kobiet, drugi za rozboje. Praktyki orzekania są związane z temperamentem sędziego, z jego biografią i wrażliwością.

      Ale też z geografią – w południowych stanach wyroki były surowsze niż w północnych. Egzekwowanie tych samych przepisów ma więc komponent kulturowy.
      Kahneman, Sibony i Sunstein cytują Frankela, który jako przykład tej „niesprawiedliwości wymiaru sprawiedliwości" przytaczał historię dwóch mężczyzn fałszujących czeki. Obaj byli niekarani. Pierwszy puścił w obieg czeki na kwotę niecałych 60 dolarów, drugi na nieco ponad 35 dolarów. Pierwszego skazano na 15 lat, drugiego na 30 dni.

      Daniel Kahneman w książce „Pułapki myślenia" wyjaśnia, że surowość wyroków zależy m.in. od tego, czy sędzia… jest głodny czy właśnie zjadł lunch. Przytacza też badania, które pokazywały, że bardziej surowe wyroki zapadały wtedy, kiedy lokalna drużyna baseballowa dostała łomot. Interpretacja nasuwa się sama - orzekający sędzia był kibicem i przyszedł do pracy nie w sosie.

      Oczywiście to nie tak, że wyroki są absolutnie dowolne. Statystycznie widać jednak, że istnieją zmienne, które oddziałują na ludzkie osądy. A w skrajnych sytuacjach ludzie za popełnienie tego samego przestępstwa dostają skrajnie różne wyroki.

      Behawioryści i neuronaukowcy też się mylą
      Ciekawym przypadkiem jest medycyna, w której - jak wskazują badacze - największy szum występuje w psychiatrii. Kłopoty dotyczą wytycznych diagnostycznych, interpretacji skali objawów, a zaczynają się już na etapie precyzji zgłaszania objawów przez pacjentów. Tu mamy zresztą pewną analogię do daktyloskopii, gdzie odciski palców bywają niewyraźne i nakładające się na siebie; to samo można powiedzieć o objawach psychiatrycznych.

      Kahneman i reszta zauważają, że psychiatria jest najbardziej niepewną diagnostycznie gałęzią medycyny. Innymi słowy - właśnie tutaj występują największe rozbieżności, jeśli chodzi o stawiane rozpoznania. To niezwykle ważne spostrzeżenie w dobie kultury bardzo silnie skolonizowanej zarówno przez terapeutyczny, jak i psychiatryczny język.

      Oczywistą konsekwencją obserwacji autorów "Szumu" jest to, że bardzo duża część osób cierpiących psychicznie - większa niż ludzi zmagających się z innymi problemami zdrowotnymi - jest leczona nie na to, co trzeba.

      Czołowy światowy ekspert w dziedzinie szeroko pojętej neuronauki, związany z Uniwersytetem Stanforda prof. Robert Sapolsky w wykładzie na YouTubie przytacza opinię znamienitego psychologa: "Dajcie mi nowo narodzone dziecko i pozwólcie w całości kontrolować środowisko, w którym dorasta, a sprawię, że będzie dokładnie tym, kim chcę, żeby zostało - naukowcem, prawnikiem, żebrakiem albo złodziejem". Tak chwalił się w 1912 roku John Watson, współzałożyciel prominentnej szkoły psychologicznej zwanej behawioryzmem.

      Dzisiaj wiemy, że to nieprawda. Chociaż ludzkie zachowanie poddaje się pewnemu modelowaniu, to każdy z nas ma swoje dyspozycje i potencjały, które kierują nami od wewnątrz. A jako gatunek mamy pewne mentalne mapy, takie jak fizyka intuicyjna, zdolność do uczenia się języka, wdrukowany model empatii, jak i pewne preferencje, jeśli chodzi o dobór partnerów.

      Inaczej mówiąc, skrajny behawioryzm, niewiele zresztą różniący się od skrajnego społecznego konstruktywizmu, nie może działać jako dobry sposób i wyjaśniania świata, i jego kształtowania.

      Lekcja z błędu Watsona jest taka, że eksperci bywają omylni, bo są uzależnieni od stanu wiedzy w danym momencie.
      Jak również od tego, jaką szkołę wyjaśniania rzeczywistości wybierają - jedne szkoły oferują lepsze jej zrozumienie i lepsze prognozowanie, inne gorsze.

      Dlatego „naukowa pewność" cechująca część dyskutantów w przestrzeni publicznej również bywa zwodnicza. Przecież nie wiemy, co nauka na temat wielu zagadnień będzie mówiła za lat 30 czy 40.
      Co trzeźwiejsi eksperci – zazwyczaj to naukowcy - sami zresztą podkreślają, że nauka jest metodą polegającą na weryfikacji hipotez, a nie wiedzą wykutą w kamieniu. Tym zresztą różni się od dogmatów.

      CDN...
      • diabollo Re: Po co nam eksperci? 06.01.25, 07:06
        Niestety, to, co jest siłą nauki, bywa zarazem jej słabością, bo „a skąd wiecie, czy za pół wieku naukowcy nie zmienią zdania" to częsty argument zwolenników teorii alternatywnych w rodzaju niedawnych koronasceptyków. Ale cóż - sądy naukowe, choć niedoskonałe, dzięki mechanizmowi testowania hipotez są najlepszym sposobem opisywania świata.

        Nierówności, bieda, niskie podatki. Ekonomiści się mylili
        Tu jeszcze jeden przykład: ekonomiści. Jakiś czas temu po sieci krążył mem o tym, że "ekonomia jest astrologią dla mężczyzn". To rzecz jasna nadużycie, ale żarty bywają zabawne również dlatego, że zawierają w sobie ziarno prawdy.

        Jeszcze 20 lat temu, przed wielkim kryzysem gospodarczym 2008 roku, znacząca część ekonomistów gorąco wierzyła w neoliberalną szkołę ekonomiczną. Mówili, że do dobrobytu prowadzą: deregulacja, niskie podatki, możliwie głęboka liberalizacja stosunków pracy. Na tej mentalnej mapie nie było miejsca na biednych czy na rozwarstwienie społeczne.

        Dopiero wielki kryzys wprowadził te kategorie do mainstreamu ekonomicznego. W ekonomii podobnie jak w wielu innych naukach - być może nauki społeczne, z natury trudniej weryfikowalne twardymi metodami laboratoryjnymi, są na to szczególnie narażone - panują mody. Stąd warto do tych mód podchodzić z pewną dawką nieufności – choć, podobnie jak w naukach ścisłych i przyrodniczych, można przekroczyć cienką granicę między zdrowym sceptycyzmem a podejściem na chłopski rozum „kiedyś naukowcy mówili jedno, dzisiaj mówią drugie, wszyscy siebie warci".

        Pora na ostatnią historię podającą w wątpliwość kompetencje ekspertów.

        W latach 80. Philip Tetlock, profesor Uniwersytetu Pensylwanii, późniejszy autor książki „Superprognozowanie. Sztuka i nauka prognozowania", postanowił sprawdzić trafność przewidywań ekspertów. Zebrał grupę około 300 wybitnych specjalistów: ekonomistów, analityków z administracji rządowej Stanów Zjednoczonych, Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Banku Światowego, z mediów i z korporacji. Połowa miała co najmniej doktoraty. Poprosił ich o tworzenie prognoz odnoszących się do konkretnych wydarzeń.

        Brzmiały one mniej więcej tak: „Jak sądzisz: jakie jest prawdopodobieństwo tego, że Związek Radziecki upadnie w ciągu najbliższych dwóch lat?" (przypomnijmy, mamy lata 80. XX wieku). Badani eksperci mieli przypisać poziom prawdopodobieństwa wystąpienia konkretnych zdarzeń, które mogły się wydarzyć, ale nie musiały. Tetlock pytał badanych o sprawy z pogranicza gospodarki, stosunków międzynarodowych czy polityki. Zaznaczmy - naukowiec nie pytał "czy coś się zdarzy", tylko "z jakim prawdopodobieństwem to może się zdarzyć".

        Co ciekawe, analitycy nie zgodzili się, aby ich nazwiska zostały upublicznione. Uśredniona trafność prognoz była zbliżona do trafności przewidywań robionych przez zupełnych laików.

