ot_kobieta
21.04.05, 00:47
Przepraszam, że tak późno, ale wcześniej nie miałam odwagi. Zaglądam do Was
od marca. Nawet nie wiem ile razy kończyło się to płaczem. Kiedy zobaczyłam
dwie kreski cieszyłam się, choć strach był też wielki. Mam już jedno
dziecko. Chore i niepełnosprawne. Ale i tak poczułam sie wyjątkowo. Od razu
musiałam zameldować się w szpitalu. Ale jeszcze miałam nadzieję. Mimo tego,
że czułam, że nie przytulę mojego dziecka...
Stało się. Poroniłam. Zdążyłam już pokochać. Zatęsknić. Zapragnąć. Nawet
kołysankę zdążyłam zaśpiewać. Może dlatego zasnęło... Pojawiła się nadzieja.
Mimo bólu. Pojawiła się nadzieja, że jednak zdecydujemy się mimo strachu na
drugie dziecko. Podniosłam się. Zaczęłam od razu przygotowania. Witaminy,
kwas, dieta. Walka o kilogramy, bo tych wciąż za mało. Ale kiedy przyszedł
taki dzień, kiedy zaczęły sie kłopoty ze zwykłą codziennością, kiedy
usłyszałam, że musimy jeszcze zaczekać. Że może w przyszłym roku - poczułam
się jakbym znowu straciła. Nadzieję? wiarę? nie wiem co. Odstawiłam leki.
Przestałam jeść. Problemem jest zebranie się do codzienych zajęć, a żyć
trzeba. Chciałabym zasnąć i obudzić się, kiedy będę mogła już zacząć czekać.
Chyba wariuję. Nie wychodzę do ludzi. Na widok wózka zaciskam oczy. Odwracam
głowę. Unikam rodziny, bo małe dzieci i ciąże wokół. Czasem mam ochtę się
połózyć wśrodku dnia. Zaciagam rolety i usiłuję zasnąć. Ale sen nie chce
przyjść. Dotykam brzucha, który pusty. I płaczę.
Ile można płakać? Jak wrócić do wszystkiego? Jak wierzyć, że jeszczę będę
mamą?
I to cholerne poczucie winy...
Gdybym więcej ważyła. Gdybym nie dźwigała.
Gdybym wiedziała...
Przepraszam. Zalewam klawiaturę i obudzę mężą. Dobranoc.
Mika