Dodaj do ulubionych

Serbska kultura po Miloszeviciu

05.03.04, 00:17
Sława!

Serbska kultura po Miloszeviciu
Ivan Czolović 25-02-2004, ostatnia aktualizacja 25-02-2004 19:22
http://serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34475,1930922.html


Po klęsce poniesionej w Chorwacji, Bośni i Kosowie serbska elita uznała, że
osiągnięcie z bronią w ręku celów polityki Slobodana Miloszevicia -
zjednoczenia wszystkich ziem serbskich w jednym państwie - jest na razie
nierealne. Ale nadal uważa je za słuszne i sprawiedliwe. Nad tym, jak wygląda
kultura serbska po Miloszeviciu, zastanawia się Ivan Czolović *

Na trzy dni przed przewrotem 5 października 2000 r., w którego wyniku upadł
reżim Slobodana Miloszevicia, prezydent zwrócił się do narodu z dłuższym
orędziem. Podjął ostatnią próbę odzyskania zaufania przed przewidzianą na 8
października drugą turą wyborów [prezydenckich w Jugosławii], której
niesądzone było się odbyć. W orędziu przedstawił siebie i swój reżim jako
ostatnią ostoję serbskiej tożsamości narodowej, kultury, literatury i języka.
Ostrzegł obywateli, że opozycja pozostaje na służbie obcych interesów i jeśli
dojdzie do władzy, będzie dążyć do zrujnowania kultury narodowej -
wszystkiego, co stanowi specyfikę serbskiej tożsamości. "Zniszczenie
tożsamości narodowej - przewidywał prezydent - będzie jednym z ważnych zadań
marionetkowej władzy". Serbii grozi "szybkie rozstanie się ze swoją historią,
przeszłością, tradycją, ze swymi symbolami narodowymi, ze swym językiem
literackim".

Miloszević starał się obrazowo przedstawić katastrofę. Tożsamość Serbii
zostałaby zredukowana "do paru narodowych potraw, kilku pieśni oraz imion
bohaterów narodowych w nazwach artykułów spożywczych i kosmetyków". Prezydent
to wie, ponieważ znane mu jest doświadczenie innych narodów - wskazuje zaś
ono, że "naród ledwie zauważa, jak szybko zaczyna używać obcego języka jako
swojego, identyfikować się z cudzymi postaciami historycznymi, zapominając o
swoich, lepiej znać literaturę okupanta od własnej, gloryfikować cudzą
historię, często szydząc ze swojej, być podobnym do innych, nie do siebie".

Zabronią nam naszej poezji

Czy wydarzenia, jakie nastąpiły po obaleniu Miloszevicia, potwierdziły którąś
z jego pesymistycznych prognoz? To prawda, pojawiają się opinie zbieżne z
ocenami byłego prezydenta. Na przykład historyk Srdzia Trifković - który
mieszka w Chicago, ale często drukuje komentarze polityczne w
pismach „Politika”, „Knjiżevne Novine” i „Zbilja” - również twierdzi, że po
Miloszeviciu nastąpi „deserbizacja”. Serbowie zostaną bez swych symboli i
największych pisarzy, będą za to mieli pomnik pewnego homoseksualisty, w czym
Trifković widzi największą zniewagę dla dumnego bałkańskiego narodu
wojowników. Pisze: „Hasło »Miloszević ponosi winę za wszystko « nie zostało i
nie może zostać przyjęte bez tzw. denazyfikacji, która oznacza deserbizację”.

Podobnie jak Miloszeviciowi jemu także sprawia rozkosz dręczenie nas
drobiazgowymi opisami amputacji serbskiej duszy narodowej: "Dla naszego dobra
wyleczą nas z naszej mitomanii i kompleksu ofiary. Dla naszego dobra
zabroniona zostanie poezja pisana dziesięciozgłoskowcem (...). Dla naszego
dobra zmniejszą nam ilość cholesterolu w żywności; alkohol i tytoń zastąpią
viagrą i prozakiem, jogging uczynią obowiązkowym" ("Politika" z 9 czerwca
2001).

Opinię Miloszevicia podziela też Aleksander Milenković, autor
felietonu „Spojrzenie z boku na jugosłowiański eksperyment” („Politika” z 3
stycznia 2001). Twierdzi on, że Serbia stała się ofiarą nowego ładu
światowego i NATO z powodu swojej tożsamości narodowej. Dla Sojuszu
Atlantyckiego, tej „siły ponadnarodowej (...), każda wartość na świecie
zawierająca określenie »narodowy « jakiejkolwiek proweniencji staje się celem
do wyeliminowania (...). Wraz ze zniszczeniem śladów kultury wyrwane zostają
korzenie i ginie tożsamość wspólnoty społecznej. Sprzyja to wysiłkom potęg
światowych, dążących do stworzenia roboczo-konsumpcyjnej ludzkiej plazmy
(...). Na cel biorą one nie tyle system społeczny i oligarchię rządzącą
zaatakowanego kraju, ile jego zasoby i terytorium”.

Do tekstu, z którego pochodzi ten cytat, pasowałby tytuł, pod jakim
dziennik "Politika" opublikował orędzie Miloszevicia: "Nie atakuje się Serbii
z powodu Miloszevicia, lecz Miloszevicia z powodu Serbii". Nas jednak
felieton Milenkovicia interesuje przede wszystkim dlatego, że wyraźnie
pojawia się tutaj rozumienie kultury jako elementu najsilniej łączącego naród
z terytorium ("korzenie"). To dlatego kultura staje się celem ataków nowego
porządku ponadnarodowego - karczującego szczepy kultur narodowych, by
osłabionym w ten sposób narodom można było łatwo odebrać ich terytoria.

Nowy prezydent Jugosławii Vojislav Kosztunica [jego stanowisko przestało
istnieć w lutym 2002 r., po powstaniu federacji Serbii i Czarnogóry; obecnie
jest desygnowany na premiera Serbii] już na początku kadencji wypowiedział
się o "odnowie duchowej", "duchowym dziedzictwie i tradycji" - przyznając
poniekąd rację swemu poprzednikowi, bo tak samo jak on postawił troskę o
symbole narodowe na pierwszym planie swojego programu politycznego. Ostrzegł
też przed niebezpieczeństwem, jakie grozi państwu i narodowi, jeśli się tę
troskę porzuci. "Odnowa duchowa potrzebna jest właśnie dlatego - mówił w
Hilandarze w październiku 2000 r. - że narody, które jej nie dokonają,
przyjmując wszystko z wewnątrz i z zewnątrz, mogą zniknąć". [Hilandar -
serbski monastyr na górze Atos z cerkwią Wniebowstąpienia Najświętszej Marii
Panny z końca XII w.; cel religijno-patriotycznych pielgrzymek prawosławnych
Serbów].

Kosztunica nie chciał się wdawać w rozważania, co to jest owo "wszystko", ale
jego ostrzeżenie było w istocie jeszcze bardziej dramatyczne niż ostrzeżenia
Miloszevicia i Trifkovicia, kończyło się bowiem straszliwą wizją: naród
serbski może zniknąć. Naród został tu ukazany jako wspólnota, której
przetrwanie zależy od pokonania niebezpiecznej różnorodności w obrębie
narodowej przestrzeni "duchowej" i od zaostrzenia kontroli na jej granicach.

Nowy prezydent obalił jednak pesymistyczną diagnozę starego, robi bowiem
wszystko, by pokazać, że odejście Miloszevicia nie oznacza zaniechania troski
państwa o tradycję narodową, narodowe świętości i kulty. Wprost przeciwnie,
Kosztunica od samego początku stara się prześcignąć w tym swego poprzednika.
Nie tylko kontynuuje zadzierzgniętą przez Miloszevicia serdeczną współpracę z
najbardziej wpływowymi biskupami Serbskiej Cerkwi Prawosławnej i członkami
Serbskiej Akademii Nauk i Sztuk, a zwłaszcza z pisarzami, ale też bardzo ją
rozwinął.

Przede wszystkim jednak przelicytował Miloszevicia swą gotowością do
uczestnictwa w różnych rytuałach polityczno-religijnych i polityczno-
literackich. Wkrótce po objęciu urzędu wziął udział w nowym pogrzebie Jovana
Duczicia w Trebinju [Duczić - serbski poeta i polityk, 1874-1943, zmarł w
Libertville (USA); w październiku 2000 r. jego zwłoki uroczyście przeniesiono
do mauzoleum w Trebinju w Bośni] i odbył pielgrzymkę do Hilandaru.

Pracownicy sprawy narodowej

Przedstawiając siebie i swój reżim jako ostatnią linię obrony kultury,
Miloszević przejął jeden z ważnych elementów strategii, jaką serbska elita
polityczna zaczęła stosować po wojnach w Chorwacji i Bośni (1991-95), a
jeszcze bardziej stanowczo po wojnie w Kosowie (1999). Wojny toczyły się o
rozszerzenie terytorium państwowego Serbii - o przyłączenie części Chorwacji
oraz Bośni i Hercegowiny, gdzie ludność serbska stanowiła większość, później
o umocnienie serbskiej władzy w Kosowie lub podział etniczny tej prowincji.
Po klęsce serbska elita - której główne instytucje i najwybitniejsi
przedstawiciele mniej czy bardziej aktywnie popierali politykę wojenną
Miloszevicia - nie zakwestionowała celów
Obserwuj wątek
    • ignorant11 Re: Serbska kultura po Miloszeviciu (2) 05.03.04, 00:20
      Po klęsce serbska elita - której główne instytucje i najwybitniejsi
      przedstawiciele mniej czy bardziej aktywnie popierali politykę wojenną
      Miloszevicia - nie zakwestionowała celów owej polityki, uważając je nadal za
      sprawiedliwe i prawomocne. Uznała jednak, że osiągnięcie tych celów z bronią w
      ręku jest na razie nierealne.

      Nie znaczy to, że pod wrażeniem klęski elita straciła zupełnie ochotę do wojny
      o "serbskie terytoria etniczne" - ściślej mówiąc, do dążenia do wojny i
      podżegania do niej. Bojowe morale głównych reprezentantów owej elity wydaje się
      niezachwiane także po roku 1999. Dokonano natomiast pewnych zmian w strategii
      walki o polityczne i terytorialne zjednoczenie narodu na wszystkich
      jego "obszarach etnicznych". Najważniejsza zmiana polega na tym, że walkę o
      terytoria przeniesiono chwilowo z frontu wojny na front kultury. "Pracownicy
      sprawy narodowej" nie kreślą już map przyszłych ziem serbskich, czym z lubością
      zajmowali się w przededniu i w toku wojen w Chorwacji i Bośni, za to coraz
      bardziej koncentrują się na walce o zachowanie zagrożonego ponoć
      serbskiego "obszaru duchowego" - czyli tożsamości narodowej. Oparcie znajdują w
      takim modelu kultury narodowej, który traktuje działalność kulturalną jako
      sposób przygotowania narodu do wojny, wspierania wojny, albo też jej
      kontynuacji innymi metodami.

      Kulturą jako ważnym aspektem wojny zajmowali się niektórzy uczestnicy II
      Kongresu Serbskich Intelektualistów (Belgrad, 22-23 kwietnia 1994). Historyk
      Milorad Ekmeczić oznajmił, że "zjednoczenie kulturalne jest ważną przesłanką
      zjednoczenia politycznego". Wtórował mu jego kolega Vasilije Krestić: "Bez
      prawdziwej jedności duchowej naszego narodu nie będzie można skutecznie
      przeprowadzić politycznego i terytorialnego zjednoczenia". Ale zdaniem
      Kresticia oba te procesy nie muszą następować kolejno, jeden po drugim.
      Przeciwnie - "muszą się toczyć równolegle". Tak oto w zaproponowanej tu
      strategii Kulturkampfu front kultury formuje się jednocześnie z politycznym i
      wojennym.

      Myśl Ekmeczicia i Kresticia, że niezbędne jest kulturalne, a więc duchowe
      przygotowanie wojny i poparcie operacji wojskowych dla zjednoczenia terytoriów
      serbskich, podjął bez osłonek pisarz Radomir Smiljanić: "Nauka i inteligencja
      powinny przetrzeć drogę i ułatwić zadanie polityce. I armatom, jeśli chcecie".
      Klęski wojenne w Chorwacji i Bośni dowiodły, że nauka i inteligencja nie
      wykonały solidnie swojej roboty - to dlatego serbskie czołgi ugrzęzły w błocie.
      Takiego zdania jest poeta Ranko Jovović, który uważa, że nie ma jednolitego
      państwa serbskiego, ponieważ nie ma jednolitego serbskiego obszaru kulturowego.
      Gdyby bowiem "istniały serbski naród, serbski Kościół, serbski język, serbska
      poezja (...) w każdym z nas, istniałoby i serbskie państwo w granicach ziem
      serbskich".

      Rozgorzeje ogień

      Po przegranej wojnie walka o jej niezrealizowane cele odżywa i znowu ogranicza
      się do obszaru kultury - przedtem służącego jako punkt wyjścia i przedpole
      wojny o terytoria. Teraz kultura okazuje się pozycją, na którą wycofały się
      siły narodowe, by przegrupować szyki i zaczekać na następną okazję do nowej
      ofensywy wojennej. Od jesieni 1995 r., a zwłaszcza od wojny w Kosowie, walkę o
      serbskie tereny etniczne prowadzi się wyłącznie jako Kulturkampf, bój o
      zachowanie i umocnienie "serbskiego obszaru duchowego". W tym zredukowaniu
      wojny do kultury i "duchowości" można dostrzec tymczasową sublimację prawdziwej
      wojny o terytoria - a niekiedy coś, co na dłuższy czas mogłoby tę wojnę
      zastąpić.

      Wizja serbskiej kultury jako płaszczyzny, na którą - po przegranej na polu
      bitwy - przenosi się wojna o interesy narodowe, pojawia się w niektórych
      pracach opublikowanych w książce "Geopolityczna rzeczywistość Serbów",
      zawierającej wystąpienia wygłoszone na konferencji "Naród serbski w nowej
      rzeczywistości geopolitycznej" (Nowy Sad, 29-31 stycznia 1997). Znajdziemy tu
      m.in. tekst Nikoli Kusovaca "Znaczenie kultury i oświaty w zachowaniu
      historycznej świadomości narodu serbskiego".

      Autor żywi nieskrywane ambicje, by zaproponować program polityki narodowej po
      ostatnich klęskach. Przypomina "znaczenie, jakie dla przyszłości każdego
      narodu, dla obrony jego integralności i zachowania świadomości historycznej
      mają oświata i kultura". Podkreśla zwłaszcza ich charakter obronny: "Właściwie
      nie będzie przesadą patetyczne stwierdzenie, że ich znaczenie jest równe
      znaczeniu wojska i policji". Zachęca więc Serbów, by się "duchowo" zjednoczyli
      i zorganizowali, co pomoże im "w ciężko zranionym ciele uchronić ducha od
      potknięć i upadków". Jeśli tak postąpią, zachowają na przyszłe, lepsze czasy
      fundament, na którym odrodzi się kultura narodowa, a także - co dla Kusovaca i
      innych "świadomych narodowo sił" dużo ważniejsze - ochronią zalążek serbskiego
      projektu wielkopaństwowego. "Tylko tak, zorganizowaną pracą w czasach wielkiego
      cierpienia i jeszcze większej próby, można zachować twórczą iskrę, z której w
      sprzyjających warunkach i lepszej sytuacji międzynarodowej rozgorzeje ogień, a
      z niego powinno zmartwychwstać państwo wszystkich Serbów".
      Ta metafora z iskrą, ogniem i zmartwychwstaniem stanowi dobry przykład
      właściwej serbskim nacjonalistom chorej wyobraźni - tworzącej obrazy serbskiej
      golgoty, cierpień narodu, prowadzących do jego odrodzenia. W metaforze Kusovaca
      bowiem "twórcza iskra" narodowej kultury nie czeka na czas pokoju, by się
      spokojnie rozwijać, lecz na okazję, która pozwoli jej przemienić się w nową
      pożogę wojenną, raz jeszcze odegrać obłąkańczy spektakl śmierci i
      zmartwychwstania narodu serbskiego.

      W bojowym, śmiałym trwaniu

      Tymczasem Serbowie nawet po wycofaniu się na szańce kultury wciąż nie są
      bezpieczni, bo i tu czyha na nich wróg, pragnący ujarzmić i zniewolić
      naród. "Co więcej - powiada Kusovac - jesteśmy pewni, że główna bitwa o
      tożsamość narodu serbskiego rozegra się właśnie w dziedzinie kultury i
      oświaty". Ta bitwa już trwa, serbska kultura bohatersko walczy o przetrwanie.
      Niestety - dodaje Kusovac - poniosła duże straty. "Wraz z morderczym frazesem,
      że kultura nie uznaje i nie zna granic, co w zasadzie jest prawdą, kończy się
      obrona, a zaczyna import rozmaitych światowych odpadów i trucizn". Nic więc
      dziwnego, że "istota serbskiej kultury zachorowała".

      W tej sytuacji jedynym lekiem jest rygorystyczna polityka kadrowa: "Przede
      wszystkim - pisze Kusovac - na czele wszystkich instytucji kulturalnych,
      ważnych dla zachowania i pielęgnowania świadomości narodowej, koniecznie należy
      postawić świadomych specjalistów patriotów (...). Można by wtedy oczekiwać
      odrodzenia całej serbskiej sztuki, bo to jest mechanizm, od którego ściśle
      zależy jakość narodowej świadomości, nakreślonych celów narodowych i ich
      realizacji".

      Podczas otwarcia Domu Fundacji Vuka Karadżicia w lutym 1998 r. jej prezes Dejan
      Medaković podkreślał znaczenie tej uroczystości - i literatury w ogóle - dla
      konserwowania i pielęgnowania serbskiego programu narodowego, czyli programu
      terytorialnego i politycznego zjednoczenia narodu serbskiego.
      To "ogólnonarodowe święto - mówił - wszystkich nas łączy i przypomina nam o
      wielu niewykonanych zadaniach w serbskiej kulturze, tych właśnie, które staną
      się bodźcem do swoistej mobilizacji duchowej i zjednoczenia naszego narodu. To
      jedyny realny sposób, abyśmy na jakąś lepszą przyszłość zachowali wiele naszych
      niezrealizowanych nadziei i pragnień".

      To prawda, że Medaković nie użył sformułowania "program narodowy", nie mówił o
      terytoriach - sądzę jednak, że nie sprzeniewierzę się jego myśli, interpretując
      te słowa jako aluzję do programu powiększenia terytorium państwa.