        Jeżeli więc dziś zadalibyśmy to samo pytanie o przyszłość (na przykład o prawdopodobieństwo rozpadu Federacji Rosyjskiej w ciągu dwóch najbliższych lat) grupie tęgich głów z organizacji międzynarodowych, amerykańskiej administracji, korporacji i think tanków oraz grupie przechodniów - uśredniając - otrzymalibyśmy takie same odpowiedzi.

        Cofnijmy się teraz do roku 1907, kiedy to polihistor – zajmował się m.in. meteorologią, medycyną, statystyką, niesławną eugeniką i antropologią - Francis Galton, kuzyn Karola Darwina, podczas pikniku zebrał 787 oszacowań jego uczestników na temat… masy wołu, który wygrał konkurs. Choć nikt nie trafił dokładnie, to uśrednione oszacowanie było zaskakująco precyzyjne. Wół ważył 1198 funtów, a średnia z zebranych przypuszczeń wynosiła 1200 funtów.

        CDN...
        • diabollo Re: Po co nam eksperci? 06.01.25, 07:08
          Różnica zaledwie 0,2 proc. - całkiem niezła dokładność jak na zwykłych ludzi zebranych na wiejskim festynie na początku XX wieku. Zjawisko to - piszą Kahneman, Sunstain i Sibony - nosi nazwę mądrości tłumu i zostało potwierdzone w wielu późniejszych badaniach.

          Chodzi o to, że trafność przewidywań ekspertów bywa zbliżona do trafności przewidywań zwykłych ludzi zaczepionych na ulicy.
          Czy też zbliżona do - jak ujął to w słynnym bon mocie profesor Tetlock – celności szympansa rzucającego strzałkami do tarczy.

          Minister ekspert przyczynił się do brexitu, ale nie ufa ekspertom
          W 2016 roku w kampanii poprzedzającej brexit Michael Gove mówił, że „społeczeństwo ma dość ekspertów". Ważny polityków torysów wykazał społeczny nerw, wyczuł spadające zaufanie ludzi do profesjonalnych analityków.

          Przyczyną tego jest zapewne nie tyle świadomość obywateli, że eksperci są omylni, ile rozdrażnienie faktem, że media i politycy nierzadko powołują się na chłodną eksperckość, by uzasadnić niepopularne społecznie pomysły lub stan rzeczy, w dodatku w paternalistyczno-wyższościowym tonie. Niemniej na powyższych przykładach widać, że ta nieufność całkiem często jest uzasadniona.

          Znów wraca refren: czy więc eksperci nie są nam potrzebni? Może potrzebna jest nam tylko bardziej radykalna demokracja? Bo co, jeśli ci wszyscy eksperci, a przynajmniej duża ich część, jest funta kłaków warta. A ich praca opiera się głównie na wydawaniu autorytatywnych, mających pozory merytoryczności opinii uzasadniających ich bardzo wysokie wynagrodzenia?

          Na marginesie - Gove, który w swoim CV ma między innymi kierowanie resortami edukacji, sprawiedliwości i środowiska, sam jest swego rodzaju ekspertem; pracując w administracji publicznej, również w jakimś stopniu musi nim być. I również pełniąc swoją funkcję, słuchał zawodowych ekspertów, a nie taksówkarzy. Żadnemu taksówkarzowi również swojej pozycji zawodowej nie oddał.

          Zacznijmy od tego, że różnice w osądach ekspertów, czy będą to sędziowie, eksperci od daktyloskopii, biznesmeni, maklerzy giełdowi, prawnicy czy lekarze, to tytułowy „Szum" z książki Kahnemana, Sibony’ego i Sunsteina.

          Jak go ograniczyć? Istnieją techniki zależne od konkretnej aktywności, ale uniwersalnym sposobem jest – niestety tak - więcej reguł. Bo reguły ograniczają uznaniowość.

