Gość: KAMELEON
IP: *.dialup.mindspring.com
24.05.03, 15:52
Życie pokolenia, do którego Pani należy, dzieli się wyraźnie na dwa etapy:
przed i po wojnie. Jak wyglądało życie rodziny Pileckich przed wrześniem 1939
r.?
- Przed wojną ojciec gospodarzył w swoim majątku w Sukurczach niedaleko Lidy,
mama pracowała w sąsiedniej wiosce Krupa jako nauczycielka, a my
pozostawaliśmy pod opieką niani. Jednocześnie doglądani byliśmy przez ojca,
który od najmłodszych lat uczył nas dyscypliny. To nie był dryl wojskowy, ale
postępowanie pełne miłości, żebyśmy nie byli narażeni na wypadki i
nieszczęścia. Ojciec przeczuwał, że czasy się zmienią i będziemy żyć w
zupełnie innych warunkach i środowisku. Dlatego wychowywał nas surowo, nie
pozwalał na kaprysy, uczył szacunku dla wszystkich ludzi. Kształtował w
swoich dzieciach cechy i wartości, którymi dzisiaj niewiele rodzin się
posługuje, przede wszystkim miłość do Ojczyzny.
Rodziny kresowe cechowała wyjątkowa miłość do Polski, przywiązanie do ziemi.
Czym był dla Witolda Pileckiego patriotyzm, czy mówił na co dzień o Ojczyźnie?
- Żeby poznać duszę ojca, trzeba przeczytać jego młodzieńczy poemat o
Sukurczach. Powiedział w nim, kim jest i kim chciałby widzieć swoje dzieci:
żeby kochały Polskę, ziemię rodzinną, przyrodę, żeby były dobre dla ludzi i
wszystkich stworzeń. Doskonale pamiętam słowa ojca: "Kochajcie ojczystą
ziemię. Kochajcie swoją świętą wiarę i tradycję własnego narodu. Wyrośnijcie
na ludzi honoru, zawsze wierni uznanym przez siebie najwyższym wartościom,
którym trzeba służyć całym swoim życiem".
W postaci Witolda Pileckiego uderza wielka harmonia, duchowe piękno.
- Sam był wszechstronnie uzdolniony, zwłaszcza artystycznie. Stworzył sobie
nuty i przepięknie grał na fortepianie. Wspaniale pisał, nie tylko prozą, ale
i wierszem. Miał też talent plastyczny, bardzo ładnie malował. Zachował się
jego obraz przedstawiający krasnoludki pod grzybkami. Namalowany przez ojca
obraz o treści religijnej do dziś znajduje się w kościele w Krupie na
Białorusi.
Ojciec Pani wzrastał w obcym środowisku, pozbawiony w szkole kontaktu z
językiem polskim, historią własnego kraju. Komu zawdzięczał wpojenie wartości
narodowych, które pozwoliły mu wyznać: "Przez całe życie pracowałem dla
Polski"?
- Ogromny wpływ na wychowanie ojca miała jego matka. Dziadkowie, po zesłaniu
za udział w powstaniu, mieszkali w Karelii. Żeby dzieci się nie wynarodowiły,
matka cały czas uczyła języka polskiego, polskiej historii, dbała o ich
postawę patriotyczną. Starsze dzieci wysłała na naukę do Wilna. Zaszczepiła w
młode serca i dusze polski patriotyzm. A grunt był podatny.
Gdy Ojczyzna była w potrzebie, Witold Pilecki jak rycerz spieszył bronić
zagrożonych granic. W czasie pokoju gospodarzył w rodzinnym majątku, dbając o
rodzinę i pracowników. Jak ojciec rozumiał swoje obowiązki społeczne jako
ziemianina i gospodarza?
- Ojciec nie dbał o sprawy materialne. Nazywał mnie żartobliwie: "dziedziczka
świeżego powietrza", żeby podkreślić, że majątek nie jest ważny. Sukurcze
były niewielkie obszarowo i zaniedbane, dopiero ojciec doprowadził je do
jakiej takiej kultury rolnej. Mimo to było nam ciężko finansowo, dlatego mama
poszła do pracy, a jeszcze ojciec część środków przeznaczał na prace
społeczne. Zawsze pro publico bono, nic dla siebie. Bardzo dużo pracował
społecznie. W Krupie założył kółko rolnicze, straż pożarną. Zorganizował i
prowadził spółdzielnię mleczarską, bo chciał, żeby rolnicy, mając zapewniony
skup mleka, jaj, nabiału, mogli zarabiać i żyć godnie. Na Kresach panowała
bieda, a pośrednicy dodatkowo zabierali zysk dla siebie. Ojciec nie mógł się
z tym pogodzić. Dlatego pomagał rolnikom, którzy go wprost uwielbiali.
Uczestniczył w ich życiu prywatnym, w weselach, chrzcinach.
Był mocno osadzony w realiach, w których żył, i związany z ludźmi, z którymi
przyszło mu żyć. Ojciec założył też przysposobienie wojskowe konne, czyli
oddział krakusów, z którym wyruszył w 1939 r. na wojnę.
Witold Pilecki krótko wychowywał swoje dzieci, w czasie wojny i po 1945 r.
rodziny nie można było scalić. Czy mimo to zaszczepił w Pani i w Pani bracie
te wartości, którymi żył?
- Wydaje mi się, że ojciec wychowywał nas dłużej niż mama, która zmarła w
ubiegłym roku. Zawsze podziwiałam w ojcu rzetelność, koleżeńskość, ukochanie
ziemi i wszystkiego, co nas otacza. Był człowiekiem nieustraszonej odwagi.
Służył całe życie najwyższym wartościom utrwalonym na polskich sztandarach
harcerskich i żołnierskich: Bóg - Honor - Ojczyzna. Te wartości nie tylko
głęboko nosił w sercu, ale realnie i konsekwentnie kierował się nimi w życiu -
we wszystkich sprawach. Dawał też wielokrotnie dowody, że gotów jest im
służyć zawsze, nawet za cenę krwi.
Był dla nas wzorem wszelkich cnót. Wszystko, co robiliśmy, czyniliśmy zawsze
z myślą o ojcu, czy nas pochwali, czy zgani. Zawsze wierzył, że go nie
zawiodę, i chyba tak było. Cały czas z ojcem uzgadniam różne rzeczy,
zastanawiam się, jak postąpiłby na moim miejscu. Jest dla mnie jak
drogowskaz. Dlatego jestem bardzo wdzięczna mojej mamie, że wybrała właśnie
ojca, o którym dobrze wiedziała, jaką hierarchię wartości wyznaje w swym
życiu, że zawsze się sprawdzi jako człowiek szlachetny, odważny i
konsekwentny w działaniu, i jako kochający ojciec.
Był zawsze gotowy oddać wszystko, by wypełnić rozkaz. Czy wykonując swoją
ostatnią misję, spodziewał się aresztowania w Polsce Ludowej?
- Myślę, że tak. W obawie przed dekonspiracją proponowano mu wyjazd na
Zachód, ale odmówił. Przyjechał przecież do Polski, żeby ratować nieliczną
już młodzież inteligencką. Ojciec chciał tych młodych ludzi ściągnąć z lasu,
żeby nie ginęli bezsensownie. Wrócił do kraju, bo chciał być też blisko
rodziny i dzieci, wychować je na porządnych ludzi. Zamieszkał w Warszawie,
gdzie miał kilka lokali konspiracyjnych. Niestety, tylko niecałe półtora roku
przebywał na wolności. Wykonywał odpowiedzialne zadania, więc kontakty z
rodziną były rzadkie i krótkie. Pamiętam go zamyślonego i skupionego. Gdy
ostatni raz przyjechał do nas do Ostrowi Mazowieckiej, brat był chory i
akurat przyszli go odwiedzić koledzy. Ojciec cieszył się, że umiemy się
znaleźć w większym środowisku.
Aresztowanie ojca zmieniło na pewno wszystko w życiu rodziny Pileckich?
- 12 maja 1947 r. przypadały imieniny mamy, ale ojciec już nie przyjechał do
Ostrowi. Zastanawialiśmy się, co się stało? Potem dowiedzieliśmy się, że 8
maja 1947 r. został aresztowany w kotle u państwa Sieradzkich. Mama
przyjechała do Warszawy sprawdzić, co się stało. Eleonora Ostrowska
powiedziała jej, że ojciec został aresztowany. Zaczęła się cała gehenna
związana z procesem.
Mamy nie dopuszczano na żadne widzenia z ojcem. Relacje z sali sądowej
nagłośnione w radio przez znaną propagandzistkę Wandę Odolską nadawano przez
szczekaczki. Pamiętam te audycje ze szkoły, podczas przerw lekcyjnych. Jedna
z nauczycielek podeszła do mnie i zapytała: "Czy ten Pilecki to może twój
ojciec?". Powiedziałam: "Tak", i dodałam, że jestem dumna, że mam takiego
ojca. To był jedyny nieprzyjemny incydent, jeżeli chodzi o Ostrów, byliśmy
tam otoczeni wieloma osobami nam przyjaznymi. Późniejszy okres był niestety
bardzo ciężki.
Jakie represje spadły na Pani rodzinę?
- Mama jako nauczycielka nie mogła nigdzie dostać pracy, bo wróg Polski
Ludowej nie mógł uczyć polskich dzieci. Byliśmy skazani na skromną
egzystencję. Brat musiał pójść do ośrodka TPD [Towarzystwo Przyjaciół Dzieci -
wyj. red.]. W pewnym momencie mama dostała pracę w Miedzeszynie i pozwolono
nam zamieszkać w jednym pokoiku w letniskowym drewniaku. Nie mieliśmy jednak
ani węgla, ani drzewa, zbierałam więc szyszki w lesie, żeby ogrzać pokój tzw.
kozą. Mimo to było strasznie zimno. Mamę szybko zwolniono z tej pracy,
dopiero po spotkaniu "Dziadka" Lisieckiego, znanego pedagoga, człowieka
nietuzinkowego, została przez niego zatrudniona w Domu Dzi