Gość: wild
IP: *.net.bialystok.pl
17.02.02, 22:16
http://www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_020216/plus_minus_a_2.html
EKSPRES LOTNICZY
To jest Ameryka, to słynne USA
Krzysztof Darewicz w odpowiedzi na list Czytelnika, który boi się przyjechać do
Ameryki
Szanowny Panie,
Ze zdziwieniem dowiedziałem się z Pana listu, że z powodu tragicznych wydarzeń
11 września ubiegłego roku postanowił Pan zrezygnować z planów przyjazdu do
USA, w obawie o swoje bezpieczeństwo podczas podroży samolotem i pobytu na
ziemi amerykańskiej. Pańskie obawy są absolutnie nieuzasadnione! Pozwolę sobie
to Panu wyjaśnić i jednocześnie udzielić paru praktycznych rad, dzięki którym
przyjazd do Ameryki będzie dla Pana niezapomnianym przeżyciem.
Weźmy statystykę. W Stanach Zjednoczonych wykonuje się około 18 tysięcy lotów
pasażerskich dziennie. Zakładając, że terroryści uprowadzą i rozbiją jeden
samolot tygodniowo, a Pan podróżowałby samolotem nawet raz w miesiącu (i nawet
z czterema przesiadkami), to szansa, że znalazłby się Pan w porwanym samolocie,
jest jak 135 000 do 1. Gdyby zaś terroryści uprowadzali tylko jeden samolot
miesięcznie, to szansa znalezienia się w nim byłaby jak 540 000 do 1. Dla
porównania. Szansa zabicia się w wypadku samochodowym to 7000 do 1. Ale czy z
tego powodu przestanie Pan jeździć samochodem? Że nie wspomnę już o ryzyku
zgonu na raka (600 do 1). Miałem znajomego, który tak przejął się statystykami
umieralności na raka płuc, że rzucił palenie. Ba, stał się tak zagorzałym
przeciwnikiem papierosów, iż na widok każdego leżącego niedopałka wdeptywał go
mocno w ziemię. I co? Zmarło się biedakowi na raka pięty. Autentyk.
Ludzie, proszę Pana, mają to do siebie, że przeważnie nie doceniają
prawdopodobieństwa przydarzenia się rzeczy zupełnie powszechnej, zaś
irracjonalnie wyolbrzymiają prawdopodobieństwo przytrafienia się wyjątkowego
przypadku. Ludzie, nie wiedzieć czemu, boją się teraz wąglika, choć w liczących
275 mln mieszkańców Stanach Zjednoczonych ostatnio zmarło na wąglika ledwie
pięć osób. Tymczasem z powodu palenia papierosów umiera tu rocznie 400 tysięcy
osób, ale jakoś nikt nie trąbi o tym w mediach i nie wtrąca producentów
papierosów do więzienia. Czy to nie dziwne? W ubiegłym roku, zanim jeszcze
doszło do ataku terrorystów, amerykańskie media największe larum podnosiły "w
temacie rekinów", które zagryzły na śmierć bodaj osiem czy dziewięć osób. Ale
gdyby Pan z tego powodu odmówił sobie wyjazdu na słoneczną Florydę i kąpieli w
ciepłym oceanie, popełniłby Pan wielki błąd. Dlaczego? Bo ze statystyk wynika,
że co roku ginie w USA około 25 osób, na które spadł telewizor. Co oznacza, że
oglądanie w telewizji filmu "Szczęki" jest co najmniej trzykrotnie bardziej
niebezpieczne niż pływanie z rekinami w oceanie. Benjamin Disraeli twierdził
wprawdzie, że są trzy rodzaje kłamstw: kłamstwa, wstrętne kłamstwa i
statystyka, no ale w jego czasach nie było jeszcze telewizorów.
Gdyby więc zdecydował się Pan na przyjazd do Ameryki, to proszę się nie bać ani
terrorystów, ani rekinów. Gdyby jednak mimo wszystko bał się Pan lecieć
samolotem, to pragnę Pana zapewnić, iż jest to całkowicie naturalne uczucie.
Mohamed Atta, który pierwszy roztrzaskał samolot o wieżowiec World Trade Center
w Nowym Jorku, też bał się latać samolotami! Tak przynajmniej twierdzi cały
czas jego ojciec, lekarz z Kairu. A czy wie Pan, że Walt Disney, na przykład,
panicznie bał się myszy?
Wracając do samolotów. Specjaliści w dziedzinie islamu orzekli, że bodaj
najbardziej niezawodnym sposobem na powstrzymanie terrorystów przed
naśladowaniem Mohameda Atty jest zabranie na pokład samolotu świni. Muzułmanie
wierzą bowiem, że jeśli ciało zmarłego zetknie się z mięsem "nieczystej" świni,
to taka osoba powędruje do piekła. Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że
pęto polskiej wieprzowej kiełbasy w podręcznym bagażu mogłoby zadziałać równie
odstraszająco jak cała żywa świnia. Kiełbasę zabiorą Panu dopiero na lotnisku w
Ameryce, bo nie wolno tu wwozić żadnej żywności. Natomiast wcześniej mogą Panu
zabrać różne śmiercionośne narzędzia, takie jak grzebień, pilniczek do
paznokci, parasol albo gilotynkę do przycinania cygar (idealna do gilotynowania
karaluchów). Mogą też Panu szukać bomby w butach, dlatego najlepiej podróżować
teraz w kapciach, tudzież boso. Gdyby zaś zechciał Pan podróżować z żoną, to
firma bieliźniarska Triumph International wypuściła właśnie na rynek
biustonosze ze specjalnymi usztywniaczami i zapinkami, które nie wywołują
zdenerwowania wykrywaczy metalu. Inaczej żona mogłaby mieć kłopoty, o ile nie
zalicza się do kobiet wyzwolonych. Wskazane jest za to zabranie na pokład
samolotu pistoletu. Kontrole na lotniskach są tak zajęte sprawdzaniem butów i
biustonoszy, że na pistolet na pewno nie zwrócą uwagi. Całkiem niedawno pewien
adwokat z Atlanty wybrał się w podróż do Miami, spokojnie przeszedł na
lotnisku "bramkę" do wykrywania metalu i dopiero przy wejściu do samolotu
przypomniał sobie, że ma w kieszeni marynarki pistolet kaliber 0.22.
Naładowany. Wrócił więc do stanowiska odprawy i zgłosił fakt posiadania
pukawki. Początkowo nawet nie chciano mu wierzyć, a on, nieborak, przysięgał na
grób swojej babci, że ma broń. Dopiero jak wrzasnął - Mam wyciągnąć i pokazać? -
wezwano policję. Gościa ukarano w końcu mandatem za posiadanie niedozwolonego
na lotnisku przedmiotu, ale nie aresztowano, bo pozwolenie na pistolet było w
porządku. A gdyby sam się nie przyznał?
W samolocie mogą Panu nie podać wina, bo korkociągi uznane zostały za ostrą
broń. Lepiej też nie spozierać za często na zegarek, nie korzystać za często i
za długo z toalety, nie wyglądać na zdenerwowanego albo przybysza z Bliskiego
Wschodu, nie wspominać o Bogu i nie czytać książek w języku arabskim. Są to,
jak się okazuje, wystarczające powody po temu, by uznać Pana za terrorystę.
Amerykańskie gazety ciągle donoszą o usuwaniu takich delikwentów z samolotów
lub awaryjnych lądowaniach z powodu obecności takich typków na pokładzie. Jak
to mawiała żaba Kermit z "Mupettów"? "Nie jest łatwo być zielonym".
Za to po przylocie do Ameryki czekają już Pana same przyjemności. Na przykład,
może się Pan ubierać, w co się Panu podoba. No, może z dwoma wyjątkami. Nie
radziłbym więc paradować po ulicach w przebraniu królika. To się źle kojarzy.
Przekonała się o tym waszyngtońska firma kredytująca budowę domów, która
zamieściła na autobusach wielkie reklamy ze zdjęciem faceta przebranego za
białego królika. Szybko jednak reklamy trzeba było usunąć, ponieważ obywatele
zgłaszali zażalenia, że biały kostium faceta kojarzy im się ze strojem
arabskim. Nie polecałbym również noszenia na głowie turbanu. Obojętnie jakiego,
gdyż etnografia, jak się okazuje, nie jest najmocniejszą stroną Amerykanów.
Niejaki Frank Roque z Arizony zastrzelił z zimną krwią na stacji benzynowej
Sikha w turbanie, biorąc go za Osamę bin Ladena. - Jestem patriotą! Jestem, do
cholery, prawdziwym Amerykaninem - tłumaczył się zabójca na policji. I długo
nie chciał dać wiary, że turbany noszą nie tylko Talibowie.
Z jedzenia powinny Panu z pewnością zasmakować precelki. Takie, jakimi udławił
się niedawno prezydent Bush. (Swoją drogą, że Osama bin Laden nie pękł ze
śmiechu? Ale podobno Osama ciągle żyje. Tak twierdzi CIA.) Lepiej sobie nawet
nie wyobrażać, co prezydent wyprawiał z tymi precelkami, bo jak autorytatywnie
zaświadczyło Zrzeszenie Producentów Przegryzek (czyli snacków), był to pierwszy
w USA przypadek zadławienia się precelkiem od dwunastu lat. Prezydenci
zazwyczaj dławią się słowami. Polecam też jedzonko w sieci barów "Burger King".
Ta firma naprawdę wie, jak sobie radzić z terrorystami i niedawno urządziła w
Miami seminarium dla swej kadry kierowniczej, w czasie którego - w ramach
hartowania ciała i ducha - przeszli oni kurs chodzenia po rozżarzonych węglach.
Kilku kursantów trafiło do szpitala z poparze