      Nieco ponad rok później - już w roli prezesa Serbskiej Akademii Nauk i Sztuk -
      Medaković dużo bardziej konkretnie i stanowczo prezentował obronne, rzec
      można "frontowe" funkcje kultury serbskiej. Na zjeździe "Diaspora
      • ignorant11 Re: Serbska kultura po Miloszeviciu (3) 05.03.04, 00:23
        Nieco ponad rok później - już w roli prezesa Serbskiej Akademii Nauk i Sztuk -
        Medaković dużo bardziej konkretnie i stanowczo prezentował obronne, rzec
        można "frontowe" funkcje kultury serbskiej. Na zjeździe "Diaspora 99"
        (zorganizowanym 4-5 sierpnia 1999 r. w Belgradzie pod patronatem Miloszevicia)
        najpierw opisał położenie, w jakim znalazł się naród serbski, "którego narodowa
        istota z cudzej woli politycznej jest dziś pocięta i rozkawałkowana". Następnie
        zaproponował "bojową" i "śmiałą" odpowiedź - "obronne, mobilizujące metody,
        którymi uchronimy nasz zagrożony byt narodowy". Idąc za radą prezesa Akademii,
        Serbowie powinni przeciwstawić "cudzej woli politycznej" coś silniejszego niż
        broń, a tym czymś jest dziedzictwo serbskiej kultury. "W takim bojowym, śmiałym
        trwaniu - powiada Medaković - wielką rolę do odegrania ma nasze dziedzictwo
        kulturalne, świadectwa duchowe, które przetrwały wieki".

        Najważniejsze zaś świadectwo w serbskiej spuściźnie kulturalnej, które może się
        przydać w walce z wrogiem, mówi o "jedności duchowej" narodu. Ta jedność jest
        nie tylko celem samym w sobie, lecz również środkiem, "siłą spajającą",
        potrzebną po to, by naród osiągnął też inną, namacalną jedność - np. polityczną
        i terytorialną. Kiedyś już jedność duchowa skutecznie odegrała tę rolę. "Dzięki
        owej wielkiej sile spajającej - przypomina Medaković - naród serbski doczekał
        się w 1804 r. wskrzeszenia swego utraconego państwa. Przy odrobinie
        cierpliwości, ale też przy znacznie większej jedności duchowej może mieć
        nadzieję, że doczeka się również spełnienia innych, niezrealizowanych jeszcze
        nadziei i pragnień (...). Także i dziś jedność duchowa może i musi nam zastąpić
        jedność polityczną, której urzeczywistnienie, jak się zdaje, musi poczekać na
        inne, bardziej sprzyjające czasy".

        Taką samą rolę przypisuje kulturze Czedomir Mirković, krytyk literacki i
        minister ds. współpracy kulturalnej z zagranicą w rządzie Miloszevicia. Nie
        chodzi mu jednak o dziedzictwo kulturalne, lecz o kulturę współczesną - przede
        wszystkim literaturę. W nowych czasach literatura jest "najbardziej witalną
        częścią nie tylko naszej kultury narodowej, ale i naszego narodu (...)
        literatura jest najlepszą rzeczą, jaką posiada nasz naród".

        Dlaczego najlepszą? Wyjaśnienie Mirkovicia zasługuje na to, by przytoczyć je w
        całości: "Wierzę, że naród ze swoją kulturą jako siłą sprawczą, przypomina żywy
        organizm - jego najbardziej witalne organy przejmują rolę innych albo je
        zastępują, funkcjonują zamiast nich. Nie było okazji, by twórcza energia
        pulsowała we wszystkich dziedzinach, toteż wiele z nich - od gospodarki,
        finansów, handlu, aż po politykę - skarlało i uległo deformacji. Ale energia
        historycznego narodu, historycznie bogatego narodu, jest niezniszczalna,
        zakumulowała się więc i wyraziła w różnych gałęziach sztuki, przede wszystkim w
        literaturze".

        Bój się dopiero zaczął

        Przejście od wojny zbrojnej do Kulturkampfu zaobserwować też można w głosach
        innych przedstawicieli reżimu Miloszevicia, zwłaszcza po wojnie w Kosowie. Z
        tego okresu pochodzi wypowiedź byłego serbskiego ministra kultury Żeljka
        Simicia. Zachęcał on ludzi kultury, pisarzy, aktorów i innych artystów, by
        odwiedzali kosowskich Serbów i działalnością kulturalną wynagrodzili im to, co
        zostało utracone z bronią w ręku: "Walka, jaką prowadzą w Kosowie działacze
        kultury, organizując liczne uroczystości, świadczy, że bój o tę południową
        prowincję dopiero się rozpoczął i że czeka nas ofensywa wydarzeń kulturalnych,
        które pokażą opinii światowej, że Kosmet [Kosowo i Metochia - oficjalna serbska
        nazwa prowincji] pozostał w Serbii".

        Jednakże w chwili gdy Simić składał swe deklaracje, nawet dla najbardziej
        zajadłych nacjonalistów było jasne, że Kosowo jest dla Serbów stracone. Fakt ów
        stanowi punkt wyjścia do rozważań tych "pracowników sprawy narodowej", którzy
        po upadku Miloszevicia zastanawiają się nad skutkami jego polityki wojennej.
        Slobodan Rakitić z goryczą pisze o stratach, jakie ponieśli Serbowie w
        ostatnich wojnach, ale - co charakterystyczne dla patriotycznych przemówień,
        jakich przyszło nam słuchać przez ostatnie 15 lat - lamentuje wyłącznie nad
        utraconym terytorium. Tak jakby śmierć, nędza i hańba, jaką te wojny okryły
        Serbów, były czymś, na co nie warto trwonić słów. Serbowie "zostali bez swoich
        historycznych terytoriów w Chorwacji, Bośni, Macedonii, Kosowie i Metochii.
        Inne narody byłej Jugosławii stworzyły na jej ruinach swe niezależne państwa,
        których nigdy w historii nie miały, a Serbowie utracili terytoria należące do
        nich od wieków". Dlatego "słusznie można uznać Serbów za najbardziej
        skrzywdzony naród w Europie".

        Jednak i Rakitić uważa, że w tej sytuacji wojnę trzeba przenieść na front
        kultury: "Kulturowe powiązanie ziem serbskich - Serbii, Czarnogóry i Republiki
        Serbskiej [w Bośni] oraz Serbów w diasporze - jest bardzo ważne dla utrzymania
        narodowej świadomości i jedności, jeśli nie terytorialnej, to przynajmniej
        duchowej (...), zwłaszcza literatura, sztuka języka, ma w tym łączeniu funkcję
        integracyjną". Podobnie jak Miloszević, Trifković, Kosztunica, Kusovac czy
        Medaković, także Rakitić demaskuje podstępne zamiary światowych nieprzyjaciół
        Serbów, którzy chcą ich pozbawić specyfiki kulturowej i sprawić, by przestali
        istnieć jako osobny naród. "Nowi globaliści - ostrzega - zawzięli się
        szczególnie na tradycję i przeszłość Serbów. Poprzez odebranie kulturze jej
        oblicza, zakwestionowanie tradycyjnych wartości i zburzenie podstawowych mitów
        tworzy się kulturę bez tożsamości" ("Knjiżevne Novine" z 1-15 listopada 2001).

        Języka ogień się nie ima

        W dziedzictwie kulturalnym, sztuce i literaturze szuka się metody utrzymania
        narodowej tożsamości, energii i jedności duchowej wszystkich Serbów. Ale
        najważniejszą rolę przypisuje się językowi serbskiemu. Twierdzenie, że język
        jest fundamentem tożsamości narodowej - które nabrało nowego znaczenia
        politycznego w latach 80. ubiegłego wieku, w czasach konsolidacji ruchów
        etnonarodowych w byłej Jugosławii - w następnej dekadzie, zwłaszcza po klęskach
        wojennych, zyskało w Serbii rangę kultu. Twierdzenie to opiera się na
        przekonaniu, że w języku zawiera się esencja i byt narodu, że język jest tkanką
        łączną, która utrzymuje naród jako całość, fundamentem niezależności i
        państwowości, fortecą, która stawia opór wszelkim zmianom, niebezpieczeństwom i
        wyzwaniom, przed jakimi naród i jego państwo stają w toku historii.

        Myśl tę upowszechnia wielu serbskich pisarzy i językoznawców. Jest ona motywem
        przewodnim artykułu najbardziej dziś wpływowego poety serbskiego Matii
        Bećkovicia. W typowym dla siebie pouczająco-kaznodziejskim stylu opisuje
        Bećković niezrównane, narodowo-obronne, rzec można "fortyfikacyjne" funkcje
        języka: "W skarbcu języka tkwi tajemnica przetrwania i wybawienia"; "Największą
        odporność wykazuje duch, a największą nośność zdeptany język"; "Język jest
        jedynym, co w Kosowie nie zostało ścięte, bo języka ogień się nie ima, język
        się nie topi, nic mu nie zrobią ostrze ani ołów"; "W czarnogórską pustosz
        uciekł nie cały naród, lecz cały język, strażnik jego istnienia" ("Slużba").

        Ewokacja mitu głoszącego, że naród serbski po bitwie na Kosowym Polu (1389)
        odrodził się ze swego niezniszczalnego języka, ma na celu zaproponowanie
        takiego samego ratunku i dziś - po nowych klęskach, zniszczeniach i
        prześladowaniach. Milovan Danojlić, kolega Bećkovicia i jego towarzysz z frontu
        wojny poetycko-politycznej, widzi w serbskiej poezji i języku cudowny środek
        oporu i przetrwania - coś w rodzaju tajnej, niewidzialnej broni, której z
        powodzeniem można użyć przeciw obecnym okupantom ziem serbskich: "W czasach
        zagrożenia bytu narodowego, gdy ze wszystkich stron zalewają nas wędrowne
        odmiany języka angielskiego, poeci wracają do jedynego skarbu, którego nie może
        im zabrać żaden sfor czy kfor [międ
        • ignorant11 Re: Serbska kultura po Miloszeviciu (4) 05.03.04, 00:27
          Ewokacja mitu głoszącego, że naród serbski po bitwie na Kosowym Polu (1389)
          odrodził się ze swego niezniszczalnego języka, ma na celu zaproponowanie
          takiego samego ratunku i dziś - po nowych klęskach, zniszczeniach i
          prześladowaniach. Milovan Danojlić, kolega Bećkovicia i jego towarzysz z frontu
          wojny poetycko-politycznej, widzi w serbskiej poezji i języku cudowny środek
          oporu i przetrwania - coś w rodzaju tajnej, niewidzialnej broni, której z
          powodzeniem można użyć przeciw obecnym okupantom ziem serbskich: "W czasach
          zagrożenia bytu narodowego, gdy ze wszystkich stron zalewają nas wędrowne
          odmiany języka angielskiego, poeci wracają do jedynego skarbu, którego nie może
          im zabrać żaden sfor czy kfor [międzynarodowe siły pokojowe w krajach byłej
          Jugosławii; Danojlić pisze te skróty małymi literami] i którego nigdy nie
          pojmie do końca okupant, tak bardzo obecny na naszej ziemi. Wracają do
          rodzimego języka, swego tajnego, niezbywalnego bogactwa, do swojej magicznej
          formuły, mocnego i wiecznego oparcia" ("Knjiżevne Novine" z 15-30 listopada
          2001).

          "Politika" chętnie udostępnia swe łamy czytelnikom, którzy stają w obronie
          języka serbskiego i potępiają nieodpowiedzialny stosunek do niego. "Problem
          języka w żadnym razie nie jest marginalny - pisze pewna czytelniczka - i
          wszyscy, którzy go publicznie lekceważą, dopuszczają się czegoś w rodzaju
          dywersji wobec swego narodu. Podczas gdy Chorwaci pospiesznie budują swą
          tożsamość poprzez język, terytoria i obyczaje, my tracimy czas na jakieś inne -
          powiedzmy, polityczne - problemy, choć z natury rzeczy mają one charakter
          przejściowy, język zaś jest fundamentem i wieczną sprawą narodu serbskiego".

          Jakie piękne zamieszanie

          By jednak twierdzenie, że język jest bytem narodu i twierdzą państwa, było
          wiarygodne, nie wystarczy, że głoszą je współcześni poeci, choćby i sam
          Bećković. Należy nadać mu patynę starodawnej mądrości, przesłania przodków.
          Dlatego właśnie owo twierdzenie zostało przypisane mitycznym ojcom założycielom
          serbskiego narodu i państwa - Nemanji i świętemu Sawie [Stefan Nemanja - władca
          Serbii ok. 1170-96; jego najmłodszy syn Rastko Nemanjić, ok. 1174-

          -1235, arcybiskup Belgradu, wstąpił do klasztoru na górze Atos i przyjął imię
          Sawa].

          Pod koniec lat 90. w belgradzkiej prasie pojawiły się teksty, w których
          cytowano przypisywane Nemanji i Sawie myśli o języku mające dowieść, że już oni
          doskonale zdawali sobie sprawę z tego, iż tajemnica przetrwania narodu
          serbskiego tkwi w obronie języka przed obcymi ludami i obcymi wtrętami - a
          wiedzę tę umieli przekazać równie pięknie i wzniośle jak niektórzy ich
          potomkowie w szeregach dzisiejszych serbskich poetów. W ostatnich latach często
          cytowano w "Politice" rzekome przesłanie, które - dokładnie 13 lutego 1200 r.! -
          chory mnich Symeon [pod tym imieniem Nemanja spędził w klasztorze ostatnie
          lata swego życia] miał pozostawić synowi Sawie i swojemu narodowi. Święto
          Symeona Rozsiewającego Cudowne Wonie, obchodzone uroczyście w siedzibie
          Patriarchatu Serbskiej Cerkwi Prawosławnej w lutym 1998 r., dało pewnemu
          dziennikarzowi okazję do zacytowania rzekomego przesłania Nemanji, które "nie
          straciło swej aktualności".

          I rzeczywiście, to, co głosił ponoć mnich Symeon, jako żywo przypomina
          dzisiejsze wypowiedzi wielu serbskich pisarzy i lingwistów "zorientowanych
          narodowo": "Strzeżcie, dziatki moje miłe, języka jak ziemi. Słowo można utracić
          jak gród, jak ziemię, jak duszę. A czymże jest naród, gdy utraci język, ziemię,
          duszę? Nie kładźcie cudzego słowa w usta swoje. Jeżeli weźmiesz cudze słowo,
          wiedz, żeś go nie zdobył, jeno siebie obcym uczynił. Lepiej jest utracić
          największy, najlepiej obwarowany gród w ziemi swojej niźli najmniejsze,
          najbłahsze słowo swego języka...".

          Nemanja poucza też Serbów, że jeśli zachowali język, nie powinni rozpaczać z
          powodu klęski na wojnie, bo klęska nie musi być ostateczna. Nie dlatego, że
          dzięki językowi nadal żyją jako zbiorowość narodowa, lecz dlatego, że w języku
          znajdą siłę, by znów podjąć - z większym sukcesem - dzieło politycznego i
          terytorialnego zjednoczenia: "Kiedy wróg pokona wszystkie twe mury i twierdze,
          nie rozpaczaj, jeno słuchaj i dbaj o język. Jeśli pozostał nietknięty, nie
          lękaj się (...) królowie się zmieniają, państwa upadają, a język i naród są
          tym, co trwa. Przeto podbita część ziem i lud prędzej czy później wrócą do
          swego języka - macierzy swojej, i swego ojczystego narodu".

          Rzeczywistym autorem dywagacji językowych Symeona jest publicysta Mile Medić,
          który napisał też kilka innych "przesłań Stefana Nemanji" - o ziemi, krwi,
          grobach i kościach, niebie i gwiazdach, cerkwi i władzy, książce i alfabecie,
          pieśni i muzykowaniu oraz o serbskich imionach. Nemanja jawi się w nich jako
          daleki przodek i nauczyciel Dimitrije Ljoticia oraz innych aktywistów polityki
          krwi i ziemi [Ljotić - 1891-1954 w latach II wojny światowej stał na czele
          serbskiej organizacji Zbor, która czynnie współpracowała z władzami
          hitlerowskimi].

          Medić postarał się, by jego literackie pastisze sprawiały wrażenie
          autentycznych dokumentów historycznych - drukował je archaiczną cyrylicą i
          opatrywał reprodukcjami fresków ze średniowiecznych monasterów. Zdołał sprawić,
          że jego pastisze przyjęto jako autentyczne przesłanie Nemanji - znalazły się w
          programach różnych patriotycznych akademii w szkołach, cerkwiach i koszarach,
          włącznie z uroczystościami organizowanymi przez Cerkiew ku czci świętego Sawy.

          O tym sukcesie informuje pani Medić, autorka posłowia do książki, w której jej
          mąż pomieścił wszystkie przesłania ("Zavesztanja Stefana Nemanje"). "Wiem, że
          lubiłeś to piękne zamieszanie" - pisze w formie listu do drogiego pisarza i
          małżonka. Zamieszanie, jakie w umysłach swoich czytelników spowodował pseudo-
          Nemanja, jest dla niej dowodem, że mamy do czynienia z dziełem
          będącym "bezpośrednią kontynuacją niesłusznie i brutalnie przerwanej tradycji
          literackiej doby Nemanjiciów w dzisiejszej literaturze". To zaś oznacza, że
          tekst jest jednak autentyczny, i to w wyższym sensie - nie napisał go wprawdzie
          Nemanja, lecz pochodzi z "doby Nemanjiciów", a to przecież dużo ważniejsze.

          Bo ani Nemanja, ani Mile Medić nie mówią ani słowa od siebie, nic swojego.
          Poprzez nich przemawia naród serbski - nic więc dziwnego, że w tej mowie naród
          rozpoznaje siebie, nie dbając o to, czy tekst pochodzi z wieku XII, czy z XX,
          czy napisał go Stefan, czy Mile. "Wielu współczesnych czytelników - pisze pani
          Medić - znalazło w nim siebie i swoje korzenie, utożsamiając i siebie, i
          ciebie, i Stefana Nemanję z całym serbskim narodem".

          Może z obawy, by to "piękne zamieszanie" nie zostało wyjaśnione, Mile Medić
          zrobił jeszcze coś, żeby je powiększyć - w nowych wydaniach dzieła wskazał
          rzekome źródło przesłania: "Z dokumentu hilandarskiego". Do tego fałszywego
          źródła odwołują się wszyscy cytujący ów pastisz, który w ten sposób stał się
          prawdziwym falsyfikatem.

          przeł. Magdalena Petryńska

          Dokończenie 28 lutego w "Gazecie Świątecznej"

          *Ivan Czolović - serbski antropolog i filozof, autor m.in. książki "Polityka
          symboli. Eseje o antropologii politycznej" (wyd. polskie 2001). Publikowany
          przez nas tekst powstał w ramach projektu "Droga Serbii do pokoju i
          demokracji", który realizuje pismo "Republika" we współpracy z Fundacją
          Heinricha Bölla. Przypisy pochodzą od tłumaczki i od redakcji


          Ivan Czolović


          Pozdrawiam i zapraszam na:
          Forum Słowiańskie
          nakarm dziecko, kliknij w pajacyka TERAZ:
          www.pajacyk.pl
          Ignorant
          +++
          • ignorant11 Re: Serbska kultura po Miloszeviciu (2/1) 05.03.04, 00:28
            Kultura to nie sieć pomników świadczących, że na określonym terytorium włada
            samorodny duch narodowy. To obszar dialogu. Jednak dla serbskich nacjonalistów
            racją bytu jest obrona narodu przed rzekomym wrogiem. Dlatego nie wiedzą, co ze
            sobą począć, skoro nie trzeba się już z nikim bić - dokończenie artykułu Ivana
            Czolovicia

            Twierdzenie, że język jest fundamentem i ostatnią ucieczką narodu, stanowi
            podstawę kultu nie tylko języka, lecz także twórczości w języku narodowym -
            przede wszystkim poezji i poetów. O politycznej i wojskowo-obronnej wadze tego
            kultu świadczy jego rola w niektórych uroczystościach państwowych i wojskowych.
            I tak podczas rytualnej salwy honorowej na Kalemegdanie [najstarszy park w
            Belgradzie, nad ujściem Sawy do Dunaju] w Dniu Wojska Jugosławii (16 czerwca)
            scenariusz przewiduje recytację tekstów patriotycznych.

