Gość: EUROMIR
IP: *.cm-upc.chello.se
16.05.02, 06:00
Szanowni Państwo,
w jednym z ostatnich swoich przemówień George W. Bush nazwał premiera Izraela Ariela Sharona "człowiekiem
pokoju". Ponieważ wszystko jest relatywne, toteż relatywizm zaciążył chyba i na tej wypowiedzi.
Oczywiście w porównaniu ze swoim rywalem o przewodnictwo w partii Likud - Beniaminem Netanyahu, Sharon
sprawia wrażenie gołąbka pokoju. Ostatnia (niedzielna) decyzja KC Likudu o niezgodzie na akceptację,
kiedykolwiek w przyszłości, niepodległego, palestyńskiego państwa, położonego na zachód od Jordanu, jest
oprócz tragicznego kroku w stosunkach palestyńsko-izraelskich, również wielką porażką Sharona. Decyzja ta
ograniczyła jego możliwości politycznego działania do minimum.
Merytoryczne różnice programowe między Sharonem, a Netanyahu są niezauważalne. W kwestii palestyńskiej
obaj są dziećmi tej samej partii (pamiętajmy o jej korzeniach). Jedyną różnicą jest - w związku ze sprawowaniem
przez Sharona władzy - strategiczny obowiązek utrzymania przez Sharona kontaktu z USA i będącą w koalcji
Partią Pracy.
Nakłada to na Sharona pewne obowiązki, których natomiast zupełnie pozbawiony jest Netanyahu wygodnie
przymierzający się do nowego okresu przewodnictwa Likudowi. Rola i zachowanie Netanyahu na partyjnym
zjeżdzie nie są właściwie zaskoczeniem dla znawców i komentatorów izraelskiej polityki.
Rezolucja zabraniająca w przyszłości rządowi uznanie niepodległej Palestyny radykalizuje jeszcze bardziej
napięcie w regionie. Kiedy obustronne akty agresji nie ustają, społeczeństwa będące podmiotem konfliktu
radykalizują się jeszcze bardziej i szukają liderów, którzy w swej bezkompromisowości dotrzymają im kroku.
Dzisiaj Sharon, a jutro zapewne Arafat - nie okaże się wystarczająco twardym liderem.
A nieuznanie prawa do niepodległości Palestyny zapewne zarezultuje niedługo nieuznaniem przez
Palestyńczyków prawa do niepodległości Izraela.
Euromir