          Na propozycję „więcej reguł" ludzie reagują alergicznie, twierdząc, że taki sposób podejmowania decyzji jest „nieludzki" i utrudnia zwracanie uwagi na niuanse.
          Problem w tym, że zazwyczaj przeceniamy „nietypowość" konkretnych przypadków. Czy to sprawa karna, czy ocena ryzyka finansowego spółki, czy oszacowanie, ile czasu zajmie napisanie tekstu do „Wolnej Soboty". Rzeczywiście niektóre teksty piszę szybciej, a inne wolniej, ale ten rozstrzał wcale nie jest duży.

          Oczywiście, jak wszystkim, zdarza mi się oszukiwać samego siebie, że tym razem wykonam robotę sprawniej. Jednak po pewnym czasie zderzam się z typowością świata - rzeczy, które zdarzyły się już kilka razy, z dużym prawdopodobieństwem powtórzą się w przyszłości. Tekst, który chciałem napisać w dwa dni, choć wcześniej pisałem podobne artykuły w trzy lub cztery dni, prawdopodobnie napiszę właśnie w trzy lub cztery dni.

          To ma zastosowanie niemal do wszystkiego: tego, ile wydamy pieniędzy w danym miesiącu, ile przebiegniemy podczas joggingu, po jakim czasie będziemy musieli kupić pastę do zębów oraz na przykład tego, czy mężczyzna, który prosi o dziesiątą szansę, naprawdę w końcu się zmieni. Wskazówka - jeśli dałaś mu szansę kilka razy i zawsze wychodziło na to samo, niemal na pewno scenariusz się powtórzy.

          Dodatkowo z naszej skłonności do traktowania spraw jako „nietypowych" biorą się rozjazdy w osądach, które powinny być zgodne – jak w przypadku dwóch fałszerzy czeków, gdy za podobne przestępstwo jeden dostał 180 razy dłuższą odsiadkę niż drugi.

          No i wadliwe reguły mają też tę zaletę, że można je korygować, co w przeciwieństwie do korekty uznaniowej decyzji pozytywnie reguluje cały system.
          Ale nawet najbardziej szczegółowe reguły stosują ludzie, dlatego nie da się całkowicie wyeliminować elementu uznaniowości. Czyli osądu. Tu warto przytoczyć rozróżnienie, którego dokonują Kahneman, Sibony i Sunstein.

          Twierdzą, że osądy można podzielić z grubsza na prognostyczne i te „z autorytetu". Te pierwsze można odnieść do obiektywnych wartości, przy czym słowo „prognostyczny" nie musi, choć może, odwoływać się do przyszłości. Na przykład diagnozę zapalenia płuc można traktować jako sąd prognostyczny, ponieważ występuje możliwość jej weryfikacji na wiele sposobów. Dopóki jednak nie zostanie potwierdzona testami, dopóty mamy do czynienia z pewnym założeniem, hipotezą. Podobnie jest z osądami z gatunku „czy za dwa lata upadnie Związek Radziecki". Również i tu w pewnym momencie nastąpi weryfikacja hipotezy.

          CDN...
          • diabollo Re: Po co nam eksperci? 06.01.25, 07:10
            Osądy „z autorytetu" są o wiele trudniejsze lub w ogóle niemożliwe do weryfikacji. To na przykład te odnoszące się do szeroko rozumianej sztuki. Opinie krytyków literackich są osądami „z autorytetu", bo nie ma ostatecznie rozstrzygających kryteriów, które pozwoliłyby sprawdzić, czy recenzenci „mają rację". Erudycja kilku spierających się o jakieś dzieło krytyków może nam imponować, ich dyskusje mogą być intelektualnie pobudzające, ale ostatecznie nie ma żadnego twardego odnośnika, który powiedziałby, że ta krytyczka ma rację, a tamten krytyk się myli.

            W świecie sztuki nie ma ostatecznych kryteriów weryfikacji, jest więc narażony na jeszcze większą uznaniowość, mody, politykę i środowiskowe przepychanki niż inne dziedziny aktywności poznawczej. To prawdopodobnie dotyczy sporej części świata ekspertyz "z autorytetu".

            Dobry prognosta nie jest ani socjalistą, ani liberałem, ani konserwatystą
            Sądy prognostyczne mają też tę cechę, że można (i należy) je testować. Wróćmy teraz do analityków, którzy przepowiadali przyszłość w badaniu Philipa Tetlocka. Choć w całym projekcie – uśredniając - trafność prognoz była zbliżona do rzutu monetą, to nie wszyscy analitycy mylili się w ten sam sposób. Była grupa, która systematycznie wypadała lepiej. Jak tego dowiedziono?

