Dodaj do ulubionych

Kołobrzeg 1945

01.10.05, 01:48
"ROZSTRZYGAJĄCE GODZINY

W Kołobrzegu 48 godzin obejmujących piątek 16 i sobotę 17 marca przyniosło
ostateczne rozstrzygnięcie.

"Pierwsza bateria - pisał chorąży Leszycki - wjechała do miasta dla
strzelania na wprost. Z jakiegoś domu wróg prowadził silny ogień z cekaemu.
Strzelali też snajperzy. Obsługa dział pod kierownictwem kaprala Wysockiego
odpowiedziała na to z odległości 150 metrów. Dom zaczął się palić...
Wszystkie domy w ogniu. O każdy idzie zaciekły bój. Ulicami nie można wręcz
przejść. Niemcy zaczęli się grupami poddawać. Zostali ranni bombardier
Mackiewicz i zwiadowca Szwarc. Sztab dywizjonu przeniósł się do miasta...
Baterie pierwsza i druga strzelają... Byłem przy tym, gdy raniło pięciu
ludzi: podporucznika Silewicza, chorążego Rybaka, plutonowego Rolirata,
kaprala Olszaka, bombardiera Wierzchowskiego..."

Żołnierze 14 pułku majora Domaredzkiego, wśród których ciągłymi brawurowymi
wyczynami wyróżniał się dowódca kompanii fizylierów porucznik Dzida,
zlikwidowali ostatecznie opór przeciwnika na Wyspie Solnej, przeszli prawą
odnogę Parsęty i wyparli obrońców toru kolejowego na południowy zachód od
dworca. Oskrzydleni Niemcy nie wykazywali już tej zaciekłości, jaką mieli w
poprzednich dniach. Zaatakowani od czoła przez 18 pułk Karpowicza i 7
Russijana oraz z prawej przez 9 pułk podpułkownika Kacana, zaczęli się cofać.
Po godzinie musieli przyspieszyć tempo ucieczki, gdyż trzy pułki 4 dywizji
Kieniewicza wyparły obrońców toru wyścigowego. Działaniami kierowali tu
osobiście dowódca dywizji i jego zastępca major Urbanowicz.

Niezwykle zażarty bój stoczył 10 pułk Potapowicza o tak zwany "biały dom",
który przez całą dobę dawał się we znaki atakującym.

Zdobyto go dzięki działom strzelającym ogniem na wprost i śmiałemu natarciu
grup szturmowych. W tym ataku poległa na czele kilku żołnierzy Emilia
Gierczak.

Stanisława Drzewiecka podaje następującą relację tego dramatycznego
wydarzenia.

"Niemieckie gniazda oporu zieją nieprzerwanym ogniem. W biegnącej do ataku
grupie porucznika Popowa Mila jest na lewym skrzydle. Przed chwilą spojrzała
na zegarek. Jest 17.15. Mocniej naciska czapkę na wysuwające się niesforne,
krótko ostrzyżone włosy. Z charakterystycznym dla niej przymrużeniem oczu
ocenia teren, przez który biegnie. Nie ma żadnej osłony. Do okopów
niemieckich pozostało do przebiegnięcia jeszcze kilkadziesiąt metrów. Wokół
bzykają kule i chciałoby się opędzić od nich jak od nieznośnych much.
Pochylona do przodu, na wpół zgięta dziewczyna przyspiesza biegu. Koło niej
pędzą żołnierze. Widzi przed sobą zionące ogniem lufy niemieckich karabin "w
maszynowych. Biegnie jeszcze szybciej zasypując nieprzyjaciela granatami. Już
jest przy okopie, z którego w pośpiechu wycofują się Niemcy. Żołnierze
porwani przykładem Mili rzucają się na nich... Nikt nie zauważył, kiedy Milę
dosięgła kula".

Dopiero po wyparciu Niemców żołnierze stwierdzili, że jej nie ma... Znaleźli
ją na przedpiersiu rowu strzeleckiego. Obok leżała nieodłączna, z pietyzmem
zawsze czyszczona pepesza. Na skroni dziewczyny, wśród rozrzuconych włosów,
krzepła krew".

"Przed wieczorem przyniesiono zwłoki Mili. Wyglądała - opowiada porucznik
Czesława Wulf, dowódca plutonu moździerzy w 10 pułku - tak, jak gdyby
spala... Tylko w kącie ust widoczna była strużka zaschniętej krwi...
Przemyłam jej twarz... Nie było żołnierza, który nie miałby łez w oczach, gdy
salwą honorow ą z pistoletów żegnaliśmy Milę na zawsze".

Całą prawie noc toczyły się boje o zakłady farmaceutyczne blokujące dostęp do
dzielnicy willowej, które osiągnięto nad ranem 17 marca. Żołnierze padali od
pocisków nieprzyjaciela, walili się z nóg ze zmęczenia. Zasypiali nawet w
czasie strzelaniny, nie mogąc opanować przemożnej chęci zamknięcia oczu.
Płonęły zakłady farmaceutyczne. W blasku ognia walono się kolbami karabinów,
szczepiano rękami, tarzano po ziemi, zadając ciosy bagnetami i nożami, czym
popadło. W krwistym oświetleniu pożaru rozgrywały się dantejskie sceny.
Wybuchy granatów ręcznych wznosiły kłęby kurzu i dymu. Niemieckie działa
okrętowe ostrzeliwały tę ciżbę, rażąc Polaków i swoich bez żadnej różnicy. 12
pułk Wariończyka brał w tejże scenerii, nieco dalej na północ, dom po domu w
dzielnicy willowej.

Pod wieczór 17 marca w rękach Fullriedego (dowódca obrony Kołobrzegu)
znajdował się już tylko niewielki skrawek terenu miasta z portem. Dworzec
kolejowy z parowozownią - dwa najpoważniejsze punkty oporu przeciwnika - były
pod kontrolą Polaków. Wewnętrzny pierścień jego obrony został w pełni
opanowany.

Sytuacja Niemców stała się bez wyjścia, gdy około północy 17 marca 16 pułk
Ziarkowskiego dotarł na skraj parku i zajął stanowiska niedaleko ujścia
Parsęty. Teren pod władzą hitlerowców miał teraz około 3 kilometrów szeroko
ści, ale zaledwie 800 metrów głęboko ści. Artyleria ostrzeliwała go
nieprzerwanie. Polskie samoloty atakowały okręty w porcie, aby przeszkodzić
prowadzonej przez Fullriedego intensywnej ewakuacji wojsk."

www.kombatantpolski.pl/f_polsce_wierni.html
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka