Dodaj do ulubionych

co powiedzieć

27.07.05, 13:17
Drogie mamy,
jestem z wykształcenia psychologiem, moim marzeniem jest praca w szpitalu
ginekologiczno-położniczym w Warszawie... chciałabym się do niej dobrze
przygotować, bo wiem, że jest tam potrzebny, ktoś otwarty..
To jest moja prośba do Was. Przeczytałam już parę wątków i bardzo, ale to
bardzo poruszył mnie wątek "słowa, które nigdy nie powinny paść".
Jestem mamą 3 dzieci i nie byłam nigdy w takiej sytuacji jak Wy -
przeogromnie Wam współczuję...
Chciałabym prosić abyście wpisywały tutaj słowa, które właśnie według Was
powinny paść w takiej sytuacji...
Czego oczekiwałybyście od osób, które są przy Was w tej trudnej chwili?
Czy to milczenie?, Czy uściśk serdeczny?
Chciałabym to wiedzieć, żeby móc uwrażliwić innych ludzi - z którymi mam
nadzieję, będę niebawem współpracować...
I dlatego jeszcze jedna prośba, może jeszcze nie w tej chwili, ale chętnie
zmierzyłabym się z artykułem - może jakąś większą pracą i chciałabym
wykorzystać część postów w tych dwóch wątków, pytanie do Was czy mogę to
uczynić (np. anonimowo)?
Pozdrwaiam Was serdecznie
kasiula
Obserwuj wątek
    • jelvet Re: co powiedzieć 27.07.05, 14:48
      ja mzryłam o tym aby ktoś mi odpowiedział "Dlaczego"? tylko,że an to pytanie
      czesto nie ma odpowiedzi a od lekarza czy wszystkich innych ,ze im przykro,ze
      mnie rozumieja i ze sa ze mna bez pocieszania bedzie dobrze urodzisz nastepne
      itd..
    • gogo2 Re: co powiedzieć 27.07.05, 15:58
      Nie pisałam w poście "słowa, które nigdy...", ale wpiszę się tutaj. Tak
      naprawde każda z nas jest inna i każda potzrebuje usłyszeć coś innego. Ja z
      autopsji mogę napisać, że dla mnie najważniejsze jednak były słowa pocieszenia
      od kogoś kto cieszy się autorytetem -dobrego lekarza, położnej, rodziny. ja
      chciałam usłyszeć "będzie dobrze", usłyszeć o kobietach w podobnej sytuacji,
      które mają dzieci, wyszukiwałam takich informacji, szukałam takich osób,
      nawiązałam kontakty. To mi pomogło. Teraz sama chciałabym krzyczeć, że nam -
      kobietom po poronieniach też się udaje-mam 9 m-cznego syna. Dodam jeszcze,że
      jestem po 2 poronieniach
      pozdrawiam
      Gosia
    • lidek0 Re: co powiedzieć 27.07.05, 19:22
      na podforum poronienia na stronie www.dziecko-info.com jest wklejony post o
      pomocy psychologicznej po poronieniu i potrzebie takiej pomocy. Ja sama nie
      otzrymałam żadnej pomocy, naet pocieszenia ze strony lekarza, przysłano do mnie
      studentke, która sma źle czuła się w tej sytuacji.
    • dawida_24 Re: co powiedzieć 27.07.05, 23:28
      ja też nie otrzymałam żadnej pomocy, od początku ciązy gin uprzedzał mnie, że
      najgorsze są pierwsze trzy miesiące. Jakby coś przeczuwał. Ale ja o tym nie
      myślałam. Byłam pewna, że urodzę. Niestety, poroniłam w 11tyg, tydzień po tym
      jak na usg widziałam maluszka, ruszającego się już. Po wyjściu ze szpitala
      porycząłam się z mężem. I tyle. teraz mam problemy z zajściem. Zaczynam się tym
      denerwować, ale mąż jakby się tym nie przejmował. Nie potrafię z nim rozmawiać
      na ten temat. Nie wiem dlaczego. A chciałabym, żeby podszedł do mnie,
      zapytał, 'jak się czujesz?'pocieszył mnie, przytulił. Nie wiem, może ja za
      bardzo to wszystko przeżywam. Ale boli mnie to, że kiedy drugi raz poroniłam
      (5tyg) on spboe żartował, a ja siedząc z teściami z trudem powstrzymywałam łzy.
      To jest coraz bardziej nie do zniesienia dla mnie. Wszytsko we mnie buzuje,
      komuluje się....
      • gogo2 Re: co powiedzieć 28.07.05, 08:45
        Właśnie bardzo ważne jest też podejście męża. Może powinna być jakaś rozmowa
        lekarza z mężem jeszcze w szpitalu?
        A tak naprawdę czas leczy rany.........
        I jak powiedziała mi jedna wspaniała osoba wszystko w rękach Boga-co ma być to
        i tak będzie,wszystko jest zapisane u góry. Każde doświadczenie jest ma jakiś
        cel, uczy nas żyć.Nie zawsze jest taj jak się zaplanowało. Życie trzeba
        przeżyć. A na wszystko przyjdzie pora i odpowiedni czas
    • matylda.fm Re: co powiedzieć 28.07.05, 09:00
      każdy jest inny.
      Ja gdy sie dowiedziałam że dzidzia nie zyje i że czeka mnie zabieg. zadzwoniłam
      najpierw do męża a potem do mamy żeby powiedziała reszcie rodziny i żeby nikt
      nie ważył się do mnie dzwonić. Potrzebowałam świętego spokoju. Na szczęście
      uszanowali. Mój mąż leciał za sekretarkę, odbierał telefony i tłumaczył, ja nie
      byłam w stanie o tym mówić.
      Jak poczułam się gotowa sama zaczęłam rozmawiać.
      Najgorszym tekstem, który doprowadzał mnie do cholery były pocieszenia w
      stylu :jeszcze młoda jesteś będziesz mieć dzieci ( ale nie TO dziecko!!!wrrr)
      :ciocia ala, kuzynka zuzia i sąsiadka cioci jadzi tez tak miały a teraz mają
      dzieci ( JA straciłam dziecko i MNIE boli i inne mnie nie obchodzą!!!) wiem że
      chciekli dobrze i znosiłam to cierpliwie ale az we mnie buzowało.

      W szpitalu miałam świetną opieką ( no poza tym że jak leżałam po zabiegu
      słyszałam rodzącą kobietę. Ale to już wina projektanta szpitala a nie lekarzy.)
      Doktor jak mi powiedział że czeka mnie zabieg był bardzo taktowny, nie wkurzał
      się że płaczę, następnego dnia umówił się ze mną osobiście na izbie i jak o 10
      przyjechałam do szpitala tak o 10.15 anestezjolog zaczynał znieczulanie.

      Pozbierałam się szybko, może dlatego że mam staż na oddziale intensywnej opieki
      noworodkowej i widze tam sporo ludzkich tragedii przy których moje poronienie
      nie jest najstraszniejsze, nabrałam dystansu. Poza tym mój mąż nie pozwolił mi
      się załąmać. Zachowywał się idealnie dokładnie tak jak powinien.
    • aagata4 Re: co powiedzieć 28.07.05, 09:57
      witaj ...

      na stronie www.poronenie.pl znajdziesz sporo uporzadkowanych inforamcji na ten
      temat ...

      jezeli chodzi o mnie to mi w szpitalu brakowalo po prostu ludzkiego przykro mi ...
      żadnych pocieszen wtedy nie potrzebowalam... szkoda ze nie zostalam uprzedzoan
      tez o tych nietaktwnych uwagach ze strony lekarzy, znajomych i rodziny
      ani o tym co mnie czeka w najbliższym czasie

      nie wiedzialm czy moge wstac czy moge jeść itd...chociaz bylam o tym informowana
      to z przerazenia natychmiast wszysko zapominalam...

      (choc uwagi rodziny i znajomych byly życzliwe to jednak nie bylam na to
      przygotowana ) na poczatku przez to zaczelam unikac wszyskich - a potrzebowalam
      ich...

      jezeli chodzi o rozmowe z psychologiem to by mi sie przydala i to zarowno w dniu
      zabiegu jak i w pierwszych tygodniach po zabiegu...

      od tej rozmowy bym oczekiwala ze psycholog nakloni mnie do mowienia .. i
      potwierdzi, że mam niesluszne poczucie winy... z tym bylo chyba najciezej a-
      przeciez w niczym nie zawinilam (dbalam o seibie bardzo i do ciazy przygotowalam
      sie juz na pół roku orzed staraniami o dzidziusia)... ale ta lampka wina, ktora
      wypilam w pierwszych miesiacach pierwszej ciazy przesladowalam mnie do momentu
      dopoki nie wykrylam prawdziwych przyczyn nieszczescia... (a przyczyn poczucia
      winy np to ze sie za mało modlilismy czy tez nie odżywialysmy sie tak jak
      potrzeba itp...)

      później nie moglam sie pozbierac przez bezdusznosc lekarzy ktory wmawiali ze
      wszysko jest w porzadku i nie trzeba zadnych badan tylko czekac... a mialam
      problemy ginekologiczne przez caly czas pomiedzy dwiema pierszymi ciazami...
      a juz najgorsze bylo to ze nie zostaly wykorzytane te moje wyniki badan, ktore
      zrobilam sobie na wlasna reke, pomimo stanowczych stwierdzen lekarzy ze te
      badania sa niepotzebne i zebym sobie nei zawracala glowy tymi badaniami przed
      druga ciaza. Ta wedrowka od lekarza do lekarza byla wykańczajaca i upopkarzająca
      i to chyba najgorzej zadziałało na mnie ...

      druga ciaze poronilam bo... problemem okazala sie u mie immunologia ( o ktorej
      juz lekarze wiedzieli przed druga ciażą) ale nie chciali brac tych badan pod
      uwage bo.. wg nich immunologia mozna sie zajac dopiero przy poronieniach
      nawykowych czyli minimum po dwóch poronieniach, tak wiec pomimo iż ciale przy
      kazdej wyzycie u specjalistow przed ciażą i w czasei drugiej ciązy pytalam sie :
      co z tymi moimi p-cialami czy cos na to dostane to slyszalam ze nie potrzeba..
      one po prostu sa i mam sie nimi nie przejmować... i tak stracilam druga ciaze -
      pomimo iz zrobilam wszysko aby bylo juz dobrze...

      ale sie rozpedzilam ... w tym ostatnim pani nic nie moze pomóc ... jednak
      swiadomosc duzej ilosci takich szcegółów naszych realiów pozwoli Pani pomoc
      kobietom po poronieniach...

      warto tez poinformowac o tych 4 stronach internetowych gdzie mozna uzyskac
      pomoc, gdzie mozna nawiazac kontakty z kobietami, ktore przez to samo przeszły
      aby z nimi pogadac jak sobie z tym wszystkim radzic...


      pozdrawiam

      Agata
    • kasiula.g Re: co powiedzieć 28.07.05, 13:18
      Dziękuję, za wypowiedzi.
      Poruszacie w nich bardzo ważne kwestie...
      A z kolei ja poruszam już wszystkie możliwe kontakty, żeby "coś" z tym zrobić i
      nie pozostawić bez echa...
    • maria70 Re: co powiedzieć 28.07.05, 15:24
      Lekarze w szpitalu tak naprawde wg. mnie i to by mi pomogło powinni wszystko
      wytłumaczyć i powiedzieć słowa otuchy (dla każdego to coś innego). jest jesczze
      jedna kwestia, lekarz, siostra powinni zapytać czy nie potrzebuje pomocy
      psychologa lub księdza - ja na forum przeczytałam o sistrach Dominikankach, o
      sw. Dominiku - patronie kobiet oczekujacych na dziecko lub starających sie.
      Przecież w szpitalach są księżą, być moze powinni porozmawiać z kobietą, która
      starciła dziecko i zapewnić ja o swojej modlitwie w jej intencji i intencj jej
      przeyszłych dzieci, powinni wlać w nasze serca nadzieje. Ale może oni nawet nie
      wiedzą, ze jest to ogromne obciążenie dla kobiety, ze jest jej bardzo trudno z
      tym sobie poradzić.
      • bach28 Re: co powiedzieć 30.07.05, 08:27
        I może w Wwie cos z tym zrobicie ale w mniejszych miejscowościach nie ma szans
        ja poroniłam 2 razy za każdym razem miałam zabieg, drugi dokładnie 4 dni temu.
        I choć obsługa nie była zła nie uraziła żadnym słowem czy gestem to sama
        kwestia że ginek leży obok oddz. położniczego i że w sali której leżałam przez
        cay dzień było słychać płacz nowonarodzonych dzieciątek może rozwalić każdego
        na łopatki widok uśmięchniętych choć obolałych matek i dumnych tatusiów i moja
        rozpacz. Ja wiem jak to jest być po jednej i po drugiej stronie bo mam 3
        letniego zdrowego synka ale i dwa aniołki...A słowa wystarczyło by trochę
        współczucia ze strony lekarza zapewnienia że jeszcze jest szansa że może być
        dobrze pokierować na jakieś badanie a nie tylko suche proszę się zgłosić do
        swojego ginekologa....
        • gogo2 Re: co powiedzieć 01.08.05, 08:43
          To nieprawda, ze tylko w Warszawie czy dużych miejscowosciach można coś zrobić.
          Moje poronienia przechodziłam w małym szpitalu w województwie łodzkim. Lekarze
          i położne starali się wyjaśnić, powiedzieć coś, choć sami nie wiedzili co
          powiedzieć, bym czuła sie lepiej. To było wyraźnie wyczulwalne. Przełożona
          położnych przychodziła i pytała "co kochanie potrzebujesz, może to...."Ta sama
          położna przed zabiegiem i tuż po nim, jak obudziłam się z narkozy z płaczem
          głaskała mnie po głowie, trzymała za rękę.........I robią tak nie tylko jak
          kobieta jest w rozpaczy, przy porodzie 2 lata później było tak samo. Jestem im
          wdzięczna za tę bezinteresowną pomoc w tak trudnych chwilach
    • ememsy Re: co powiedzieć 30.07.05, 20:18
      Miałam wywoływany poród w 23 tygodniu po tym jak genetyk potwierdził, że w
      przypadku złożonej triploidii absolutnie nic się nie da zrobić dla naszego
      Maleństwa. Los nie dał mu żadnych szans na przeżycie...
      Zabieg odbywał się w Szpitalu Bielańskim. Byłam w tej komfortowej sytuacji, że
      pracuje tak znajoma rodziny a poza tym (jak się później okazało)
      nasz "przypadek" był ciekawym zjawiskiem medycznym (niewiele dzieci z tak
      poważną aberracją chromosomową dożywa prawie 6-ciu miesięcy w brzuszku mamy).
      Może dlatego nie czułam się osobą totalnie anonimową, kolejnym numerem
      statystycznym i miałam zapewnioną bardzo dobrą opiekę. Zagwarantowano mi osobny
      pokój na patologii ciąży, co przy trwających 12 godzin skurczach i przybieraniu
      różnorodnych pozycji dla zmniejszenia bólu było nie lada luksusem. Już na
      początku wyjaśniono mi czego mogę się spodziewać (osobiście uważam, że
      niewiedza jest w takiej sytuacji dodatkowym obciążeniem). Uspokajano mnie, że
      położna na korytarzu tylko czeka na mój sygnał i poda znieczulenie jak nie będę
      mogła wytrzymać (to znieczulenie było w zasadzie znieczuleniem "pro forma", bo
      niewiele pomogło, ale przynajmniej miałam wrażenie, że kogoś interesuje mój
      los). Na ostatnim etapie, gdy już leżałam na łóżku porodowym, położna ciepłym
      głosem mnie uspokajała a po wszystkim zadbała o chusteczkę (tak prozaiczna
      rzecz,ale wówczas dla mnie niezwykle ważna). Nawet później, po obudzeniu się z
      narkozy (po łyżeczkowaniu) nie czułam się zdana na łaskę i niełaskę obcych
      ludzi. Położna, która rozpoczęła dyżur zapytała jak się czuję (nie tylko
      fizycznie, ale również psychicnie!!!), radziła odpocząć i by zapewnić mi
      spokojną noc zaoferowała środki nasenne jeśli będę ich potrzebowała.
      Wiem, że nasz przypadek był troszkę inny od wczesnych poronień, ponieważ po
      amniopunkcji można było stwierdzić przyczynę sytuacji, w której się
      znaleźliśmy. Niemal natychmiast odpowiedziano na pytanie DLACZEGO NAS TO
      SPOTKAŁO. Nie było winnego, z punktu widzenia genetyki nie ma zagrożenia na
      przyszłość, byliśmy "wybrańcami" (taka ciąża zdarza się 1 na 1000). Mimo, że
      nie było na kim wyładować swojego żalu czułam wdzięczność do lekarzy i
      położnej, którzy znaleźli czas by odpowiedzieć na wszystkie "techniczne"
      pytania i dali nadzieję na przyszłość, mówiąć o kobietach, które po podobnych
      przejściach co nasze za jakiś czas wróciły do nich i urodziły zdrowe
      dzieciątka. Wówczas bardzo tych słów potrzebowałam.
    • onika27 Re: co powiedzieć 30.07.05, 22:47
      Czasem słowa nie są potrzebne. Leżałam na patologii jak zaczęło się krwawienie
      i ronienie. Lekarz po zbadaniu powiedział, że przykro mu, ale w tej chwili
      muszą zacząć ratować mnie dzidziusia nie da się już uratować. I nie słowa, ale
      pamiętam bardzo płakałam jak wieźli mnie na zabieg pamiętam czyjąś dłoń pewno
      pielęgniarki mocno ściskającą moją dłoń...Czasem słowa są zupełnie niepotrzebne

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka