Gość: wealth
IP: *.adsl.inetia.pl
02.07.09, 10:23
Miliardowe rachunki za analfabetyzm matematyczny
Pomimo nobilitującej etykietki „królowej nauk” matematyka od lat przeżywa
kryzys zaufania. Samo wypowiedzenie tej nazwy wywołuje u niemałego odsetka
społeczeństwa konfuzję lub niechęć. Dziedzina powszechnie jawi się jako
niezrozumiała czy wręcz bezużyteczna. Tymczasem materialne straty z
matematycznego analfabetyzmu powstają niemal na każdym kroku i kumulują się w
grube miliardy.
Pieniądze traci nie tylko szeregowy obywatel wyobcowany ze świata liczb, ale
cała gospodarka, cierpiąca na chroniczny niedobór absolwentów nauk ścisłych.
Bycie matematykiem dziś nie jest trendy. Zasadnicza większość tytułuje się
humanistami, przy czym ile jest w tym faktycznego, kompetentnego humanizmu to
już całkowicie odmienna sprawa na miarę filmowych dywagacji o zawartości cukru
w cukrze. Rosnące współczynniki scholaryzacji ładnie wyglądają na graficznych
prezentacjach, wywołując poczucie dumy z dokonanego postępu. Jednakże
gospodarka jako taka czerpie z tego nikłe korzyści, ba ponosi wymierne straty.
Strukturalne niedopasowanie zdobywanych profili wykształcenia do ścieżki
gospodarczego rozwoju (znaczna liczebna nadwyżka „humanistów” nad
„ścisłowcami”) w połączeniu z drugo- bądź trzecioligową jakością studiów na
wielu prywatnych szkółkach „wyższych” li tylko z nazwy stanowi kluczowy
hamulec w postępie, ograniczając innowacyjność. Z kolei czołowe ośrodki
naukowe nie są w stanie zaoferować wystarczającej podaży absolwentów, by
pokryć zapotrzebowanie gospodarki na matematyków, fizyków czy programistów.
Zaniedbania sięgają wczesnego dzieciństwa
Bąbel spekulacyjny w nieruchomościach i hipoteczne harakiri
Bezprecedensową beztroskę w postaci kompletnego nieliczenia się z kosztami
wykazano w ostatnich latach, gdy dynamicznie pęczniała bańka na rynku
nieruchomości (nie tylko w Polsce zresztą). Tysiące rodzin poddały się
stadnemu wzorcowi myślenia, według którego należało kupić lokal choćby za
trzykrotność jego godziwej wartości, wspomagając się kredytem hipotecznym
zaciągniętym na pół życia. I to „najlepiej” denominowanym w rekordowo tanim
franku szwajcarskim, za namową sztabu tak zwanych doradców, którzy nie wiadomo
czy byli aż tak niekompetentni, czy też aż tak przebiegli, że wieścili wieczne
umocnienie złotego. Kompletnie zawiódł matematyczny i ekonomiczny zmysł, który
uśpił czujność wskutek biernej akceptacji narzucanej wizji nieodwracalności
trendów rynkowych panujących przez kilka wcześniejszych lat.
Najmniej ważna w tym całym szaleństwie była właśnie cena, która
niepostrzeżenie stała się horrendalna, byle tylko dostać mieszkanie po walce
na łokcie w komitecie kolejkowym. W rezultacie metr kwadratowy mieszkania u
szczytu boomu w 2007 r. na terenie większości dzielnic Warszawy czy Krakowa
przebił 5 tysięcy franków. Płacenie stawek sięgających kwartalnej pensji za ów
metr podbiło sumaryczną kwotę kredytu, a więc też wysokość rat płaconych nawet
przez 30 lat. Można szacować, że wychylenie cen od poziomu równowagi
rozpoczęło się już pod koniec 2004 r., przybierając kolosalne rozmiary w
latach 2006-2008. Dopiero od półtora roku trwa powrót do cenowej normalności,
który jest może na półmetku.
Trudno oszacować skalę przewartościowania mieszkań w tym okresie, tak samo jak
bardzo ciężko przybliżyć straty klientów indywidualnych wynikłe z bezmyślnego
przepłacenia. Mimo to, posiłkując się oficjalnymi danymi Związku Banków
Polskich można pokazać o jak gigantyczne sumy chodzi. W latach kulminacji
bąbla, czyli 2006-2007 udzielono łącznie 600 tys. kredytów hipotecznych na
kwotę ok. 100 mld zł. Optymistycznie załóżmy, że wszystkie one zostały
udzielone na 100 proc. wartości mieszkania. Ponadto równie ostrożnie
przyjmijmy przewartościowanie lokali o