Wieczorem już nie wytrzymałam...cały ból gromadził się we mnie od
rana aż wkońcu eksplodowałam lawiną łez...Zapewne jest Nas wiele,
takich kobiet jak ja , które też to przeżywały...Straciłam mojego
synka 1 listopada 2008r. zbieg okoliczności , Swięto Zmarłych,...
6 miesiąc, rano miałam potworne bóle, plamienie, pojechałam do
szpitala, tam męczarnia, fatalna opieka medyczna...niesamowity
ból...i utrata szczęcia

. minęło 5 miesięcy ...myślałam że już
się troche podniosłam z tego dołka, musiałam żeby nie stracić też i
męża i dalszego życia...było cholernie ciężko, ale jednak zaczęłąm
żyć jakoś normalniej. Dziś byłam z mężem w kościele, wiadomo
wiosna , mamy z maluszkami, z wózkami...a ja??? stałam i czyłam się
okropnie...

koniec mszy, jeszcze coś śpiewają, myślę: już idziemy,
już po wszystkim...a tu nagle podchodzi do nas maleńka
dziewczynka...ledwo chodzi , z wielkimi dużymi pięknymi
oczkami...mąż się uśmiecha do niej, macha...a ja stoje i nóż mam
wbity w serce, łzy napływają do oczu, myślę: jestem taka
bezużyteczna i okropna...wytrzymałam,ale teraz już nie dałam
rady...ły się leją, a serce tak boli...tak bardzo pragnę Go
przytulić, pocałować w główkę maleńką i utulić do snu....pragnę
dziecka jak nic na świecie, a zostało mi odebrane...dziś wszystko
wróciło, i ktoś powie że wiele z Nas kobiet to przeżywa, to jednak
bólu nie ukoi, wręcz przeciwnie, dochodzi myśl czemu tak jest na tym
świecie że tracimy to co dla nas najważniejsze w życiu...ktoś powie
jesteś młoda, urodzisz wiele dzieci, co z tego jak już nigdy nie
poczuje ruchu mojego Alanka

i co z tego jak zielone światło
dopiero za pare lat...sama muszę znaleźć, mieć tą nadzieję bo słowa
bliskich dodatkowo ranią...