Są tacy, którzy uważają, że nie, nie ma przypadków, są tylko znaki.
Znaki jak znaki, ale co do przypadków, to kiedy pracowałem w cukrowni w Chełmży, to na początku września podjechałem nad jezioro z drugiej strony blisko plaży Stolbudu – fajne, spokojne miejsca – i przez przypadek spotkałem koleżankę z klasy
Serio. Była tam sama, a ja do niej zagadałem, że jak na wrzesień to jeszcze ciepłe dni. Nie poznałem jej. No i w trakcie rozmowy powiedziałem jej, że nie jestem z Chełmży, ale kiedyś chodziłem tu do szkoły – to ta historia, gdy mama w 1984 leczyła się w sanatorium. No i okazało się, że chodziliśmy do jednej klasy

Później jeszcze raz się spotkaliśmy, a po sezonie cukrowniczym wróciłem do Ostrowa.
Do dzisiaj mnie to śmieszy. Jedziesz na pustą plażę i spotykasz koleżankę, której nawet nie poznajesz.