            W 1998 r. agencja Tanjug informowała, że pewien kapitan i szeregowy „wygłosili
            legendarną mowę majora Dragutina Gavrilovicia do ostatnich obrońców Belgradu z
            roku 1915, słowo władyki Danila z »Górskiego wieńca «, fragmenty rozprawy
            teoretycznej André Gavé »Ku chwale wojska «, mowę władyki Petara Petrovicia
            Njegosza w przededniu bitwy pod Martiniciami »W wolnych górach nie rodzą się
            tchórze « i wiersz Matii Bećkovicia »Kosowe Pole «” [Petar II Petrović Njegosz,
            1813-51, książę Czarnogóry, a także poeta romantyczny, autor poematu
            epickiego „Górski wieniec”].

            W rytuale wojskowo-religijnym poezja może nawet zmienić się w ikonę. Taką
            transformację przeszedł "Zuchwały wiersz" Dobricy Ericia, który 19 maja 1999
            r., podczas wojny w Kosowie i bombardowania Jugosławii, prawosławne
            duchowieństwo z Baru uroczyście podarowało dowództwu floty Marynarki Wojennej
            Jugosławii. Korespondent "Politiki" informował: "Wiersz Ericia, wykaligrafowany
            na tle prawosławnych motywów i oprawiony w ramy o wymiarach metr na pół metra,
            przedstawiciele miejscowych władz cerkiewnych i tutejszego namiestnictwa
            Patriarchatu przynieśli do dowództwa floty i powiesili w widocznym miejscu".

            Spoił naszą przestrzeń duchową

            W ostatnich latach szczególne znaczenie zdobyły te polityczne rytuały ku czi
            poetów, które na plan pierwszy wysuwają nie dzieła owych twórców, lecz ich
            pośmiertne szczątki, groby czy pomniki w miejscu ich narodzin, zamieszkania lub
            śmierci. Ten rodzaj spuścizny - w odróżnieniu od dzieł - łatwo bowiem można
            powiązać z określonym terytorium. Związek serbskiego poety orientacji narodowej
            z jakimś terytorium ma szczególne znaczenie polityczno-symboliczne - zwłaszcza
            gdy chodzi o teren, który uważa się za część serbskiego "obszaru etnicznego",
            ale nie jest on częścią ojczystego państwa albo jego przynależność do Serbii
            stoi pod znakiem zapytania.

            Przykładem takiego rytuału było uroczyste przeniesienie zwłok Jovana Duczicia
            [serbski poeta i polityk, ur. w 1874 r. w Trebinju (Hercegowina), zm. w 1943 r.
            w USA] z amerykańskiego miasta Libertville do Trebinja, 22 października 2000 r.

            Wcześniej "elita narodowa" włożyła wiele trudu w to, by twórczość Duczicia
            brutalnie zredukować do treści narodowych, eliminując z niej wszystkie niuanse
            i sprzeczności. Na trzy dni przed uroczystościami w Trebinju Slobodan Rakitić
            pisał: "Najlepsze, co ma serbski naród, co wyróżnia serbskiego ducha
            narodowego, zawiera się w liryce Duczicia" ("Politika").

            Przeniesienie szczątków Duczicia przygotowywano kilka lat, a zrealizowano w dwa
            tygodnie po obaleniu prezydenta Miloszevicia. Ta okoliczność skłoniła
            niektórych mówców do podkreślania podczas ceremonii pogrzebowej, że oto powrót
            demokracji do Serbii zbiegł się z powrotem Duczicia pomiędzy Serbów. Matija
            Bećković ujął to tak: "Duczić i wolność przyszły razem". Znaczenie owej
            zbieżności docenił także nowy prezydent Jugosławii Vojislav Kosztunica, który
            dołożył starań, by osobiście uczestniczyć w pogrzebie. Zauważono, że ucałował
            trumnę ze szczątkami; otrzymał nawet pochwałę od Bećkovicia jako pierwszy od
            półwiecza "przedstawiciel narodu, który nie tylko został ochrzczony, ale także
            się przeżegnał" ("Politika" z 28 października 2000).

            Tymczasem przeniesienie szczątków Duczicia do wzniesionej na tę okazję świątyni-
            mauzoleum miało na celu przede wszystkim symboliczne oznakowanie terytorium
            Hercegowiny - która po wojnie znalazła się poza granicami Jugosławii - jako
            serbskiego obszaru etnicznego, "serbskiej ziemi". Duczić - a ściślej: pomniki
            wzniesione ku jego czi, także w minionych latach - wyznacza rubieże Serbii. Nie
            jest więc prawdą, że czekano, "aż przyjdzie wolność" (aż się zmieni władza),
            żeby i Duczić "wrócił między Serbów". Jego powrót rozpoczął się bowiem pod
            rządami Slobodana Miloszevicia - był częścią strategii politycznej, którą
            kreowali "pracownicy sprawy narodowej" w kulturze, włączając się w ambitne
            plany byłego reżimu dotyczące podziału byłej Jugosławii.

            Pod koniec wojny w Bośni wzniesiono w Trebinju pomnik Duczicia - replikę
            popiersia poety, które w kwietniu 1993 r., w 50. rocznicę jego śmierci,
            postawiono na Kalemegdanie (dzieło Risty Stijovicia). W 1996 r. dołączyła duża
            figura z brązu autorstwa Drinki Radovanović. Także ten pomnik doczekał się
            repliki - tym razem w 1997 r. w Somborze (Wojwodina). Sławiąc pomniki Duczicia
            na granicznych punktach serbskiego obszaru etnicznego, pisarz Dragomir
            Brajković stwierdził, że dzieło poety jest ściśle związane z tym obszarem i
            stworzone zostało po to, by go symbolicznie scementować. "Swoją twórczością
            poetycką - od sonetów adriatyckich, poprzez wiersze z wybrzeża czarnogórskiego
            i sceny z Dubrownika - Duczić ogarnął i spoił całą serbską przestrzeń duchową,
            a znaki ustawione dla uwiecznienia jego pamięci pokryły ją i scementowały na
            zawsze. Oba pomniki, w Trebinju i Somborze, charyzmą Duczicia symbolicznie
            spajają dwa serbskie miasta - położone najdalej na północy i najdalej na
            południu" ("Politika" z 17 listopada 2000).

            Niechaj jak lampka świecą w tym mroku

            Opisując owo symboliczne łączenie serbskiego terytorium poprzez stawianie
            pomników Ducziciowi, Brajković w istocie powtarza to, co już wcześniej napisał
            Rajko Petrov Nogo. Ten ostatni zaś opiewa zasługi Bećkovicia, który uczynił z
            Duczicia strażnika ziem serbskich in spe - to bowiem Bećković "odsłonił w
            Somborze, gdzie poeta chodził do szkoły, replikę rzeźby z Trebinja i w ten
            sposób połączył serbską północ z południem".

            Nogo wszakże w roli kamieni granicznych serbskiego obszaru etnicznego postrzega
            też innych poetów i inne pomniki - przy czym bez żadnych wątpliwości daje
            pierwszeństwo pomnikom nagrobnym. Można by rzec, że w jego oczach oznaczają one
            terytorium etniczne dużo mocniej - a właściwie głębiej - niż zwykłe pomniki,
            pod którymi nie ma grobów i szczątków poetów, nie ma więc tej cudownej siły,
            jaka z nich emanuje.

            Po ekshumacji Duczicia (przy okazji podkreślano, że jego zabalsamowane ciało
            zachowało się wyjątkowo dobrze) jego symboliczna moc - wcześniej ukryta
            w "pustych" pomnikach - znacznie wzrosła i dziś może się równać tylko z tą,
            jaką ma zaledwie kilka sław serbskiej poezji, których szczątki spoczywają w
            grobach-pomnikach. Są to pomniki najwyższej rangi, obdarzone najpotężniejszą
            mocą. Wyróżniają się tym, że stoją poza cmentarzem - na wzniesieniach, a nawet
            na szczytach gór. Nogo pragnie więc, by grób Duczicia dołączył do dwóch innych
            wzgórz wytyczających serbskie terytorium etniczne: "Niechaj jak lampka oliwna
            świecą w tym mroku Branko [Radiczević, serbski poeta romantyczny, 1824--53] na
            Strażilovie, Njegosz na Lovćenju, Duczić na Crkvinie" ("Politika" z 23 września
            2000).

            Jednakże zabalsamowane ciało Duczicia ma konkurencję - szczątki Aleksy
            Szanticia [serbski poeta modernistyczny, 1868-1924]. Jak zaświadcza Nedzia
            Szipovac, pisarz z Nevesinja, dla hercegowińskich Serbów właśnie „Szantić był
            kamien
            • ignorant11 Re: Serbska kultura po Miloszeviciu (2/2) 05.03.04, 00:31
              Jednakże zabalsamowane ciało Duczicia ma konkurencję - szczątki Aleksy
              Szanticia [serbski poeta modernistyczny, 1868-1924]. Jak zaświadcza Nedzia
              Szipovac, pisarz z Nevesinja, dla hercegowińskich Serbów właśnie „Szantić był
              kamieniem granicznym serbskiego obszaru duchowego, jego integralnym,
              magnetycznym reprezentantem”. Zostało to potwierdzone w toku minionej wojny,
              gdyż „Szantić był wśród naszych żołnierzy i ludności dużo bardziej obecny niż
              jakikolwiek inny poeta, wliczając w to jego współbrata z Mostaru, urodzonego w
              Trebinju Jovana Duczicia (...). Dlatego osobiście, a także z kolegami i
              przyjaciółmi próbowałem w toku walk zbrojnych »przenieść « Szanticia na
              mostarsko-nevesińskie pole walki, na co nie pozwoliły nam operacje wojenne.
              Zrobiliśmy to więc przed trzema laty tutaj, w Nevesinju”.

              Szantić pozostał jednak na drugim planie. Szipov podziwia mauzoleum w Trebinju -
              i napomyka, że Duczić przede wszystkim dzięki temu „ostatniemu miejscu
              niezwykłej piękności, gdzie spoczywa na wieki (...) niespodziewanie stał się
              sławny”. Szanticiowi nie pomogło nawet to, że „z Nevesinja pochodzi także
              obecny prezydent Kosztunica, który o naszym poecie pisał przed paru laty w
              czasopiśmie »Hriszcianska Misao «” („Zbilja” nr 8-10 z 2001 r.).

              Oprócz martwych sław, których pomniki i groby postawiono na straży granic
              Serbii, jej obszaru etnicznego strzegą także poeci współcześni, potomkowie
              dawnych. Ich wiersze również pisane są z myślą o integracji Serbii w jednolity
              obszar kulturowy i, jeśli to możliwe, państwowy. Nogo przypomina, że serbscy
              poeci już od paru lat przyjeżdżają do Trebinja na "Wieczory poezji im.
              Duczicia" by zademonstrować zasięg geograficzny i jedność serbskiej poezji i
              kultury: "I przybywali pokłonić się Ducziciowi, na jego wieczory poezji liczni
              poetyccy potomkowie Duczicia, czekając na jego powrót, aby powiązać w jeden
              łańcuch górski i Lovćen, i Leotar, i Avalę, i Strażilovo, i Ozren, i Romaniję,
              i Dinarę, i Szarę" (góry Ozren i Romanija leżą w Bośni, Dinara w Chorwacji,
              Szara na granicy Macedonii i Kosowa; Nogo wymienia je jednym tchem z serbskimi
              Strażilovem i Avalą).

              Nogo składa hołd poetom patriotom, uczestnikom owych spotkań, dzięki którym i
              dziś istnieje "jednolity serbski archipelag poetycki". Nie może się jednak
              oprzeć, by na koniec nie postawić kwestii politycznej, której - jego zdaniem -
              służy od zawsze cała poezja serbska: "Czy i kiedy jednolity obszar duchowy i
              kulturowy stanie się wreszcie, po tylu nieszczęściach, jednolitym państwem?"
              ("Letopis Matice Srpskie", listopad 2000).

              Wraca azjatycka hydra

              Stratedzy i propagatorzy serbskiego Kulturkampfu chętnie postrzegają swą
              kampanię w kontekście europejskiej i światowej geopolityki. Wykazują duże
              zainteresowanie różnymi wersjami teorii, wedle której świat jest areną
              konfliktu kultur czy zderzenia cywilizacji. Czasem odwołują się do najbardziej
              znanego zwolennika tej koncepcji Samuela Huntingtona. O tym, jakie znaczenie
              przypisują owej teorii "pracownicy sprawy narodowej" - zwłaszcza historycy -
              świadczy konferencja naukowa "Spotkanie czy konflikt cywilizacji na Bałkanach",
              zorganizowana przez Serbską Akademię Nauk w Belgradzie w grudniu 1997 r.
              Jeśli zgodnie z Huntingtonem uznać antagonizmy, konflikty i wojny za wynik
              głębokich, niedających się pogodzić sprzeczności między kulturami, to i wojny z
              końca minionego wieku, w których uczestniczyli Serbowie, otrzymują nowy,
              planetarny wymiar. Nie są to już wojny byłych republik jugosłowiańskich i ich
              elit narodowych o podział wczorajszego wspólnego państwa - niezbyt pasujące do
              współczesnych procesów politycznych i ekonomicznych w Europie - lecz nowe
              ogniska globalnego konfliktu cywilizacji, który może się przekształcić w
              prawdziwą katastrofę.

              Ci, którzy w ten sposób interpretują wojnę w Bośni, powołują się na opinię
              Huntingtona, iż owa wojna była "krwawym epizodem w nieustającym konflikcie
              cywilizacji". Jednakże, w przeciwieństwie do Huntingtona - który, nawet gdy
              opisuje "krwawe granice islamu", nie okazuje lekceważenia i pogardy dla islamu
              oraz innych cywilizacji nieeuropejskich - nacjonaliści serbscy odmawiają
              niektórym kulturom, zwłaszcza islamskiej, statusu cywilizacji i nazywają
              je "barbarzyństwem". Jak zauważa Mirko Djordjević, "Huntington nie upraszcza
              spraw, przynajmniej nie tak bardzo i nie w taki sposób, jak czynią to niektórzy
              jego źli uczniowie w naszym kraju. Ogólnie mówiąc, zrozumieli tylko podstawowy
              schemat swego mistrza, jeszcze bardziej go uprościli i wykorzystali do opisu
              naszej sytuacji. Wyszła z tego karykatura czegoś, co już jako teoria było złe"
              ("Znaci Vremena", 1998).

              Tak więc rozważania naszych nacjonalistów na temat konfliktu cywilizacji często
              wykraczają poza ramy tematu, zmieniając się w alarmistyczny opis starcia
              cywilizacji z barbarzyństwem - przy czym Serbom przypisuje się rolę
              bohaterskich obrońców wartości europejskich i chrześcijańskich, którym pod
              koniec XX wieku znów zagraża ofensywa islamu, najazd Azjatów na Europę. W ten
              sposób walce o serbski obszar etniczny i kulturowy nadaje się sens obrony
              Europy - terytorium cywilizacji chrześcijańskiej.

              Atak islamskich terrorystów z 11 września dał naszym rzekomym obrońcom
              cywilizacji okazję, by Europejczykom i Amerykanom raz jeszcze przypomnieć dawne
              i nowe zasługi Serbów w walce ze wschodnim barbarzyństwem i skarcić ich za
              niedocenianie owych zasług, za błędną ocenę własnego interesu, za głupotę,
              którą wspólny wróg potrafi wykorzystać i ukarać.

              Djordje Kadijević pisze więc: „Dym na Manhattanie (...) potwierdza
              ciągłość »walki światów «, walki Wschodu z Zachodem, azjatyzmu z
              europejskością”. Wymienia trzy najważniejsze jego zdaniem ataki Azji na Europę:
              spalenie Biblioteki Aleksandryjskiej w 642 r., zdobycie Konstantynopola w 1453
              r. oraz „powrót azjatyckiej hydry na ziemie europejskie” podczas niedawnych
              wojen w Bośni, Kosowie i Macedonii. Za każdym razem - powiada - przeciw
              cywilizacji europejskiej ruszyły „te same azjatyckie hordy”, a w ostatnich
              dwóch wojnach sukcesy hord wspierał „łaciński Zachód, złośliwie odmawiając
              pomocy” („Politika”, 27 października 2001 roku).

              Serbia i zbrodnicza Europa

              Motyw nierozpoznania prawdziwego sojusznika w wojnie cywilizacji z
              barbarzyństwem - czyli podstępnego odmówienia pomocy Serbom, którzy w tej
              wojnie znaleźli się na pierwszej linii - wiąże się z innym konfliktem,
              wewnątrzcywilizacyjnym, co najmniej równie dramatycznym jak rzekomy konflikt
              cywilizacji. Konflikt wewnątrzcywilizacyjny przeciwstawia autentyczne wartości
              kultury europejskiej - które ponoć znaleźć można na ich rodzimym, bałkańskim
              gruncie - fałszywej, wyobcowanej z prawdziwie europejskiego ducha kulturze
              Zachodu. Autentycznej cywilizacji europejskiej zagrażają w tym ujęciu nie tyle
              nieprzyjaciele z zewnątrz, ile europejskie samowyobcowanie i samozapomnienie
              własnych tradycji.

              Serbom siłę do wytrwania w tej walce daje ich kultura narodowa, z której
              uczynili niezdobytą twierdzę własnej tożsamości, dokąd wycofują się po klęskach
              wojennych i skąd wyruszają na nowe wojny. Jednakże pozostałe narody Zachodu
              zlekceważyły funkcje obronne swych narodowych kultur chrześcijańskich,
              pozwoliły im się zdegenerować - i dlatego dziś nie potrafią bronić się przed
              obcymi. "Jedną z największych słabości cywilizacji zachodniej jest jej
              degeneracja, spowodowana umacnianiem się wspólnot obcej cywilizacji" - powiada
              Milorad Ekmeczić.

              Tę degenerację Zachodu, zwłaszcza Europy, szczegółowo opisuje Czedomir
              Popov. "Zbarbaryzowane osiągnięcia jej własnej cywilizacji zalewają ją, duszą,
              niszczą jej świadomość i sumienie, rozum i emocje. Niewolą ją kulturowo,
              politycznie i ekonomicznie, odbierają jej duszę, a
              • ignorant11 Re: Serbska kultura po Miloszeviciu (2/3) 05.03.04, 00:33
                Tę degenerację Zachodu, zwłaszcza Europy, szczegółowo opisuje Czedomir
                Popov. "Zbarbaryzowane osiągnięcia jej własnej cywilizacji zalewają ją, duszą,
                niszczą jej świadomość i sumienie, rozum i emocje. Niewolą ją kulturowo,
                politycznie i ekonomicznie, odbierają jej duszę, a oddają chleb z masłem
                osłodzone opium, słodkie, ale niszczycielskie nałogi i utratę pamięci". Ten
                dramatyczny opis upadku europejskiego ducha - w którym nieoczekiwanie znalazł
                się też chleb z masłem - służy podkreśleniu cywilizacyjnych zasług Miloszevicia
                i serbskich nacjonalistów, tu oczywiście nazywanych Serbią. Służy zatem
                usprawiedliwieniu wojny, którą wiosną 1999 r., gdy Popov pisał te słowa, nasi
                nacjonaliści prowadzili ze "zdegenerowanym" Zachodem.

                Popov kończy swe rozważania wizją katastrofy, jaka by nastąpiła, gdyby "Serbia"
                przegrała tę wojnę: "Temu oto przeciwstawia się i składa w ofierze Serbia,
                broniąc, rzecz jasna, przede wszystkim siebie, swoich ludzi, swego państwa,
                swego narodu. Jeśli w tej walce zdoła znaleźć poparcie w świecie, przede
                wszystkim europejskim, będzie to silny bodziec dla innych, miłujących wolność i
                humanizm. Jeśli padnie, zagrozi to człowiekowi. Oto dlaczego jej walka ma
                wartość uniwersalną (...). Oto dlaczego jej klęska może oznaczać początek
                tworzenia uniwersalnego imperium niewolnictwa".

                Podobne rozważania - w czasie gdy bomby NATO spadały na Belgrad - snuł filozof
                Mihajlo Marković. Według niego celem bombardowań było właśnie zniszczenie ducha
                narodu serbskiego, a konsekwencje tego byłyby zgubne dla całej
                ludzkości. "Gdyby NATO zdołało zniszczyć wspaniałego ducha serbskiego narodu,
                skutki byłyby straszliwe (...). Ludzkość wróciłaby do stanu pierwotnej
                anarchii, którą opisywali Hobbes, Locke i Rousseau".

                Ostatnie wojny na Bałkanach skłoniły filozofa Mihajla Djuricia do pochylenia
                się z troską nad losem ludzkości i cywilizacji europejskiej. Jego zdaniem
                Serbowie w tych wojnach byli ofiarą Europy - tej, która oderwała się od
                korzeni, od swego autentycznego ducha. "Nie powinniśmy się martwić tym tylko,
                że nasze przetrwanie jako narodu na własnej ziemi było w najwyższym stopniu
                zagrożone. Cały świat znalazł się w niebezpieczeństwie i nasze cierpienia są
                tylko przykładem - może najboleśniejszym i najdrastyczniejszym - nihilizmu
                współczesnego świata. Najbardziej boli nas własny los, to straszne
                nieszczęście, które nas spotkało, ale nie wolno zapominać, że cały świat ma
                problemy" ("Politika" z 24 lutego 2001).

                Jednak świat, a przynajmniej Europa, ma jeszcze szansę i nasz filozof wskazuje,
                gdzie szukać ratunku. "Naszą europejską przyszłością może być tylko twórczo
                przekształcona i na nowo przyswojona grecka przeszłość". Rada Djuricia - który
                wzywa Europę, jak tylu filozofów i myślicieli przed nim, by budowała swą
                przyszłość, sięgając do źródeł antycznych - nie byłaby dla nas interesująca,
                gdyby serbski filozof nie wpisał jej w scenariusz Kulturkampfu.

                Zdaniem Djuricia Europa może znaleźć cenne relikty greckiej przeszłości w...
                kulturze serbskiej, która jest jej spadkobierczynią i strażnikiem. Jeśli Europa
                zwróci się ku Helladzie, "w tych ramach i pod tym znakiem może przywrócić swój
                dawny blask i otrzymać nowe, ostre światło oraz nasze własne serbskie
                dziedzictwo, zwłaszcza bezcenne śluby kosowskie z naszej wielkiej mitycznej
                przeszłości, w największej mierze natchnionej grecką poezją epicką i grecką
                tragedią" ["śluby kosowskie" - obowiązek bezwzględnej walki z wrogiem
                potwierdzony i uświęcony w bitwie na Kosowym Polu; jeden z najważniejszych
                motywów serbskiej mitologii ludowej i tradycji epickiej].

                Niestety, na razie zdaniem Djuricia nic z tego, bo w czasie ostatnich wojen na
                Bałkanach Europa znów straciła szansę powrotu do siebie i rozpoznania się w
                serbskim dziedzictwie kulturowym. Najgorsze, że podczas tych wojen, zwłaszcza w
                Kosowie, uczestniczyła w burzeniu pomników serbskiej kultury. To dziedzictwo
                pisze Djurić, "w toku ostatniej wojny NATO z narodem serbskim - wojny bez
                wypowiedzenia - było głównym celem zbrodniczego burzenia i niszczenia. Tym
                szalonym czynem Europa sama sobie zadała śmiertelny cios" ("Politika" z 24
                marca 2001).

                Wspólnota szuka ratunku w kulturze

                Wraz z promowaniem nacjonalistycznego modelu kultury w postkomunistycznej
                Serbii pojawiła się też krytyka owego modelu. Opublikowano wiele artykułów,
                esejów i studiów o nacjonalistycznym manipulowaniu tradycją kulturalną,
                językiem, literaturą i sztuką. Ich autorzy - a także działacze partii
                obywatelskich i instytucji społeczeństwa obywatelskiego - są przekonani, że
                walka polityczna mająca na celu przekształcenie Serbii w demokratyczne,
                pokojowe państwo dobrobytu, wymaga rozrachunku z nacjonalizmem kulturowym.

                Krytycy nacjonalizmu skupili się wokół niektórych organizacji pozarządowych
                (najstarsze z nich to Belgradzki Krąg, Centrum Akcji Antywojennych, Fundacja
                Humanitarnego Prawa, Belgradzki Komitet Praw Człowieka, Helsiński Komitet
                Obywateli i Centrum Studiów Kobiecych), a także niezależnych stacji radiowych,
                dzienników i czasopism (Radio B92, "Danas", "Vreme", "Republika", "Helsinška
                Povelja", "Recz", "Mostovi", "ProFemina").

                Pilotażowy numer pisma "Dijalog" (jesień-zima 1995) zawierał materiały z
                belgradzkiego sympozjum "Kultura jako samoobrona społeczeństwa i jednostki".
                Redakcja pisma stwierdziła w słowie wstępnym: "Kultura, chociaż jej pierwszej
                dotknął narastający kryzys, była też pierwszą, która stawiła mu opór". Myśl tę
                rozwija Dragoljub Mićunović w referacie otwierającym sympozjum: "Kultura może
                stać się najskuteczniejszą obroną przed narzucaniem niszczycielskich wzorców
                politycznych, ponieważ zwraca się ku wolności, wzajemności, tolerancji i
                postępowi ludzkości". Warto zauważyć, że także Mićunović widzi w kulturze
                ratunek dla wspólnoty w momentach zagrożenia, jednak - w przeciwieństwie do
                nacjonalistów, według których kultura jest ostatnią twierdzą narodu - proponuje
                jej model kosmopolityczny, uniwersalistyczny. "Kiedy ludzka wspólnota jest
                zagrożona, stara się przetrwać i rozwijać w kulturze i poprzez kulturę".

                Zakwestionowano koncepcje kultury służące teoretycznej podbudowie i
                legitymizacji modelu nacjonalistycznego, m.in. teorię zwaną statyczną lub
                substancjalistyczną, która uważa kulturę za wyraz autonomicznego ducha czy
                charakteru narodowego. Krytycy owej koncepcji podkreślają, że tożsamości
                kulturowe nie są samorodne ani autochtoniczne, nie biorą się ze specyfiki ziemi
                czy języka, lecz powstają w procesie komunikacji z innymi i są owocem tej
                komunikacji. Socjolog Branimir Stojković pisze: "To oczywiste, że stosunek do
                innego jest konstytutywnym elementem tożsamości i dopiero w stosunku do
                innego/innych można zyskać świadomość siebie" ("Kulturna Prava", 1999).
                Krytyka owa ma znaczenie nie tylko teoretyczne. Jest ważna również dlatego, że
                nacjonaliści skłonni są postrzegać w kontaktach kulturalnych i przenikaniu się
                kultur zagrożenie dla tożsamości narodowej, a tym samym - niebezpieczeństwo
                utraty niezależności przez państwo narodowe. Natomiast jednoznaczne uznanie, że
                konstytutywnym składnikiem każdej tożsamości kulturowej są jej relacje z innymi
                kulturami, nie pozwala traktować granic między kulturami jako fatalnych linii
                konfliktów między narodami, a twórców - jako żołnierzy w okopach.

                Świadomość, że jedynym niebezpieczeństwem grożącym kulturze jest jej izolacja,
                może być dobrą podstawą nowej polityki kulturalnej w Serbii. Ta polityka nie
                musi koniecznie wychodzić poza ramy, jakie wyznacza państwo narodowe, ale na
                pewno musi uwzględnić niektóre wymogi stawiane nowoczesnemu narodowi. Takie
                stanowisko reprezentuje - odwołując się do niemieckiego filozofa Jürgena
                Habermasa - Duszan Pavlović. Powiada: "Nowoczesny naród nie może szukać swej
                tożsamości wyłącznie we wspólnocie etniczno-kulturowej, bo jest to koncepcja
                prepolityczna. Nowoczesny naród musi
                • ignorant11 Re: Serbska kultura po Miloszeviciu (2/4) 05.03.04, 00:35
                  Powiada: "Nowoczesny naród nie może szukać swej tożsamości wyłącznie we
                  wspólnocie etniczno-kulturowej, bo jest to koncepcja prepolityczna. Nowoczesny
                  naród musi znaleźć swoją tożsamość w demokratycznej, terytorialnej organizacji
                  państwowo-prawnej".

                  Oczyszczone miasta

                  Krytyka nacjonalistycznego modelu kultury stara się również pokazać, jakie
                  niebezpieczeństwa wiążą się z traktowaniem kultury jako homogenicznego świata
                  wartości zamkniętego w ramach narodowych i przeciwstawionego innym kulturom.
                  Takie narodowo-monistyczne podejście prowadzi do nietolerancji i unikania
                  kontaktów z innymi kulturami, a często do strachu przed sąsiadami. Antropolog
                  Zagorka Golubović pisze, że nacjonalistyczny monizm umocnił się w Serbii pod
                  koniec lat 80. ubiegłego wieku. "Zamiast orientacji na rozwój kultury
                  pluralistycznej, otwartej zarówno w komunikacji zewnętrznej, jak i wewnętrznej,
                  doszło do zamknięcia się w ramach narodowych i do izolacji kultur narodowych.
                  Tak został stworzony quasi-pluralizm, który obowiązywał tylko wobec innych
                  kultur narodowych, podczas gdy wewnątrz danego narodu dokonywała się
                  homogenizacja na bazie nacjonalizmu jako jedynie słusznej, oficjalnej
                  ideologii". Autorka zwraca uwagę, że w ten sposób kultura nie tylko
                  zachowała "przede wszystkim funkcję represywną" z czasów komunizmu, ale też
                  stała się narzędziem "nacjonalistycznej indoktrynacji, piętnującej każde
                  niezależne myślenie i działanie, które nie służy ślepemu posłuszeństwu
                  ideologii narodowej".

                  Tymczasem nacjonalistyczny monizm całkowicie rozmija się z rzeczywistością
                  dużych miast. W Serbii najwięcej pisali o tym architekt Bogdan Bogdanović i
                  socjolog Sreten Vujović. Zdaniem Vujovicia nowoczesne miasto - jako
                  miejsce "doświadczania różnic" - budzi podejrzenia wśród "protagonistów
                  sztywnego modelu państwa etnonarodowego". "Pluralizm, różnorodność jest tym, co
                  różni nowoczesne miasto od innych zinstytucjonalizowanych form wspólnoty
                  politycznej, zawsze opartych na czynniku dominującym (państwo, naród), który
                  generuje nietolerancję".

                  Dla naszych rozważań o kulturze, narodzie i terytorium ta refleksja jest ważna,
                  zwraca bowiem uwagę na trudności, jakie napotykają ludzie usiłujący wytyczyć i
                  ogrodzić obszar narodowo homogeniczny wewnątrz miasta. Niestety, budowniczowie
                  narodowych obszarów kultury czasem potrafią uporać się z tym problemem. Focza,
                  Srebrenica, Vukovar, Knin, Peć i różne inne miasta w dawnej Jugosławii były
                  kiedyś wielonarodowe i wielokulturowe - zanim wysiedlono z nich część
                  mieszkańców. Los owych miast, a także zniszczenia podzielonych dziś Mostaru i
                  Sarajewa pokazują cenę, jaką muszą zapłacić społeczności miejskie, żeby
                  narodowy obszar kulturowy został dopasowany do terytorium państwowego. Jak
                  zauważył brytyjski socjolog Ernst Gellner, nacjonalizm czasem ucieka się
                  do "wymiany i wypędzania ludności, mniej czy bardziej przymusowej asymilacji, a
                  nawet likwidacji, by osiągnąć ów bliski stosunek między państwem i kulturą,
                  który stanowi istotę nacjonalizmu".

                  Wymyślone tradycje

                  Krytycy podejścia nacjonalistyczno-monistycznego przeciwstawiali mu różne
                  koncepcje pluralizmu kulturowego. Na początku nie zwracano większej uwagi na
                  różnice pomiędzy nimi. Jednak w połowie lat 90. - w toku dyskusji na temat
                  różnorodności kulturowej, praw kulturalnych i polityki kulturalnej w krajach
                  demokratycznych - ugruntowało się rozróżnienie pomiędzy multikulturalizmem a
                  interkulturalizmem. Multikulturalizm domaga się przede wszystkim uznania
                  różnorodności kulturowej na danym obszarze i zagwarantowania wszystkim kulturom
                  prawa (a właściwie obowiązku) do pokojowego współistnienia. Interkulturalizm
                  natomiast kładzie nacisk na przenikanie się i współpracę kultur.

                  Do afirmacji interkulturalizmu w Serbii z pewnością najbardziej przyczynił się
                  cykl konferencji zorganizowanych w Belgradzie w latach 1994-98, na których
                  spotykali się przedstawiciele różnych narodów, płci i wyznań. Materiały z
                  konferencji opublikowano w pięciu tomach, które przygotował i wydał organizator
                  owych spotkań Bożidar Jak~sić.

                  Serbska krytyka nacjonalistycznego modelu kultury obejmuje też krytykę
                  multikulturalizmu. Owa koncepcja wciąż bowiem zakłada, że kultury to w istocie
                  dane a priori, autochtoniczne, zamknięte systemy wartości - i trzeba tylko
                  skłonić je, by wzajemnie się uznawały i tolerowały, respektując światowe normy
                  pokoju i stabilności. W takim "współistnieniu" różnych kultur stosunki między
                  nimi sprowadzają się do tzw. współpracy kulturalnej, kiedy to uprzejmie i
                  życzliwie wymienia się dobra kulturalne - ale tworzenie owych dóbr odbywa się
                  nie tylko poza współpracą, lecz wręcz chronione jest przed jej niepożądanym
                  wpływem.

                  Słowem, multikulturalizm nie podważa nacjonalistycznego modelu kultury. Co
                  więcej, może wspierać nacjonalizm - włączając do swej strategii deklaratywne
                  poszanowanie odmienności kultur. Nacjonalizm dąży wszak do
                  ustanowienia "czystej" tożsamości narodowej i powiązania jej z określonym
                  obszarem, na którym ten typ kultury jest dominujący - może jednak tolerować
                  kultury mniejszościowe, jeśli mu nie zagrażają. Mniej przeszkadzają mu inni niż
                  podobni - nieznośnie podobni, których nie sposób odizolować, co jedynie
                  wprowadza zamęt w nacjonalistyczny porządek rzeczy.

                  Dlatego nacjonaliści dążą do rozparcelowania wszystkich wariantów i niuansów
                  jednego wzorca kulturowego pomiędzy radykalnie odrębne kultury. Dzielą więc
                  wspólną spuściznę Serbów, Chorwatów i Muzułmanów na osobne kultury narodowe -
                  każdą z własnym językiem, własnymi tradycjami i własną historią. Jak zauważył
                  Branimir Stojković, nieprzekonująca wydaje się teoria, która uznaje Bałkany za
                  pole bitwy odmiennych cywilizacji. Dużo więcej racji przemawia za koncepcją,
                  która „konflikty wyprowadza z »narcyzmu małych różnic «, czyli prób
                  dystynktywnego podbudowania własnego pochodzenia etnicznego. Mamy tu do
                  czynienia wręcz dosłownie z »wymyślaniem tradycji « i z nadawaniem jej takiej
                  formy, by możliwie najbardziej różniła się od tradycji narodów sąsiednich”.

                  Oczywiście ta nacjonalistyczna produkcja różnic w celu ustanowienia jasnych
                  granic między kulturami sprzeczna jest ze strategią, jaką uprawia nacjonalizm
                  wewnątrz wymyślonych granic własnej kultury narodowej. Tu bowiem stosuje metody
                  homogenizacji - redukując, a w skrajnym przypadku znosząc różnice, które dzielą
                  różne grupy społeczne, etniczne i wyznaniowe wchodzące w skład jednego narodu.

                  Oni muszą walczyć

                  Zwolennicy interkulturalizmu wielokrotnie krytykowali nacjonalistyczne
                  manipulacje, jakim poddawano tradycyjną kulturę ludową, narodowe mity,
                  literaturę i język. Pisano, jaką funkcję miało odwoływanie się do kultury
                  ludowej w tworzeniu nowego populizmu pod koniec lat 80. (Nebojsza
                  Popov: "Serbski dramat"). W wielu artykułach (Olga Zirojević, Drinka Gojković,
                  Olivera Milosavljević, Mirko Djordjević) opisywano rolę niektórych instytucji -
                  by wspomnieć Serbską Akademię Nauk i Sztuk czy Stowarzyszenie Pisarzy Serbii -
                  w redukowaniu kultury, zwłaszcza literatury i sztuki, do roli narzędzia w
                  służbie narodowej homogenizacji i propagandy siły. Również współczesna kultura
                  popularna i jej wykorzystywanie w celach politycznych były tematem wielu
                  krytycznych analiz (Milena Szeszić Dragićević, Ivan Czolović). Uwagę uczonych
                  skupiały zwłaszcza manipulacje lingwistyczne. Oprócz opisu form i strategii
                  owych manipulacji (o czym najwięcej pisał Ranko Bugarski) pojawiły się też
                  próby zaproponowania języka pokoju.

                  Krytyka ta dąży do rozdzielenia kultury i narodu - rzekomo zrośniętych w sposób
                  naturalny. Z jednej więc strony podkreśla, że kultura jest wyrazem
                  indywidualnej wolności, z drugiej strony - akcentuje jej uniwersalny charakter.
                  Innymi słowy, kultura to nie sieć pomników, tablic pamiątkowych, bibliotek i
                  obrazów świadczących, że na określonym terytor

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka