beapil
14.11.12, 01:01
Dowiaduję się, że jestem w pierwszych tygodniach ciąży. Ogromna radość – mam ochotę podzielić się tym z całym światem. I dzielę się. Wszyscy nam gratulują. Pierwsza wizyta, piąty tydzień, słyszymy bijące serduszko maleństwa, które powstało z naszej miłości. Mija piąty tydzień, szósty, ośmy, jedenaty… Badanie kontrolne i wali się nasz cały świat… serduszko przestało bić, nie da się już nic zrobić… szpital, zabieg, dochodzenie do siebie…
I nagle słyszymy od lekarza – do 12 tygodnia proszę tą wiadomość zachować dla siebie. W tym czasie jest strasznie dużo poronień. Mijają kolejne tygodnie i wszyscy znajomi mówią nam: też nas to spotkało, też poroniłam w 5 tygodniu ciąży, też byliśmy w takiej sytuacji… Na moje pytanie każdy odpowiada: lekarz na samym początku kazał nam nie chwalić się nikomu dopóki nie będziemy w 12 tygodniu. Do tego czasu jest najwięcej poronień. Każdy siedzi cicho. Straci tą maleńką, najważniejszą cząstkę siebie i dalej milczy, cierpi w samotności, nie dzieli się tym z nikim, obwinia siebie… Dlaczego? Bo lekarz zalecił nikomu się nie chwalić…
Dlaczego nie mówimy o tym głośno. Dlaczego o tym nie rozmawiamy…
Gdybym od początku wiedziała, że spotkało to tyle samo osób dookoła co mnie, od początku byłoby mi łatwiej. Nie obwiniałabym siebie. Nie przepłakała tylu dni i nocy...
Mówmy o tym co się dzieje, co nas boli. Nie ukrywajmy tego. Nie wstydźmy się...