pamika82
07.04.13, 11:30
Jak w tytule. Generalnie natłok spraw, które muszę w tej chwili ogarnąć (a z przyczyn opisanych poniżej nie mogę), "świeżość" diagnozy i cała masa innych danych składają się na fakt, że jest mi kurcze trudno i jestem jakby zagubiona. Pisząc ten post muszę się wygadać ale też liczę na jakieś rady, wskazówki, jak Wy postąpilibyście na moim miejscu.
Otóż sprawa ma się tak. Kończył mi się urlop wychowawczy, więc musiałam złożyć wniosek o powrót do pracy. Praca dobra, pewna, stabilna firma, niezłe pieniądze, umowa o pracę itd więc żal było rezygnować, tym bardziej, że pieniądze jak każdemu są nam potrzebne, a nam tym bardziej, bo za pół roku chcemy starać się o kredyt. Zbiegło się to w czasie kiedy mój niepokój o młodszego synka nasilał się i kiedy zaczęło się to przekładać na jakieś działania - jakoś wtedy umawiałam się na pierwszą wizytę w poradni. Rozmawiałam z dyrektorem swojego regionu i przeczuwając jak się sprawy potoczą, zapytałam czy byłaby możliwość skrócenia czasu pracy, tj przejścia na część etatu. Odpowiedział, że o ile nie jestem matką karmiącą, samotnie wychowującą dzieci lub mamą dziecka niepełnosprawnego (!) nie ma takiej możliwości w naszej firmie, co wynika z charakteru pracy (pracuję w oddziale dla klientów otwartym 9-17). Złożyłam więc wniosek o przyjęcie z powrotem, a w międzyczasie szukałam sobie jakiejś innej pracy, że a nóż widelec znajdę miejsce, gdzie będę mogła pracować krócej ale godnie. Dostałam kilka ofert i fakt, praca krótsza ale z godnością zatrudnienia nie mająca wiele wspólnego. Umowy zlecenie, brak podstawy, albo stawka godzinna w granicach 7-9 złotych brutto. Stwierdziłam, że w tych czasach lepszej pracy od tej jaką mam nie znajdę, więc po prostu muszę ją trzymać. Więc wróciłam. W międzyczasie dostaliśmy diagnozy dla synka. Autyzm dziecięcy, autyzm wysokofunkcjonujący, PDD-NOS. Staramy się o orzeczenia i opinie z PPP, żeby zmienić małemu przedszkole. Wiadomo, ile z tym zachodu. Chodzimy po lekarzach, neurologach, psychiatrach, robimy badania - eeg, candida, genetyczne. Szukamy terapii, przedszkola, rozmawiamy z ich dyrektorkami. Będziemy się starać o orzeczenie o niepełnosprawności. Z resztą sami najlepiej wiecie ile jest tego wszystkiego do ogarnięcia w czasie po uzyskaniu diagnozy. Teraz musiałam wyjechać na szkolenie z pracy 500km od domu, takie wprowadzające, bo miałam przerwę prawie 6 letnią (mamy 2 dzieci). Szkolenie trwa 3 tygodnie, na weekendy wracam do domu. Właśnie wróciłam i złapałam niezłego doła. Pomijając fakt, że sam powrót do pracy po tak długiej przerwie jest mega stresujący i minimalnie surrealistyczny (z rozmów o kupkach, zupkach i Bercie i Ernim przejść do rozmawiania o inwestowaniu w produkty ustrukturyzowane - ciężka sprawa), to jeszcze mam wyrzuty sumienia. Że nie mam czasu i nie dam rady tego wszystkiego co jest do zrobienia zrobić. Że nie będę miała czasu dla swojego dziecka, dzieci. Że nie będę miała głowy. Głowy i czasu do terapii, do zabawy, do dbania o nich, o niego. Że robię źle, mimo że praktycznie robię to dla nich, dla ich dobra, bo pieniądze potrzebne będą, teraz tym bardziej bo to wszystko strasznie kosztuje. Że Go opuszczam w momencie kiedy jestem mu najbardziej potrzebna. I takie tam.. Nie wiem jak z tego wszystkiego wybrnąć generalnie. Za dużo się dzieje i działo w ostatnim czasie po prostu. Nie wiem czy wrócić na wychowawczy i dokończyć załatwianie spraw (został mi z miesiąc, a jak byłoby orzeczenie to kolejne kilka lat...). W tej chwili myślę, że pójdę, wrócę, postaram się zrobić dobre wrażenie przez jakieś 2-3 mce i wystąpię z wnioskiem o skrócenie wymiaru pracy (zgodnie z tym co powiedział dyrektor w czasie pierwszej rozmowie o takiej możliwości gdybym hipotetycznie miała dziecko niepełnosprawne) i jakoś przełknę ten trudny czas. Nie widzę innego wyjścia. Wiem, że może brzmi to niefajnie, że może teoretycznie powinnam się w tej chwili całkowicie poświęcić dziecku, jego terapii, która teraz powinna być najbardziej intensywna ale mam nadzieję, że jasno wytłumaczyłam swoją sytuację. Nie wracam dla siebie. Mam w nosie karierę i te sprawy. Wracam dla swojej rodziny. Dla kasy jednym słowem. Naprawdę ciężko pogodzić te dwie sprawy :( Na tą chwilę mam pracować w godzinach 8.30-17.30 (licząc z dojazdami). Mały będzie w przedszkolu do 16-17 (mąż też pracuje). W nim mamy zamiar zorganizować dla niego terapeutę po 3-4 godziny dziennie. Potem myślę o terapeucie z mopsu lub także prywatnie w domu na kilka godzin w tygodniu, może logopeda, co będzie potrzebne. No i sama, jeśli dam radę, będę z nim pracować, jak dowiem się jak, ale na pewno nie będę mogła poświecić tyle czasu ile bym chciała. Teraz też chodzi do przedszkola do 16 (już od prawie roku) i znosi to dobrze. Ech. Może macie jakieś lepsze pomysły...?
I PS: Czym jest cień w przedszkolu, dla jakich dzieci jest on potrzebny i jak można go załatwić (państwowo lub prywatnie)?
Dzięki z góry za wszystkie wpisy.