Dodaj do ulubionych

W kryształowej kuli

27.05.26, 07:14
Wojciech Orliński

W kryształowej kuli

Moja prognoza jest taka: gospodarcza katastrofa wreszcie się wydarzy i doprowadzi do niewypłacalności rosyjskiego państwa, ta zaś – do masowych buntów i dezercji. Front się rozsypie jak w ostatnich dniach pierwszej wojny światowej.
Znów poruszę temat wojny w Ukrainie, bo – jak już pisałem – uważam ją niezmiennie od początku za Rzecz Najważniejszą. Przyszłość świata, a na pewno naszego zakątka Europy, zależy od tego, jak to się skończy. Wydaje mi się, że widać światełko w tunelu, więc zaryzykuję felieton wróżbiarsko-prognostyczny.

Publicyści i analitycy po naszej stronie od lat snują wizje gospodarczego upadku Rosji. Jak wiadomo, niestety, nie nastąpił do dzisiaj. Od paru miesięcy widać jednak kolosalną zmianę: nie mówimy już o tym my, tylko oni. Śledzę rosyjskie media oraz tzw. militarnych blogerów – nieoficjalnych, ledwie tolerowanych, ale znakomicie poinformowanych dzięki kontaktom na froncie. Kiedyś w kółko klepali formułkę „specjalna operacja wojskowa postępuje zgodnie z planem, wszystkie zadania zostaną wypełnione”. Ostatni raz słyszałem ją jakiś rok temu, teraz wyczytuję u nich same jeremiady: że jeśli dalej Rosja będzie wojować tak jak teraz, to przegra.

Do niedawna ludzie mówiący takie rzeczy kończyli albo w więzieniu (jak niesławny Igor Girkin, który dowodził hybrydową inwazją w 2014 r., a potem zaczął krytykować Putina za marnowanie jego osiągnięć), albo przydarzała im się jakaś dziwna katastrofa, jak Prigożynowi. To swoją drogą niesamowite, że w Rosji nikt do dzisiaj nie ośmiela się wyrazić publicznie jakiejkolwiek wątpliwości, że to był wypadek. Aż tak głęboko mają wmłotkowaną wiedzę, że kto zadaje takie pytania, ten kończy jak Politkowska.

Kwestionowanie nieomylności Wodza zrobiło się ostatnio bezkarne. Niejaki Ilja Remesło, bloger turbopatriotyczny, w marcu ogłosił, że stracił wiarę w Putina – w słowach tak dosadnych, że nie wypada przytaczać. Gdy zamknięto go w szpitalu psychiatrycznym, myślałem, że to już jego koniec, pewnie wypadnie przez zamknięte okno albo się zadławi kością z kurczaka, jedząc pulpety wieprzowe. Ale wyszedł, dalej krytykuje Putina i nic go na razie złego za to nie spotyka. Kiedyś nie do pomyślenia.

O problemach z gospodarką mówią już wszyscy. „Prawda” usiłuje przerabiać złe wiadomości na dobre, np. głosząc, że recesja to zapowiedź nadchodzącego wzrostu (jak u Erenburga, „skoro zwalniają, to znaczy, że będą zatrudniać”). Że w Rosji jest kryzys gospodarczy, temu nie zaprzecza już nikt. Niektórzy najwyżej snują nierealne nadzieje typu „wszystko się poprawi dzięki nowej umowie z Chinami”, a gdy Putin tej umowy jednak z Pekinu nie przywozi, wymyślają sobie coś nowego.

Co do sytuacji na froncie, nikt już nie twierdzi, że Rosja jest w stanie osiągnąć strategiczne przełamanie. Rosyjscy blogerzy tłumaczą: Ukraina wygrała wyścig zbrojeń w technologii dronów, dzięki czemu udało się jej wydłużyć „strefę śmierci” do 100 km. Aż tak daleko od frontu fruwają autonomiczne drony takie jak Hornet, nazywany przez Rosjan „Marsjaninem” – kierowany sztuczną inteligencją, zabija wszystko, co uzna za żołnierza albo wojskowy transport. Zaopatrywanie frontu stało się samobójczym zadaniem, a to wyklucza większe ofensywy. Pozostaje przesuwanie się o sto metrów tu, by stracić dwieście gdzie indziej.

Blogerzy szukają rozwiązań. A może masowa mobilizacja? A może atak na Łotwę? A może zniszczyć satelity systemu Starlink? A może atomówka? Wytykają jednak sobie nawzajem, dlaczego to wszystko jest nierealne. Zostaje więc, co niechętnie przyznają, szukanie porozumienia pokojowego. Nie chcą jednak zrezygnować z postulatu, żeby Ukraina oddała im bez walki fortece w Donbasie. Ich propaganda wmówiła im (oraz zapewne także Putinowi), że to realne. Przez cały rok żyli tą absurdalną nadzieją, teraz do nich dociera, że to się nie uda, ale nie mają żadnego „planu B”.

Tymczasem od paru miesięcy nie ma dnia, żeby jakaś rosyjska fabryka albo rafineria nie stanęły w płomieniach. Sytuacja gospodarcza będzie się więc pogarszać. W Ukrainie też nie jest różowo, ale dzięki pomocy z Unii Europejskiej pieniądze się jej szybko nie skończą. Rosja zaś za wszelką pomoc musi płacić w twardej walucie, której nie może sobie tak po prostu wydrukować.

Moja prognoza jest więc taka: gospodarcza katastrofa wreszcie się wydarzy i doprowadzi do niewypłacalności rosyjskiego państwa, ta zaś – do masowych buntów i dezercji. Front się rozsypie jak w ostatnich dniach pierwszej wojny światowej, gdy niemieccy żołnierze chcieli wrócić do domu i oddawali broń cywilom, jak choćby w okupowanej Warszawie. Nim to nastąpi, Putin może spróbować czegoś szalonego z repertuaru fantazji „milblogerów”. Atomówka, mobilizacja, atak na kraje NATO. Może to być dla nas przejściowo bolesne, ale przecież upadek gospodarczy Rosji tylko przyspieszy. Moja kryształowa kula pokazuje mi więc koniec wojny nie w postaci wielkiej finałowej bitwy, lecz krachu bankowego i niewypłacalności. I to już niedługo: może ten rok, może następny.

Ciekawe, co o tym felietonie myśli czytelnik z przyszłości, przeglądający stare roczniki „Polityki” w roku dajmy na to 2050. I co, bardzo się pomyliłem?

Polityka 22.2026 (3566) z dnia 26.05.2026; Felietony; s. 88
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka