Chonorius Primcep siedział na tronie i narowiście przebierał nogami.
Ten niekontrolowany przejaw krańcowo napiętych nerwów odziedziczył po przodkach, a właściwie po jednym, tak starożytnym, że jak wieść niesie wypadł owego czasu z podogonia trojańskiego konia. Jego potomkowie ukrywali się ze wstydu przez wszystkie wieki, aby w końcu, przywłaszczając sobie herby w liczbie dwóch i pół, wywyższyć tego, który zasiadł na stolcu minikrólestwa.
Chonorius nie pokazywał się swojemu ludowi zbyt często, o nie!, uważał bowiem, że rzadki towar sprzedaje się lepiej i to nawet wtedy, gdy już zatęchły i otulony futerkiem pleśni.
Szybko poruszył nozdrzami (to też miał po pamiętnym koniu) i z przyjemnością załapał znajomy zapach. Nie dziwota - w czterech kątach nadgryzionej czasem, niewielkiej salki audiencyjnej dymiły Kazidełka.
I to jak dymiły!
- Wszyscy przybyli? - zapytał Primcep, omiatając poddanych przelotnym spojrzeniem. - Kleks, do nogi! - przywołał najwierniejszego z wiernych.
- Tak, panie, jestem! - zakrzyknął tenże, skwapliwie i szybko podczołgując się do podstawy tronu.
- Tylko nie oblizuj mi butów - zastrzegł władca - ostatnio zaraziłeś mnie w ten sposób grzybem i nasz znachor musiał mi amputować trzy palce - nawet lewatywa już nie działała. Lepiej powiedz, czy jesteśmy pierwsi.
- Pierwsi, piersi... cyce! - zamlaskał wniebowzięty Kleks tak głośno, że aż garstce obecnych pociekła z uszu wazelina. - Panie, muszę na stronę, mam namolny pomysł.
- A idź ty won! - Rozsierdził się Chonorius, kopiąc go w zad. - Tobie tylko jedno we łbie.
W salce zapadła cisza. Nawet Kazidełka, nie wiedząc co robić, ograniczyły dymienie do minimum. W tej niezręcznej sytuacji tylko minister sportu zachował spokój i skończywszy nadmuchiwanie zawieszonej na szyi opony rowerowej wygłosił, co prawda nie wiadomo dlaczego, jedną ze swoich sławnych fraszek:
pięć słowików na dachu
trzy rodzynki w ciachu
zadanie liczą kosy
byle do wiosny
- Senkju, senkju - zakrzyknęła radośnie Skarlała Łopianka, szturchając w bok ministra zdrowia Plagitatora Słupusa, ale ten udał, że nie wie o co chodzi, gdyż od zawsze uważał, że brawa należą się tylko i wyłącznie jemu.
Podszedł jednak do tronu i chociaż w twarzach tych obu widniała zapiekła od lat niechęć i pogarda, to jednak łączące ich wspólne interesy nie pozostawiały im innego wyjścia jak współpraca.
- Nie wiem o co ci tym razem chodzi, Primcepie - zagaił, ze szczególną lubością akcentując dwie ostatnie sylaby imienia - ale mniemam, że chcesz wyznaczyć ochotnika na marsz protestacyjny w obronie Zdziadziałych Komuchów. Nic z tego. Zima wróciła, a ja nie chcę odmrozić sobie tego i owego. Moja większa połowa też ma uraz do takich imprez, gdyż od ciągłego mrugania natychmiast wypadają jej wszystkie rzęsy.
Chonorius załamał ręce.
- Jeżeli nikt z nas się nie zgłosi, to nasze minikrólestwo straci ważnych promotorów, to oni wspierają nas dotacjami.
Słupus wydął tylko wargi w odpowiedzi na te rozdzierające słowa, ale Łopianka postanowiła ratować sytuację.
- Panie, nie będzie źle. Wykonam przepiękną laurkę i wyślemy ją do organizatorów z życzeniami powodzenia. Każde poparcie się liczy.Nie stracimy dotacji.
- Ty moja dwórko poczciwa - odezwał się wzruszonym głosem Chonorius , głaszcząc ją łaskawie po łepku - za taki pomysł należy ci się nagroda. Dlatego przyrzekam, że poszukam jakiegoś interesującego cytatu i wygłoszę go na następnej audiencji. Adieu.
I oddalił się Chonorius na czas niewiadomojaki, żegnany dymem Kazidełek i chchotem niewiadomoskąd.
cdn być może nastąpi