ignorant11
14.10.09, 10:24
Sława!
archiwum.polityka.pl/art/dalekie-zaolzie,425854.html
Dalekie Zaolzie
Jerzy Urban, Wojciech Jaruzelski, Lech Kaczyński – co mają ze sobą
wspólnego? Wszyscy przepraszali Czechów za zajęcie Zaolzia w 1938 r.
Mieli szczere chęci, ale też chyba nie znali historii regionu,
który, zanim zajęli Polacy, wcześniej anektowali Czesi. O czym mało
kto dzisiaj pamięta.
Przeprosiny Lecha Kaczyńskiego z Westerplatte – w Polsce przyjęte z
uznaniem nawet przez kręgi wobec prezydenta krytyczne – w Czechach
przeszły w zasadzie bez echa. Odniosło się do nich tylko dwóch
komentatorów: jeden bardzo zainteresowany wszystkim, co polskie,
drugi bardzo ostentacyjnie zbuntowany przeciw tradycyjnemu czeskiemu
nacjonalizmowi. Reszta sprawę zbyła milczeniem.
Kilka lat wcześniej ekipa czeskiej TV publicznej zrobiła wywiad z
Wojciechem Jaruzelskim o inwazji w 1968 r. Powiedział w nim, że
udział wojsk PRL w ataku na Czechosłowację był konieczny, wymagała
tego polska racja stanu i że gdyby musiał zrobić to drugi raz, to by
to zrobił. Zaraz potem uderzył się jednak w pierś Józefa Becka i
ostro potępił agresję 1938 r.
Jeszcze wcześniej, bo gdzieś na początku lat 90., padły przeprosiny
Jerzego Urbana. Był to rodzaj happeningu, zorganizowanego przez
redaktora naczelnego „NIE” na fali inteligenckiej niechęci do
Wałęsy. Z grupą zwolenników chodził po Czeskim Cieszynie i
wołał: „Wałęsa, przeproś za Zaolzie!”.
Jest w tym coś bardzo znamiennego dla sposobu, w jaki Polska
inteligencja myśli o Czechach, a tym samym o leżącym w granicach
Czech Zaolziu. Stereotypy sprawiają, że Czesi wydają się nam tak
sympatyczni, a przynajmniej tak nieszkodliwi, że do głowy nie
przychodzi nikomu możliwość wyrządzenia komukolwiek krzywdy przez
ten naród o gołębich sercach. Jest w tym myśleniu milczące
założenie, że to społeczeństwo Szwejków nie jest zdolne do przemocy
czy okrucieństwa i jeśli w historii naszego sąsiedztwa były jakieś
brutalne epizody, to na ślepo możemy za nie przepraszać, no bo
przecież niemożliwe, żeby takich rzeczy dopuścili się Czesi. Aż
dziwne, że nikt nie zauważa lekceważenia i aroganckiego
paternalizmu, jakim ocieka takie podejście.
Tymczasem właśnie najnowsza historia Zaolzia stoi w poprzek takich
sterotypów. Tyle że trzeba ją znać całą, a nie tylko fatalny wycinek
z 1938 r. Ruchy narodowościowe w dawnym Księstwie Cieszyńskim
zaczęły się w XIX w. W chwili wybuchu I wojny światowej osoby
deklarujące się jako Polacy stanowiły ponad 55 proc. ludności tego
regionu, potem byli Czesi i Niemcy oraz cały koktail Słowaków, Żydów
czy Węgrów – bo na tym terenie gwałtownie rozwijał się przemysł,
który ściągał przez dziesięciolecia robotników z całej Europy
Środkowej.
Dziś można się zastanawiać, co pojęcia „Polacy” czy „Czesi”
oznaczały w tamtym czasie. Miejscowa ludność była bowiem
autochtonicznie śląska, w większości wiejska. W domach mówiło się
odmianą śląskiej gwary, w której swojskie brzmienia odnajdowali
zarówno Polacy, jak i Czesi. Dla miejscowych Polaków jednak
znaczenie decydujące ma fakt, że kiedy tutejsi chłopi zaczęli się
zmieniać w robotników i mieszczan, zmiana stylu życia z wiejskiego
na miejski połączyła się z niezwykłą aktywnością dziesiątek drobnych
stowarzyszeń kulturalnych, które w większości zgłaszały akces do
polskości.
Była to taka lokalna praca u podstaw, prowadzona przez zastępy
księży, nauczycieli, społeczników. Szokujące, ale w tych procesach z
polskością skojarzono nie państwowy, ogólnoaustriacki katolicyzm,
ale rozpowszechniony na tym terenie protestantyzm. Do dziś zostało w
regionie – i to po obu stronach granicy – przysłowie „Trzyma się jak
luterska wiara na Śląsku”. Zaolziacy do dziś argumentują, że skoro
lokalne elity tworzyły polskie towarzystwa śpiewacze i chóry – to
czy jeszcze muszą udowadniać, że są Polakami, żeby w końcu uwierzyły
im elity i w Pradze, i w Warszawie?
