miska77
12.10.07, 13:24
Witam Was MOje Drogie !
Zachęcam do przeczytania dzisiejszego artykułu na O2 "Za małe do trumny".
Uważam,że taki artykuł jest jednym z kamieni milowych na tej trudnej drodze...
" Co roku w Polsce rodzi się 2 tys. martwych dzieci, dochodzi do ok. 40 tys.
poronień samoistnych - informuje fundacja "Rodzić po ludzku". "Niedoszłe mamy"
często leżą w szpitalnych salach wspólnie z kobietami po porodach, które tulą
do siebie zdrowe noworodki. Nie lepiej jest w kwestii pochówku poronionego
albo martwo urodzonego dziecka. Rodzice, pomimo uregulowań prawnych
obowiązujących od początku tego roku, wciąż napotykają mur niezrozumienia,
kiedy zgłaszają się po zwłoki ledwie kilkutygodniowego maleństwa.
dalej »
Nie zapomnę do końca życia
Opisy przeżyć kobiet, które poroniły, są wstrząsające. I nie chodzi tutaj
tylko o sam aspekt medyczny tego traumatycznego przeżycia, ale okoliczności, w
jakich dochodzi do poronienia. Najczęściej niedoszłe mamy narzekają na
szpitalne procedury czy opiekę. Tak jak Marta, która swoje pierwsze dziecko
straciła kilka miesięcy temu. Miejsce: nieduża miejscowość, jedyny szpital.
Dużo minęło czasu, zanim oswoiłam się z tym wszystkim i potrafię cokolwiek
opowiedzieć - rozpoczyna. - Tego, jak mnie potraktowano w tym szpitalu, nie
zapomnę do końca życia. Kiedy zgłosiłam się w bólach do szpitala, najpierw
niemiła pielęgniarka kazała mnie i mojemu mężowi czekać przez kilka godzin, bo
lekarze są akurat zajęci. Kiedy w końcu jakiś się zjawił i raczył mnie zbadać,
bez ogródek stwierdził, że "to" jest już martwe i trzeba czekać, aż się samo
usunie. Przyjął mnie na oddział, ale okazało się, że położono mnie na
patologii ciąży obok dziewczyn, które leżały na podtrzymaniu. Kiedy mój mąż
próbował protestować, pielęgniarka stwierdziła, że nie ma się co rozczulać,
nie ja pierwsza, nie ostatnia. Jeszcze, bezczelna, poradziła nam, żebyśmy
sobie lepiej sprawili następnego dzidziusia, to ja szybciej zapomnę o tym. Jak
ona mogła to powiedzieć?! Przecież my tyle czekaliśmy na dziecko? Od początku
ciąży bardzo o siebie dbałam, żeby wszystko było w porządku. Dla nas śmierć
maleństwa to była tragedia, a nie nic nieznaczące przeżycie. Potem kilka dni
czekałam, aż coś się zacznie dziać, ze świadomością, że w moim brzuchu już nie
bije serduszko maleństwa.
Inne historie są podobne:
Kilka lat temu poroniłam - pisze w komentarzu do tekstu na temat poronień na
stronach internetowych czasopisma "Charaktery" Pacjentka. - Ból psychiczny był
ogromny, ale najgorsze było to, że spotęgowany był przez samych lekarzy. Z
zabiegu łyżeczkowania zrobili widowisko dla studentów (bez zapytania mnie o
zdanie), choć ja sama byłam wtedy studentką i przecież tam mogli być moi
koledzy, koleżanki. Później położono mnie na salę na oddziale patologii ciąży.
Obok leżały kobiety w ciąży zagrożonej. Zagrożenie było, ale pod kontrolą
lekarską kobiety i ich nienarodzone dzieci czuły się bezpiecznie. Ja natomiast
leżałam tam trzy dni, słuchając 24 godziny na dobę opowieści o imionach dla
dzieci, o wspólnych planach przyszłych rodziców. Każda z leżących kobiet
radośnie informowała nas o tym, jak dzidziuś kopie, jaki to z niego rozbójnik.
Każdego dnia przychodził lekarz, panie żartowały sobie, on mówił, jak wszystko
jest OK i że nie mają co się martwić, tylko niech szykują już pokoik dla
dziecka. Wtedy chciałam umrzeć!
Postarać się o drugie
Na forach poświęconych poronieniom podnosi się przede wszystkim problem
traktowania położnic przez szpitalny personel. Mamy narzekają na szpitalne
słownictwo, w którym dominują określenia: płód, resztki, a bywa i gorzej: to,
nieciąża, materiał biologiczny. Praktycznie wszędzie narzekają na brak pomocy
psychologa. Kobiety, które przeżyły poronienie, opowiadają, jak są traktowane
po wyjściu ze szpitala, przez znajomych, bliskich. Powtarzają się komentarze:
musicie się postarać o drugie, tak było lepiej. Ale to niejedyne zagadnienie
związane z tym problemem. Istotną do niedawna sprawą był problem pochowania
ciała. Od tego roku uregulowania prawne mają zapewnić możliwość pogrzebu nawet
tym najmniejszym dzieciom. Niestety nie zawsze tak bywa. Czasem prozaicznie w
wyniku niewiedzy niedoszłych mam, że mają do tego prawo, innym razem w szoku
po samym poronieniu, kobieta dopiero po jakimś czasie dochodzi do wniosku, że
chciałaby pochować dziecko. Niekiedy jest już za późno.
- Moja mama stwierdziła, że 18-tygodniowy płód to nie dziecka - wspomina
Marta. - Dla niej to, że chciałam pochować malucha, to były jakieś fanaberie,
wysyłała mnie do psychologa. A dla mnie to było naturalne wyrażenie mojego
żalu po stracie dziecka. Dlaczego ktoś, kto urodził kilka tygodni później,
może to zrobić bez problemu, a ja nie? Przecież przez cały czas ciąży byłam z
moim dzieckiem, a ono ze mną. Oczywiście kiedy mąż poszedł po naszego
dzidziusia, to panie się obruszyły, że po co, skoro to takie małe, że za małe
do trumny. Przecież nie mogłam pozwolić, żeby jego ciało spłonęło razem ze
szpitalnymi odpadkami! Ja dziecka nie oglądałam, ale mam przynajmniej
świadomość, że zostało godnie pochowane, że jest ochrzczone. Mam grób, który
mogę odwiedzać. Dla mnie to było bardzo ważne, ja czułam się mamą, choć np.
nie dla wszystkich moich znajomych było to do przyjęcia. Nawet moja mama do
tej pory nie traktuje straty mojego dziecka poważnie.
Wedle psychologów znających zagadnienie uważa, że matka po stracie dziecka
musi je odżałować. Ten swoisty okres żałoby przejawia się na różne sposoby.
Czasem jest nim grób, który można odwiedzić, czasem remedium stanowi druga
ciąża. O ile u każda z kobiet, które poroniły przechodzi to na swój sposób, o
tyle na pewno nie można im tego odmawiać. Choć nie wszyscy są akurat w tej
kwestii zgodni.
Przypuszczam, że zaraz zostanę doszczętnie skrytykowana, ale wydaje mi się, że
takie nadmierne przeżywanie poronienia, które zdarzyło się w pierwszym
trymestrze, to przesada - pisze na forum Gazeta.pl dotyczącym poronienie Lola.
- Jakieś aniołki, świeczki, przeżywanie terminu porodu, sorry, zupełnie tego
nie rozumiem. Trzeba się z tego otrząsnąć i iść do przodu, a nie rozpamiętywać
w nieskończoność. Mam rozpaczać nad wadliwym zlepkiem komórek, który miał trzy
milimetry?
Można pochować
Jeszcze do niedawna kartę informującą o zgonie dziecka wystawiano dopiero po
22. tygodniu ciąży lub kiedy ważyło co najmniej 501 g. Ale przepisy się
zmieniły. Nowe uregulowania, dające większe prawa kobietom roniącym,
wprowadziły też sporo zamieszania. Jak informuje strona internetowa
Poronienie.pl skupiającą osoby zajmujące się od kilku lat tym problemem,
kobieta po poronieniu ma prawo do kilku rzeczy. Przede wszystkim do
zarejestrowania dziecka w Urzędzie Stanu Cywilnego. I nie ma znaczenia, czy
dziecko zostało poronione w pierwszych tygodniach ciąży czy przedwcześnie
urodzone. Do zarejestrowania szpital musi tylko wystawić tzw. pisemne
zgłoszenie urodzenia dziecka. Rodzice otrzymają w USC odpowiedni akt urodzenia
z adnotacją, że dziecko urodziło się martwe. Podobny dokument wystawia się
również w przypadku poronień pozaszpitalnych. W przypadku kiedy nieznana jest
płeć dziecka, rodzice mogą wpisać taką, jaką chcą, albo tylko imię.
Mamom należą się urlopy macierzyńskie. Oczywiście w wymiarze niepełnym,
obecnie jest to 8 tygodni. W praktyce wszystko zależy od biurokracji, czyli
tego, czy szpital wystawi odpowiednie zaświadczenie. Z tym bywa różnie. Jedne
wystawią, inne nie. Zdarza się, że szpitale określają swoje własne warunki,
np. że dziecko musi się urodzić żywe.
Portal informuje również, że rodzice mają prawo do pochowania dziecka.
Egzekwowane jest ono na podstawie wystawionej przez szpital karty zgonu
dziecka. Pochować można dziecko poronione w każdym momencie ciąży. Mało tego.
Rodzicom należy się zasiłek pogrzebowy, który jest wypłacany na podstawie aktu
zgonu (jeśli dziecko umarło po urodzeniu) lub zapisu o martwym urodzeniu.
Kościół nie powi