O Andaluzji myślałam już od lat i kiedy w sierpniu okazało się, że AL będzie miała urlop w październiku stwierdziłyśmy, że trzy razy pod rząd Włochy to na razie wystarczy. Wprawdzie plany na Włochy jeszcze miałyśmy, a jednak zaczęłyśmy myśleć o zmianie kierunku.
W 2002 roku byłam w Andaluzji a właściwie byłam na wczasach w Marbelli na Costa del Sol – wtedy skorzystałam z okazji i zrobiłam jednodniowe wypady do Sevilli, Cordoby, Granady i na Gibraltar – były to organizowane wyjazdy, czyli zobaczyłam to co najważniejsze ale wciąż niewiele a już we własnym zakresie pojechaliśmy do Rondy, wtedy wypożyczyłam samochód na jeden dzień i ruszyliśmy do Rondy. Ronda jest niewielka, w starej części miasta nie można się zgubić. To nie były czasy systemów nawigacyjnych, ale nie było też niebezpieczeństwa zgubienia drogi.
Po tamtym pobycie wciąż myślałam o tym, żeby tam powrócić i zobaczyć to czego wtedy zobaczyć nie mogłam.
Tak się składa, że trasy naszych podróży już od dawna mam przed oczami, chodzi zwykle tylko o to, żeby się przyjrzeć czy przypadkiem na mapie na trasie nie ma miejsc o które jeszcze warto zahaczyć. Zwykle okazuje się, że jest ich więcej niż możemy czasowo zrealizować.
Byłam przekonana, że nasza „andaluzyjską pętlę” rozpoczniemy w Maladze. Nieustannie czyta się o lotach do Malagi – ale my lecimy z dwóch różnych lotnisk, więc musimy czasowo zgrać nasz przylot – okazało się, że w tej sytuacji Malaga odpadła, pozostało Jerez de la Frontera.
Jeśli jedzie się po pętli, to w ogóle nie gra żadnej roli w którym miejscu się tę podróż rozpoczyna.
Jerez de la Frontera okazało się wręcz idealnym wyborem, nasze samoloty lądowały w odstępie jednej godziny.