m.maska
23.12.13, 11:58
I kiedy czytam dzisiaj o tych wszystkich przygotowaniach i o tym szaleństwie przedświątecznym to stają mi przed oczami te Święta z czasów kiedy byłam dzieckiem, potem nastolatką a jeszcze później młodą kobietą.
Rodzina, rodzinne nudne wizyty, spotkania, gadanie, wspominanie minionych czasów, po ray setny i tysięczny...
Przy stole nie było i tak nigdy nadmiernej ilości gości - na szczęście... może dziesięć, może dwanaście osób - maksymalnie. Najbliższa rodzina.
Cieszyłam się na Święta jako dziecko? jasne... przecież będą prezenty pod choinką.
Prezenty ale dopiero po Wigilii, więc tę procedurę trzeba było jakoś przetrzymać. No i smakołyki na stole, których nie było cały rok
Ale pamiętam też moją umęczoną przygotowaniami babcię, która w ostatniej chwili, zanim usiadła do stołu, zdejmowała fartuch kuchenny i przebierała się, kiedy na wszystkich palnikach coś jeszcze się dogrzewało i dogotowywało. Pamiętam też mamę, która tego dnia zwykle przynosiła choinkę, bo pracowała w miejscu do którego te choinki przywożono dla pracowników z Nadleśnictwa... i te pływające w wannie ryby - których mordowanie odbywało się za zamkniętymi drzwiami, żeby dzieciaki tego nie oglądały.
W dni świąteczne pojawiali się krewni, może dla nich to były radosne spotkania - chociaż przecież nie takie znowu wyjątkowe... bo spotykali się nie tylko podczas Świąt. W pierwszy dzień Świąt z tej radości, że przyjdą ciotki z córkami - urywaliśmy się od tej "cudnej" świątecznej atmosfery i gnaliśmy na lodowisko zabierając równie nieszczęśliwe kuzynki, przywleczone przez krewnych - tam spędzaliśmy właściwie obydwa świąteczne dni. O dziwo lodowisko było w tych dniach zawsze bardzo zatłoczone - to pewnie z tej radości świątecznej wielu odpuszczało przesiadywanie za stołami.
I tak to było przez te wszystkie lata...
Umęczone babcia i mama - bo... trzeba przygotować, bo tradycja, bo przyjdą goście - "radość" wielka... nigdy się niczego nie wyrzucało po świętach - na szczęście... ale też nigdy na świątecznym stole nie było wódki - co najwyżej wino.
Tak więc, niech mi nikt nie mówi, że to taka radocha - bo niby jaka? Uroczyście to było w Wigilię a potem to były dni wolne.
O pasterce nie było mowy, nigdy nie byłam na pasterce... o tej porze było już ciemno, zimno a mama i babcia były szczęśliwe, że w końcu mogą usiąść i odpocząć.
Radosne Święta