            Przez lata od każdego eksperta zbierano setki prognoz najróżniejszych wydarzeń na świecie. Każdy analityk przypisywał konkretnemu zdarzeniu odpowiednie prawdopodobieństwo wystąpienia, na przykład (z zastrzeżeniem, że nie wiemy, czy ktoś taką prognozę postawił; według wielu wspomnień politolodzy byli raczej zaskoczeni tempem rozwoju wypadków): „Oceniam prawdopodobieństwo upadku ZSRR w ciągu dwóch lat na 90 proc.".

            Jeżeli mamy odpowiednio dużą bazę przewidywań poszczególnych osób, możemy sprawdzać ich jakość. Jeżeli na 100 zjawisk, którym analityk przypisał 90 proc. szans na wystąpienie, rzeczywiście wystąpiło 90 zjawisk, mielibyśmy do czynienia z boską wiedzą – ale chodzi o to, że im lepiej pokrywało się szacowane prawdopodobieństwo z późniejszą rzeczywistością, tym lepszy był prognosta.

            Tetlock w swojej książce pokazuje, co zwiększa prawdopodobieństwo, że będzie się dobrym prognostą. Przede wszystkim dobrzy progności są po prostu inteligentniejsi niż średnia. Nie jest to warunek konieczny, ale wśród najlepszych prognostów – superprognostów, jak ich nazywa badacz - jest ogromna nadreprezentacja osób z wysokimi kompetencjami poznawczymi.

            Potrzebna jest też umiejętność rozbierania danego zagadnienia na czynniki pierwsze i przyglądania się prawdopodobieństwom wystąpienia każdego z nich. Wróćmy do przykładu z upadkiem ZSRR.

            Możemy ten problem podzielić na takie kawałki jak: stan walki frakcyjnej (a ten kawałek na kolejne mniejsze - która frakcja we władzach przeważa: reformatorów czy jastrzębi, jak wygląda trend wewnątrz poszczególnych obozów, komu przybywa, a komu ubywa zwolenników), sytuacja gospodarcza i pejzaż geopolityczny. Każdemu z tych czynników należy przypisać jakieś wagi i zastanowić się, jak się sumują. Jak widać, to fascynująca zabawa intelektualna, która wymaga cierpliwości i poznawczej samodyscypliny.

            Tetlock mówi też, że przewagę w prognozowaniu mają te osoby, które

            myślą w sposób bardziej pragmatyczny, to znaczy nie są więźniami jednej – wszystko jedno, czy liberalnej, socjaldemokratycznej czy konserwatywnej - wizji świata.
            Jednocześnie – przynajmniej w przypadku ekspertów orzekających o przyszłości – musimy pamiętać o jednym: prognozowanie jest cholernie trudnym zadaniem. Nawet osoby bardzo dobrze wytrenowane popełniają wiele błędów, ponieważ – tu banał, ale kluczowy – rzeczywistość jest niesamowicie złożona i niektóre niewielkie wydarzenia zmieniają diametralnie ustawienie pionków na planszy.

            Obywatele są równi, więc eksperci kłócą się z demokracją?
            Wróćmy teraz do mądrości tłumów. To prawda, że oszacowania tłumu są z reguły o wiele bardziej trafne niż oszacowania każdego człowieka z tłumu z osobna. Oszacowania tłumu ekspertów jednak, zwłaszcza dobrze wytrenowanych ekspertów, są znacznie trafniejsze niż oszacowania tłumu nieekspertów

            Anonimowa agregacja opinii to zresztą jedno z zaleceń autorów „Szumu" – jakość osądów poprawia się, kiedy eksperci nie wiedzą, jakie opinie wydali inni eksperci, w przeciwnym razie kończy się kaskadą błędu potwierdzenia jak w przypadku odcisków Brandona Mayfielda.

            CDN...
            • diabollo Re: Po co nam eksperci? 06.01.25, 07:11
              A więc eksperci przewidujący przyszłość koniec końców są lepsi niż zwykli ludzie. Czyli spostrzeżenie Gove’a, że „ludzie mają dość ekspertów", nie oznacza, że eksperci są nieskuteczni. Owszem, bywają, i to zaskakująco często, ale i tak w formułowaniu prognoz są skuteczniejsi niż nieeksperci.

              Nie jest więc tak, jak uważają radykalni populiści, że „zwykły człowiek wie najlepiej", ale nie jest też tak, jak wyobrażają sobie orędownicy technokracji, że „należy oddać ważne sprawy ekspertom".
              Tę kwestię podnosi Julian Reiss w tekście „Why Do Experts Disagree?". Filozof z Uniwersytetu Johannesa Keplera w Linzu zauważa, że w demokracji zasadniczo istnieje problem z ekspertami. Słuchanie ekspertów jest w pewnym sensie sprzeczne z „jedną z najgłębiej osadzonych zasad demokracji, a mianowicie z równością wszystkich obywateli".

              Jego zdaniem istnieją trzy drogi, które można obrać w tym kontekście. Populistyczna czy też radykalnie demokratyczna – odrzucenie rad eksperckich i oddanie całej władzy w ręce mądrości tłumu. Równie skrajna „oświecona tyrania ekspertów". I trzecia opcja, realizowana w większości krajów, które uważamy za rozwinięte, czyli rodzaj „demokracji deliberatywnej", gdzie waży się głosy i strony społecznej, i strony eksperckiej (to, gdzie jest decyzyjny punkt ciężkości, to inna sprawa).

              Jeśli więc mówimy o ekspertach w kontekście analizy skutków polityk publicznych oraz tworzenia najbardziej trafnych ich wersji, to eksperci są nam potrzebni. Tylko naprawdę dobrze wyszkoleni i świadomi swojej omylności.

              Bo – na co również wskazują badania – samo miano eksperta sprawia, że przeszacowujemy swoją zdolność oceny sytuacji.
              A jednocześnie niektórych rzeczy eksperci nie rozstrzygną. Dyskusja o ogólnym kształcie państwa to dyskusja nieco podobna do tej, w której spierają się krytycy literaccy. W demokracji jednak rozstrzygającym głosem jest głos większości. Z czym zapewne nie zgodziłaby się część ekspertów.

              Redagował Marek Markowski

              Właśnie ukazała się książka "Ile trzeba zarabiać, żeby być szczęśliwym. Oraz 12 innych pytań o ekonomię i naszą przyszłość" - dostępna w dobrych księgarniach oraz w formie e-booka na Publio.pl - w której Kamil Fejfer i Łukasz Komuda opowiadają o problemach współczesności. Czy ZUS wkrótce upadnie? Dlaczego na świecie rodzi się coraz mniej dzieci? Dlaczego uważamy, że Polska zmierza wprost do piekła, skoro od dekad w naszym kraju poprawia się niemal wszystkim? Od czego zależą nasze pensje? Czy sytuacja mieszkaniowa jest tak zła? To tylko niektóre z setek pytań, na które autorzy szukają odpowiedzi, starając się wyjść poza bańki informacyjne.

              wyborcza.pl/magazyn/7,124059,31490370,wiedza-na-ktora-ekspert-powoluje-sie-dzis-bedzie-nieaktualna.html#S.MT-K.C-B.1-L.1.duzy
              • grzespelc Re: Po co nam eksperci? 06.01.25, 17:59
                Bardzo niespójny i nielogiczny tekst.

                Jeśli mi ktoś powie, że oddawanie budowy mostów inżynierom jest niedemokratyczne, to po prostu zaqrwię z laćka i poprawie z kopyta.

                Problem z tzw. ekspertami jest często taki, że tzw. nauki społeczne są w dużej mierze spekulatywne, w dodatku myli sie często ideologię z nauką, tak jak tzw. neoliberalizm, który przecież w ogóle nie ma jakichkolwiek walorów naukowych. Więc niejednokrotnie za ekspertów sie podają lobbyści, a niestety media nie potrafią albo nie chcą tego dekonstruować.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka