Dodaj do ulubionych

Ameeeryka? :))

IP: *.net.bialystok.pl 17.02.02, 22:16
http://www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_020216/plus_minus_a_2.html

EKSPRES LOTNICZY
To jest Ameryka, to słynne USA

Krzysztof Darewicz w odpowiedzi na list Czytelnika, który boi się przyjechać do
Ameryki


Szanowny Panie,

Ze zdziwieniem dowiedziałem się z Pana listu, że z powodu tragicznych wydarzeń
11 września ubiegłego roku postanowił Pan zrezygnować z planów przyjazdu do
USA, w obawie o swoje bezpieczeństwo podczas podroży samolotem i pobytu na
ziemi amerykańskiej. Pańskie obawy są absolutnie nieuzasadnione! Pozwolę sobie
to Panu wyjaśnić i jednocześnie udzielić paru praktycznych rad, dzięki którym
przyjazd do Ameryki będzie dla Pana niezapomnianym przeżyciem.

Weźmy statystykę. W Stanach Zjednoczonych wykonuje się około 18 tysięcy lotów
pasażerskich dziennie. Zakładając, że terroryści uprowadzą i rozbiją jeden
samolot tygodniowo, a Pan podróżowałby samolotem nawet raz w miesiącu (i nawet
z czterema przesiadkami), to szansa, że znalazłby się Pan w porwanym samolocie,
jest jak 135 000 do 1. Gdyby zaś terroryści uprowadzali tylko jeden samolot
miesięcznie, to szansa znalezienia się w nim byłaby jak 540 000 do 1. Dla
porównania. Szansa zabicia się w wypadku samochodowym to 7000 do 1. Ale czy z
tego powodu przestanie Pan jeździć samochodem? Że nie wspomnę już o ryzyku
zgonu na raka (600 do 1). Miałem znajomego, który tak przejął się statystykami
umieralności na raka płuc, że rzucił palenie. Ba, stał się tak zagorzałym
przeciwnikiem papierosów, iż na widok każdego leżącego niedopałka wdeptywał go
mocno w ziemię. I co? Zmarło się biedakowi na raka pięty. Autentyk.

Ludzie, proszę Pana, mają to do siebie, że przeważnie nie doceniają
prawdopodobieństwa przydarzenia się rzeczy zupełnie powszechnej, zaś
irracjonalnie wyolbrzymiają prawdopodobieństwo przytrafienia się wyjątkowego
przypadku. Ludzie, nie wiedzieć czemu, boją się teraz wąglika, choć w liczących
275 mln mieszkańców Stanach Zjednoczonych ostatnio zmarło na wąglika ledwie
pięć osób. Tymczasem z powodu palenia papierosów umiera tu rocznie 400 tysięcy
osób, ale jakoś nikt nie trąbi o tym w mediach i nie wtrąca producentów
papierosów do więzienia. Czy to nie dziwne? W ubiegłym roku, zanim jeszcze
doszło do ataku terrorystów, amerykańskie media największe larum podnosiły "w
temacie rekinów", które zagryzły na śmierć bodaj osiem czy dziewięć osób. Ale
gdyby Pan z tego powodu odmówił sobie wyjazdu na słoneczną Florydę i kąpieli w
ciepłym oceanie, popełniłby Pan wielki błąd. Dlaczego? Bo ze statystyk wynika,
że co roku ginie w USA około 25 osób, na które spadł telewizor. Co oznacza, że
oglądanie w telewizji filmu "Szczęki" jest co najmniej trzykrotnie bardziej
niebezpieczne niż pływanie z rekinami w oceanie. Benjamin Disraeli twierdził
wprawdzie, że są trzy rodzaje kłamstw: kłamstwa, wstrętne kłamstwa i
statystyka, no ale w jego czasach nie było jeszcze telewizorów.

Gdyby więc zdecydował się Pan na przyjazd do Ameryki, to proszę się nie bać ani
terrorystów, ani rekinów. Gdyby jednak mimo wszystko bał się Pan lecieć
samolotem, to pragnę Pana zapewnić, iż jest to całkowicie naturalne uczucie.
Mohamed Atta, który pierwszy roztrzaskał samolot o wieżowiec World Trade Center
w Nowym Jorku, też bał się latać samolotami! Tak przynajmniej twierdzi cały
czas jego ojciec, lekarz z Kairu. A czy wie Pan, że Walt Disney, na przykład,
panicznie bał się myszy?