Prawdziwy problem zaczął się z końcem I wojny światowej. I Polacy, i
Czesi na Śląsku Cieszyńskim powołali swoje lokalne władze i bez
pomocy z zewnątrz pokojowo ustalili etniczną granicę. Przebiegała
kilkadziesiąt kilometrów na zachód od granicy obecnej. Zdecydowana
większość regionu została zatem uznana za polskojęzyczną.
Porozumienie to zawarto 5 listopada1918 r. Było warunkowe: Czesi i
Polacy ostateczną decyzję pozostawili stolicom swoich dopiero
kształtujących się państw.
Warszawa chyba się za bardzo tym regionem jednak nie interesowała, w
przeciwieństwie do Pragi. Podział regionu według granicy etnicznej
sprawił bowiem, że jedyna wtedy istniejąca magistrala kolejowa
łącząca wschód i zachód Czechosłowacji przebiegała przez Cieszyn –
czyli terytorium, które w całości miało przypaść sąsiedniej Polsce.
W dodatku tereny te były jednymi z najbogatszych regionów
przemysłowych: kopalnie, stalownie, huty.
W polskiej części regionu trwała właśnie kampania wyborcza do Sejmu,
w której ścierali się narodowcy, socjaliści i ludowcy. 23 stycznia
1919 r. na rozkaz premiera Karla Kramarza granicę etniczną
przekroczył kilkunastotysięczny oddział wojsk czechosłowackich. Byli
to świetnie uzbrojeni (m.in. mieli pociąg pancerny) weterani I wojny
światowej. Opór stawiały im słabe oddziały polskie oraz – w
zależności od tego, która strona pisała relację – „patriotyczna
młodzież i cywile”, ewentualnie „polskie bojówki”. Polacy nie byli w
stanie się bronić, a na pomoc z kraju nie mogli liczyć, bo właśnie
trwała wojna z Ukraińcami o Lwów. Czesi szybko doszli więc do
Bielska-Białej. Wtedy Polacy ze Śląska Cieszyńskiego dostali z
Warszawy pierwszą lekcję geopolityki: Polska może istnieć bez Śląska
Cieszyńskiego, ale bez Lwowa i Zachodniej Ukrainy – nie!
Szokującym epizodem tamtej wojny była masakra jeńców wziętych do
niewoli 26 stycznia w czasie natarcia w okolicach Stonawy. Czescy
legioniści rozwścieczeni oporem mieli tam wystrzelać i zakłuć
bagnetami kilkunastu polskich żołnierzy. Dziwne, że do dziś nie ma
na ten temat opracowań naukowych. Czechów temat nie interesuje,
Polaków chyba też nie, bo nasza skala cierpienia liczy się w setkach
tysięcy ludzkich istnień, a tam zginęła „tylko” garstka Zaolziaków.
Granica, która przetrwała do dziś, dzieląca Cieszyn na połowę,
została wytyczona bagnetami. I to nie polskimi. Tej świadomości
zupełnie nie mają polskie elity. Nawet znawca epoki prof. Andrzej
Garlicki za winną konfliktu zbrojnego uznał Polskę, która
sprowokowała Czechów próbą przeprowadzenia wyborów! Warto to
rozumowanie odwrócić: co byśmy sobie pomyśleli o konflikcie, gdyby
to Czesi chcieli robić demokratyczne wybory, a Polacy posłaliby na
nich wojsko?
Po podpisaniu rozejmu miesiącami trwały targi dyplomatyczne ze
zwycięskimi mocarstwami, zakończone w 1920 r. w Spa. Było już lato i
delegacja polska gotowa była zgodzić się wtedy na wszystko, byle
zyskać polityczne i militarne wsparcie Zachodu w starciu z armią
Tuchaczewskiego, która podchodziła pod Warszawę. Prascy negocjatorzy
byli do bólu pragmatyczni i argumenty, że Polska broni Europy przed
sowiecką nawałnicą, zbywali uśmiechami jako kolejny przejaw polskiej
egzaltacji. Warszawa się zgodziła i tak zatwierdzono granicę, która
przetrwała do dziś.
Według spisów ludności tuż sprzed I wojny na 179 tys. mieszkańców
regionu Polacy stanowili 123 tys., poza tym było tam 32 tys. Czechów
i 22 tys. Niemców. Już w 1921 r. oficjalny spis w Czechosłowacji
wykazał tylko 69 tys. Polaków – ich liczba stopniała w ciągu dwóch
lat o połowę. Pochodzący z Zaolzia historycy mówią o przymusowej
asymilacji, wskazując na antypolską działalność organizacji o nazwie
Macierz Śląska