aquarius72
27.07.04, 09:27
Chodzi mi o kryzys wiary, a właściwie nie tyle wiary, bo ja nadal wierzę, co
o jakąś taką apatię. Wierzę, że istnieje Bóg, ale czy tak naprawdę obchodzi
Go co się z nami dzieje, czy pozostawia wszystko swojemu biegowi? A może ten
świat jest tak urządzony, że przeżywa ten kto silniejszy? Moje dziecko
umarło, bo było słabe, wyeliminowała je natura, po prostu czysty darwinizm.
Chodzę do kościoła, niby się modlę, ale wewnątrz jestem cała odrętwiała,
robię to jakoś tak "mechanicznie". Nie potrafię przeżywać jak dawniej radości
ze swojej wiary. Czuję się, jakbym była gdzieś na marginesie boskich
zamysłów, jakby o mnie zapomniał. Nie jest mi z tym łatwo...
Sorry za te mało optymistyczne przemyślenia, tak mnie czasem nachodzi...