Wracając do samolotów. Specjaliści w dziedzinie islamu orzekli, że bodaj
najbardziej niezawodnym sposobem na powstrzymanie terrorystów przed
naśladowaniem Mohameda Atty jest zabranie na pokład samolotu świni. Muzułmanie
wierzą bowiem, że jeśli ciało zmarłego zetknie się z mięsem "nieczystej" świni,
to taka osoba powędruje do piekła. Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że
pęto polskiej wieprzowej kiełbasy w podręcznym bagażu mogłoby zadziałać równie
odstraszająco jak cała żywa świnia. Kiełbasę zabiorą Panu dopiero na lotnisku w
Ameryce, bo nie wolno tu wwozić żadnej żywności. Natomiast wcześniej mogą Panu
zabrać różne śmiercionośne narzędzia, takie jak grzebień, pilniczek do
paznokci, parasol albo gilotynkę do przycinania cygar (idealna do gilotynowania
karaluchów). Mogą też Panu szukać bomby w butach, dlatego najlepiej podróżować
teraz w kapciach, tudzież boso. Gdyby zaś zechciał Pan podróżować z żoną, to
firma bieliźniarska Triumph International wypuściła właśnie na rynek
biustonosze ze specjalnymi usztywniaczami i zapinkami, które nie wywołują
zdenerwowania wykrywaczy metalu. Inaczej żona mogłaby mieć kłopoty, o ile nie
zalicza się do kobiet wyzwolonych. Wskazane jest za to zabranie na pokład
samolotu pistoletu. Kontrole na lotniskach są tak zajęte sprawdzaniem butów i
biustonoszy, że na pistolet na pewno nie zwrócą uwagi. Całkiem niedawno pewien
adwokat z Atlanty wybrał się w podróż do Miami, spokojnie przeszedł na
lotnisku "bramkę" do wykrywania metalu i dopiero przy wejściu do samolotu
przypomniał sobie, że ma w kieszeni marynarki pistolet kaliber 0.22.
Naładowany. Wrócił więc do stanowiska odprawy i zgłosił fakt posiadania
pukawki. Początkowo nawet nie chciano mu wierzyć, a on, nieborak, przysięgał na
grób swojej babci, że ma broń. Dopiero jak wrzasnął - Mam wyciągnąć i pokazać? -
wezwano policję. Gościa ukarano w końcu mandatem za posiadanie niedozwolonego
na lotnisku przedmiotu, ale nie aresztowano, bo pozwolenie na pistolet było w
porządku. A gdyby sam się nie przyznał?

W samolocie mogą Panu nie podać wina, bo korkociągi uznane zostały za ostrą
broń. Lepiej też nie spozierać za często na zegarek, nie korzystać za często i
za długo z toalety, nie wyglądać na zdenerwowanego albo przybysza z Bliskiego
Wschodu, nie wspominać o Bogu i nie czytać książek w języku arabskim. Są to,
jak się okazuje, wystarczające powody po temu, by uznać Pana za terrorystę.
Amerykańskie gazety ciągle donoszą o usuwaniu takich delikwentów z samolotów
lub awaryjnych lądowaniach z powodu obecności takich typków na pokładzie. Jak
to mawiała żaba Kermit z "Mupettów"? "Nie jest łatwo być zielonym".

Za to po przylocie do Ameryki czekają już Pana same przyjemności. Na przykład,
może się Pan ubierać, w co się Panu podoba. No, może z dwoma wyjątkami. Nie
radziłbym więc paradować po ulicach w przebraniu królika. To się źle kojarzy.
Przekonała się o tym waszyngtońska firma kredytująca budowę domów, która
zamieściła na autobusach wielkie reklamy ze zdjęciem faceta przebranego za
białego królika. Szybko jednak reklamy trzeba było usunąć, ponieważ obywatele
zgłaszali zażalenia, że biały kostium faceta kojarzy im się ze strojem
arabskim. Nie polecałbym również noszenia na głowie turbanu. Obojętnie jakiego,
gdyż etnografia, jak się okazuje, nie jest najmocniejszą stroną Amerykanów.
Niejaki Frank Roque z Arizony zastrzelił z zimną krwią na stacji benzynowej
Sikha w turbanie, biorąc go za Osamę bin Ladena. - Jestem patriotą! Jestem, do
cholery, prawdziwym Amerykaninem - tłumaczył się zabójca na policji. I długo
nie chciał dać wiary, że turbany noszą nie tylko Talibowie.

Z jedzenia powinny Panu z pewnością zasmakować precelki. Takie, jakimi udławił
się niedawno prezydent Bush. (Swoją drogą, że Osama bin Laden nie pękł ze
śmiechu? Ale podobno Osama ciągle żyje. Tak twierdzi CIA.) Lepiej sobie nawet
nie wyobrażać, co prezydent wyprawiał z tymi precelkami, bo jak autorytatywnie
zaświadczyło Zrzeszenie Producentów Przegryzek (czyli snacków), był to pierwszy
w USA przypadek zadławienia się precelkiem od dwunastu lat. Prezydenci
zazwyczaj dławią się słowami. Polecam też jedzonko w sieci barów "Burger King".
Ta firma naprawdę wie, jak sobie radzić z terrorystami i niedawno urządziła w
Miami seminarium dla swej kadry kierowniczej, w czasie którego - w ramach
hartowania ciała i ducha - przeszli oni kurs chodzenia po rozżarzonych węglach.
Kilku kursantów trafiło do szpitala z poparze
Obserwuj wątek
    • Gość: wild Barbrze Streisand, Cher, Alecowi Baldwinowi i p... IP: *.net.bialystok.pl 17.02.02, 22:20
      http://www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_020216/plus_minus_a_2.html

      Kilku kursantów trafiło do szpitala z poparzeniami stóp. Ale hartowanie nie
      poszło na marne. Bo gdy w jednym z "Burger Kingów" w Michigan zjawił się
      prawdziwy terrorysta i zażądał pieniędzy, obsługa z zimną krwią wyjaśniła mu, iż
      kasa nie otworzy się, dopóki pan terrorysta nie zamówi czegoś do konsumpcji.
      Dawajcie frytki z cebulką, powiada terrorysta. Bardzo nam przykro, powiada
      obsługa, ale cebulkę serwujemy tylko w porze śniadaniowej. I co? Facet
      zrezygnował i zmył się. Natomiast niech Pan się nie da częstować dropsami. Pewna
      staruszka, na zebraniu dla kobiet cierpiących na demencję, rozdawała swoim
      koleżankom dropsy. To znaczy, jej się wydawało, że to są dropsy, a innym też się
      wydawało, że to są dropsy. Jedenaście uczestniczek zebrania wylądowało w
      szpitalu. Dropsy okazały się kulkami naftaliny na mole. Gazety nie podały jednak,
      czy ofiary "dropsów" trafiły do tego samego szpitala co pewien niedoszły
      samobójca, który, by ze sobą skończyć, połknął kilka tabletek nitrogliceryny i
      zapił je dużą ilością wódki. Świetnie, ale lekarze nie mogli zrozumieć, dlaczego
      ma poranioną głowę. - Bo waliłem nią w ścianę, żeby nitrogliceryna eksplodowała.

      A propos. Przyjeżdżając do Ameryki trzeba się przygotować na eksplozję.
      Patriotyzmu. W reakcji na eksplozje z 11 września ub. roku Amerykanie
      odpowiedzieli bowiem bezprecedensową eksplozją patriotyzmu. Wprawdzie nie ma, jak
      już zauważył Alexis de Tocqueville, "nic bardziej irytującego niż patriotyzm
      Amerykanów", jednak wystarczy kilka prostych zabiegów, żeby wprawić siebie i
      innych w dobry, czyli patriotyczny nastrój. Po pierwsze więc, wypada wpiąć sobie
      w klapę znaczek z amerykańską flagą. Może trąci to trochę Koreą Północną, no ale
      skoro nawet sam prezydent Bush tak się oznaczkował, to innym też jak najbardziej
      wypada. Poza tym, różnica między USA a Koreą Północną polega na tym, że w
      przeciwieństwie do Busha, "Wielki Wódz" Kim Ir Sen nie nosił znaczka. Nie
      wypadało mu paradować z własną podobizną w klapie. Flaga to co innego. Dlatego po
      drugie, najlepiej jest zaopatrzyć się w duże ilości amerykańskich flag we
      wszelkiej postaci - do wymachiwania, przyklejania na szybie samochodu,
      wywieszenia za okno, albo postawienia na stole. Bo flaga jest teraz "cool".
      Biedni Chińczycy, którzy produkują większość towarów sprzedawanych na
      amerykańskim rynku, nie mogą nadążyć z wyrobem tych flag. Pracują nawet w
      niedziele i święta, aż się amerykańskie gazety zaczęły nad nimi litować, choć
      zazwyczaj dokopują Chińczykom za byle co.

      Wracając z Chin do flag. Każdy pomysł jest dobry. Pani Christine Palestron z
      Kalifornii zapałała takim patriotyzmem, że nie przyniosło jej ukojenia ani
      honorowe oddanie krwi ofiarom ataku na Amerykę, ani wysłanie czeku Czerwonemu
      Krzyżowi, ani nawet napisanie sterty listów z podziękowaniami dla nowojorskich
      strażaków. Wpadła więc na pomysł, że zaspokoi swe patriotyczne instynkty piekąc
      tort, który udekorowała kolorowym lukrem na podobieństwo flagi USA. Tort ten
      zaniosła znajomym i choć do końca nie jest jasne, czy prawo aby nie zabrania
      konsumowania flagi, tort okazał się szlagierem w skali całego kraju. Co oznacza,
      że wypadałoby się nauczyć sztuki cukiernictwa. O czym mówiła już bodaj królowa
      Maria Antonina.

      Co jeszcze wypada? Nauczyć się śpiewać piosenkę " God Bless America", która po 11
      września stała się nawet bardziej popularna niż hymn narodowy i którą wykonuje
      się teraz przy wszystkich możliwych okazjach. Nikomu jakoś nie przeszkadza, że
      autor słów tej piosenki, Irving Berlin, napisał ją dla burleski "Yip! Yip!
      Yaphank", mało też kto wie, że z woli Berlina, tantiemy za wykonanie "God Bless
      America" zasilają kasę Boy Scouts and Girl Scouts of America, czyli skautów.
      Uzbierało się tego bodaj już 6 mln dolarów, no ale, czyż to nie Berlin napisał
      również słynny szlagier " There's no Business Like Show Business"?

      A propos show business. Być może nadarzy się Panu okazja wzięcia udziału w jakimś
      patriotycznym konkursie. Serdecznie namawiam! Na mnie największe wrażenie zrobił
      konkurs ogłoszony przez jedną z radiostacji w Waszyngtonie, która postanowiła
      namówić słuchaczy do zamanifestowania poparcia dla prezydenta Busha. Po ucieczce
      Talibów z Kabulu, mieszkańcy miasta, jak wiadomo, demonstrowali radość bądź to
      zrzucając zasłony z twarzy (kobiety), bądź to goląc brody (mężczyźni), które
      kazał im nosić znienawidzony reżim. Zainspirowana tym radiostacja rzuciła hasało -
      "shave your bush for Bush! " To znaczy, zgól swoje owłosienie łonowe ("bush"
      znaczy "krzak" albo "włosy łonowe") w dowód poparcia dla prezydenta. I narodu
      afgańskiego, oczywiście. Apel skierowany był głównie do nastolatek, które w danym
      dniu miały zgłosić się w rozgłośni celem komisyjnego zgolenia
      łonowego "krzaczka". Dziewczyna, po której została największa kępka włosów,
      dostała pamiątkową koszulkę. Tylko w ciągu pierwszej pół godziny trwania konkursu
      zgłosiło się, po imieniu i nazwisku, sześć słuchaczek. Niech więc nikt nie mówi,
      że patriotyzm Amerykanów jest irytujący.

      Zakładam, że w Ameryce zechce Pan z pewnością zwiedzić Nowy Jork. Choć prawdę
      mówiąc, poza kilkupiętrową dziurą w ziemi po wieżach World Trade Center, Nowy
      Jork jest nadal taki, jaki zawsze był. Czyli dalej jest to bodaj najbardziej
      zaśmiecone miasto na świecie. "Zrazu tego człowiek nie zauważa, wzrok wciąż leci
      w górę, ślizga się po tych niebotykach - czy ČniebotykÇ nie lepiej, niż Čdrapacz
      chmurÇ? - a potem, któregoś dnia, uświadamia sobie, że chodzi po śmieciu. Na
      Madison Avenue i na Piątej i na przecznicach i na Times Square, a im dalej od
      serca Manhattanu, tym śmietniej. Papiery, papierki, papierzyska, brązowe,
      kolorowe jakieś, brudne, przydeptane, szmaty gazet, płachty zdartej tapety,
      niedopałki, zapałki, zgniecione pudełka, sznurki, kłaki, wyplute cukierki, łupy,
      zdarte czapki, szelki, kawałki, strzępy, patyki, czerepy". To Marian Hemar i
      jego "Kablem z Ameryki", z roku 1956. Polecam! Tyle lat minęło, a Hemar jakby
      wczoraj chodził po Nowym Jorku. "Co kilkaset kroków w byle jaką stronę, przy
      każdej ulicy, budują.... Z otwartych rumowisk sypie się kurz, lecą te tapety,
      patyki, szmaty, druty, wiatr je roznosi wąskimi ulicami, kilka milionów ludzi
      trochę tylko niedopałków dorzuci, trochę gazet upuści, trochę zżutej gumy
      strzyknie, kiedyż tu sprzątać, polewać, zamiatać, gdy od świtu do północy na
      każdym skrzyżowaniu zator, setki tysięcy opon mlaszcze po śmieciu, prasuje je do
      asfaltu, miliony stóp je depcą?". Nowy Jork jest więc taki, jaki był, jednym się
      podoba, innym nie.

      Gdyby zechciał Pan wdrapać się na któryś z "niebotyków", mam jedną radę i jedną
      przestrogę. Rada jest taka, że firma Executivechute Corp. z Michigan sprzedaje od
      niedawna specjalne spadochrony dla osób pracujących, mieszkających lub
      przebywających w drapaczach chmur. Za jedyne 795 dol. sztuka. Ostrzegam Pana
      natomiast, że prawo stanu Nowy Jork surowo zabrania skakania z budynków.
      Popełnienie tego czynu jest zagrożone karą śmierci.

      Niech Pan też łaskawie pamięta, że po 11 września jest kilka rzeczy, których w
      Nowym Jorku robić nie wypada, bo się źle kojarzą. Na przykład, nie wypada nucić
      takich znanych szlagierów jak "I Belive I Can Fly" (Wierzę, że umiem
      latać), "Crash into Me" (Zderz się ze mną), "I'm on Fire" (Płonę) albo "Burning
      Down the Home" (Spalenie domu). Nie wypada też zamawiać w kawiarni popularnego
      niegdyś deseru "Death by Chocolate". Powinno to się w zasadzie tłumaczyć "śmierć
      z ręki czekolady", co wprawdzie brzmi głupio, bo czekolada nie ma ręki, ale to
      pozornie bzdurne tłumaczenie nabiera sensu, jeśli pamiętać, że słowo "czekolada"
      służy też za slangowe określenie osób o ciemnej skórze, na przykład z Bliskiego
      Wschodu. Z potocznych konwersacji w Nowym Jorku zniknęły również takie popularne
      zwroty jak "I
      • Gość: wild a Barbrze Streisand, Cher, Alecowi Baldwinowi! :] IP: *.net.bialystok.pl 17.02.02, 22:23
        Z potocznych konwersacji w Nowym Jorku zniknęły również takie popularne zwroty
        jak "I feel like jumping out of window" albo " It's burning hot here", bo
        wiadomo, z czym kojarzy się skakanie z okna i żar płomieni.

        Dlatego szczerze namawiałbym Pana do odwiedzenia w Ameryce paru innych, mniej
        przygnębiających niż Nowy Jork, miejscowości. Polecam, na przykład, Bonneville w
        stanie Washington, gdzie Indianie z plemienia Yakama potrafią skutecznie
        wywoływać deszcz. Indianie ci zaproponowali nawet swoje usługi państwowej agencji
        zajmującej się dostawami prądu z elektrowni wodnych. Agencja ich zbyła, jednak
        niezrażone tym plemię Yakama odprawiło dwie ceremonie przywołania deszczu i po
        osiągnięciu pozytywnych rezultatów przesłało agencji rachunek na 32 tys. dolarów.
        Sprawa jest w sądzie. A może wolałby Pan pojechać do Modesto w Kalifornii, gdzie
        za kilka dolarów i absolutnie legalnie "Powszechny Kościół Życia" wystawi Panu
        certyfikat, że jest Pan świętym? (Tak, tak - świętym, a nie tylko święty.)
        Idealny do powieszenia w pracy nad biurkiem. - Patrzcie i podziwiajcie. To jest
        moja pamiątka z USA!

        Mam nadzieję, że definitywnie przekonałem Pana do jak najszybszego odwiedzenia
        Stanów Zjednoczonych. A Pański list do nas puszczamy w niepamięć. Tak jak Barbrze
        Streisand, Cher, Alecowi Baldwinowi i Philowi Donahue nikt też już nie pamięta,
        jak przysięgali, że po wygranej Busha w wyborach natychmiast przeniosą się do
        Kanady. Bush wygrał. Oni zostali. Więc niech i Pan przyjedzie.

        Łączę serdeczne pozdrowienia,

        Krzysztof Darewicz z Waszyngtonu


        PS Pragnę Pana zapewnić, że wszystko, co zostało w tym liście opisane, zdarzyło
        się naprawdę. W razie czego służę źródłami. Natomiast tytuł tego listu pochodzi z
        refrenu słynnej broadwayowskiej piosenki "Ameryka", którą jeszcze przed wojną
        spopularyzował w Polsce Chór Dana, a w PRL jej wykonywania zabroniła cenzura. Czy
        dlatego, że refren ów idzie dalej: "To jest kochany kraj, na ziemi raj"?



        • jot-23 Re: a Barbrze Streisand, Cher, Alecowi Baldwinowi! :] 17.02.02, 22:34
          Gość portalu: wild napisał(a):

          > Z potocznych konwersacji w Nowym Jorku zniknęły również takie popularne zwroty
          > jak "I feel like jumping out of window" albo " It's burning hot here", bo
          > wiadomo, z czym kojarzy się skakanie z okna i żar płomieni.
          >
          > Dlatego szczerze namawiałbym Pana do odwiedzenia w Ameryce paru innych, mniej
          > przygnębiających niż Nowy Jork, miejscowości. Polecam, na przykład, Bonneville
          > w
          > stanie Washington, gdzie Indianie z plemienia Yakama potrafią skutecznie
          > wywoływać deszcz. Indianie ci zaproponowali nawet swoje usługi państwowej agenc
          > ji
          > zajmującej się dostawami prądu z elektrowni wodnych. Agencja ich zbyła, jednak
          > niezrażone tym plemię Yakama odprawiło dwie ceremonie przywołania deszczu i po
          > osiągnięciu pozytywnych rezultatów przesłało agencji rachunek na 32 tys. dolaró
          > w.
          > Sprawa jest w sądzie. A może wolałby Pan pojechać do Modesto w Kalifornii, gdzi
          > e
          > za kilka dolarów i absolutnie legalnie "Powszechny Kościół Życia" wystawi Panu
          > certyfikat, że jest Pan świętym? (Tak, tak - świętym, a nie tylko święty.)
          > Idealny do powieszenia w pracy nad biurkiem. - Patrzcie i podziwiajcie. To jest
          >
          > moja pamiątka z USA!
          >
          > Mam nadzieję, że definitywnie przekonałem Pana do jak najszybszego odwiedzenia
          > Stanów Zjednoczonych. A Pański list do nas puszczamy w niepamięć. Tak jak Barbr
          > ze
          > Streisand, Cher, Alecowi Baldwinowi i Philowi Donahue nikt też już nie pamięta,
          >
          > jak przysięgali, że po wygranej Busha w wyborach natychmiast przeniosą się do
          > Kanady. Bush wygrał. Oni zostali. Więc niech i Pan przyjedzie.
          >
          > Łączę serdeczne pozdrowienia,
          >
          > Krzysztof Darewicz z Waszyngtonu
          >
          >
          > PS Pragnę Pana zapewnić, że wszystko, co zostało w tym liście opisane, zdarzyło
          >
          > się naprawdę. W razie czego służę źródłami. Natomiast tytuł tego listu pochodzi
          > z
          > refrenu słynnej broadwayowskiej piosenki "Ameryka", którą jeszcze przed wojną
          > spopularyzował w Polsce Chór Dana, a w PRL jej wykonywania zabroniła cenzura. C
          > zy
          > dlatego, że refren ów idzie dalej: "To jest kochany kraj, na ziemi raj"?
          >
          >
          >

          Tak moronie, wszystko sie kurwa zdazylo naprawde, szczegolnie "frytki z cebulka"
          podawane tylko z rana... sziedzisz mlotku tam w swoich krywlanach, swiat znasz z
          gazet typu rzeczpospolita... haha pewnie i WPROST czytasz.... milego dnia
          • Gość: wild Neohans Kolos jako Jod-23?:] IP: *.net.bialystok.pl 17.02.02, 22:59
            to jest dobre! smile

            jot-23 napisał(a):


            > Tak moronie, ...kurwa ....naprawde, ...mlotku ....milego dnia


            "milego dnia" ale kurwa po co ...
          • Gość: wild Hans Kloss vel JOT-23 ech stare gagi :) polecam! IP: *.net.bialystok.pl / 192.168.1.* 08.06.02, 02:04
            a pępusio dla Jotka sfędzi? smile

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka