Dzien Pierwszy
Dojazd do lotniska we Frankfurcie okazal sie w tym wszystkim prosta zabawa...pociag zatrzymal sie na lotnisku i po kilku kilometrach wedrowki w koncu osiagnelam cel... ha... terminal 1... ale odlot mial byc z terminalu 2 - ostatni bus jadacy do tego terminalu odjechal sobie wlasnie 5 minut wczesniej - a wiec? nastepny za 4 godziny

Aaaa jest jeszcze tzw. shuttle - ktory laczy te dwa terminale, taki napowietrzny pociag - gdzie? aaaa... tego nikt nie wie - tysiace ruchomych schodow, tysiace jezdzacych tasm...w koncu JEST... odchodzi za sekund 480 - dobre i to.
Terminal 2 - czasu sporo, jakas rakieta ustawiona dekoracyjnie na srodku..obok restauracja, mam i net, i caly czas wiadomosci z Japonii...smutne
Ale ja nie o tym przeciez...
Eee nie jest tak zle - bagazu sie juz pozbylam, ciazy mi juz tylko laptop - ale to w koncu mam na wlasne zyczenie...
Przygladamy sie temu co dzieje sie na plycie lotniska, ruch samochodowy taki jak na autostradzie w godzinie najwyzszego szczytu...czekamy...juz jest spoznienie. W koncu mozna sie ruszyc, wszyscy rzucaja sie ustawiajac sie w do kolejki, tworzac zator - tak jakby samolot mial odleciec bez nich. Postanawiam sobie poczekac, niech sie pchaja, niczego to nie zmieni..jesli wsiade do autobusu dowozacego do samolotu ostatnia, wysiade pierwsza

No i w koncu, juz - samolot zapelniony, maszyny ida w ruch i zaczyna kolowac, tzn. nawet nie wiem czy to bylo kolowanie, bo mnie sie juz glowie kolowac zaczelo, jezdzimy po lotnisku to tu to tam, zawracamy, jedziemy do przodu w koncu po chyba 20 minutach stwierdzilam, ze my chyba tym samolotem mamy jechac do Turcji...juz tyle kilometrow zdazyl przejechac

oderwal sie w koncu od ziemi, troche po drodze hustalo...chwilami lecielismy, juz krotko przed ladowaniem, tak blisko gor Taurus, ze wydawalo mi sie ze sie o nie ocieramy, ich szczyty byly tuz pod nami...
Jestem - a tutaj jest pieknie - pogoda, marzenie...
c.d. nastapi

p.s. zdjecia to ja uzupelnie po powrocie - ten net uniemozliwia mi adresacje