Odkąd pamiętam byłem i nadal jestem podobnego zdania do prezentowanego tu
przez autorkę artykułu. Kilka wizyt w tym kuriozalnym państwie jakim jest USA
skłania mnie do refleksji nad wielkim podobieństwem (z zachowaniem proporcji)
obu państw-kontynentów, USA i Rosji oraz mentalności ich społeczeństw.
Europa to przyjazny ludziom oraz jakości ich życia zakątek naszego brutalnego
Świata.
------------
XXI wiek należy do Europy
Dominika Pszczółkowska 20-07-2005, ostatnia aktualizacja 20-07-2005 17:42
Wiek XXI wcale nie będzie wiekiem Ameryki. To Europę, jej styl życia i
stworzony przez UE model współpracy międzynarodowej chce naśladować świat -
uważają niektórzy intelektualiści po obu stronach Atlantyku
W Europie po odrzuceniu przez Francuzów i Holendrów konstytucji europejskiej
mówi się głównie o kryzysie Unii. Tymczasem analitycy, którzy myślą w o wiele
dalszej perspektywie są optymistami co do roli Europy i UE w świecie.
Amerykanie nam zazdroszczą
Tradycyjne rozumowanie, np. amerykańskich neokonserwatystów, idzie takim
torem: Europa to skostniały Stary Kontynent, który złoty wiek ma już za sobą.
Tu wzrost gospodarczy drepcze niczym żółw, społeczeństwo się starzeje, a dla
młodych i tak nie ma pracy. Przyszłość należy do Ameryki, która nie dość, że
jest młodsza, to bardziej dynamiczna. To tam pojawia się najwięcej nowych
pomysłów, tam każdy może zrobić karierę od pucybuta do milionera. No i
oczywiście Ameryka, dzięki swej sile militarnej, gospodarczej oraz eksportowi
hollywoodzkich produkcji i hamburgerów rządzi światem. I tak już będzie przez
następne kilkadziesiąt, no, może kilkanaście lat, aż na scenę wejdą z impetem
Chiny.
Ale czy na pewno? Takiemu rozumowaniu nie brak dobrych argumentów. Jest
jednak wiele jeszcze lepszych kontrargumentów.
Pod koniec 2004 r. ukazały się dwie książki, których autorzy porównują USA i
UE. I dochodzą do wniosku, że Unia dorównuje Stanom lub wręcz je prześciga i
niebawem stanie się najbardziej wpływowym mocarstwem na świecie, promując
inny model państwa (a właściwie nie-państwa), który okaże się wzorem dla
reszty świata.
Jako pierwszy swą książkę "The European Dream. How Europe's Vision of the
Future is Quietly Eclipsing the American Dream" ("Europejskie marzenie. Jak
europejska wizja przyszłości po cichu przyćmiewa amerykańskie marzenie")
opublikował Jeremy Rifkin, szef Waszyngtońskiej Fundacji Trendów
Gospodarczych i znany lewicowy intelektualista. Wtóruje mu T.R. Reid,
wieloletni korespondent dziennika "Washington Post" w Londynie, w
książce "The United States of Europe" ("Stany Zjednoczone Europy").
Honor publicystów Europy ratuje w tym gronie Mark Leonard z londyńskiego
Centre for European Reform wydaną na początku 2005 r. książką "Why Europe
Will Run the 21st century" ("Dlaczego Europa będzie rządzić XXI wiekiem").
Po co ciągle rosnąć?
Ci, którym wydaje się, że amerykańska gospodarka na głowę bije europejską,
niech zastanowią się nad danymi, które przytaczają powyżsi autorzy:
• 61 ze 140 największych firm na świecie (według rankingu „Global Fortune
500”

to firmy europejskie, a tylko 50 pochodzi z USA. Europejczycy dominują
m.in. w sektorze chemicznym (BASF), budownictwie i inżynierii (Bouygues,
Vinci i Skanska), produkcji żywności i towarów konsumpcyjnych (Nestlé,
Unilever), handlu żywnością (Carrefour, Royal Ahold).
• Świat kontrolują europejskie instytucje finansowe. 14 z 20 największych
banków na świecie to banki europejskie. Osiem z dziesięciu największych firm
ubezpieczeniowych to firmy europejskie.
• W Europie żyje więcej milionerów niż w USA: 2,6 mln osób, podczas gdy w
USA jest ich 2,2 mln. W dodatku ich liczba w Europie rośnie szybciej niż
gdziekolwiek indziej na świecie, a w USA w niektórych latach wręcz spadała.
• Mało wydajne technologie, wielkie samochody, duże odległości i neony na
Times Square w Nowym Jorku sprawiają, że Amerykanie zużywają o jedną trzecią
więcej energii niż Europejczycy. Są też bardziej uzależnieni od cen ropy.
Koronnym argumentem zwolenników tezy o dynamiczności USA i ospałości Europy
są znaczące ostatnio różnice we wzroście PKB. Specjaliści od dawna
przestrzegają jednak, by z tego wskaźnika nie czynić bóstwa, ponieważ nie
pokazuje on wielu ważnych rzeczy, wiele spraw wręcz zaciemnia.
Owszem, amerykańska gospodarka rozwija się szybciej niż zachodnioeuropejska,
ale do tego wzrostu przyczynia się znacznie zwiększony w ostatnich latach w
USA popyt na broń - w 2003 r. na wojsko poszło 3,3 proc. PKB, podczas gdy w
Europie - ok. 2 proc. PKB (Hiszpania 1,2 proc., Niemcy 1,5 proc., Polska 1,7
proc., Włochy 1,8 proc., Wielka Brytania 2,4 proc., Francja 2,6 proc.).
Do PKB wlicza się też gigantyczny przemysł zgrupowany wokół więzień (w USA na
każde 100 tys. obywateli za kratkami siedzi 686 osób; to najwyższy odsetek na
świecie) i koszt prywatnej ochrony przed przestępcami.
Amerykanie mają o wiele większe domy niż Europejczycy, lecz o wiele więcej
czasu (czyli benzyny i pieniędzy) poświęcają na dojazd do pracy. Nie
korzystają z publicznego transportu, bo prawie go nie ma.
Do PKB wlicza się spożyte jedzenie, a ponieważ Amerykanie jedzą o wiele za
dużo - następnie koszty dietetyków i środków odchudzających.
Niższa produktywność w Europie bierze się stąd, że Europejczycy pracują
krócej, a nie gorzej. Przede wszystkim jeżdżą na długie wakacje, gdy
przeciętny Amerykanin ma dwa tygodnie urlopu, których i tak w całości nie
wykorzystuje.