Gość: EUROMIR
IP: *.cm-upc.chello.se
30.06.03, 06:51
Szanowni Panstwo,
w sobotniej "Rzeczpospolitej" (28-06-2003) ukazal sie wiersz Jacka
Kaczmarskiego "Oddzial chorych na raka a la Polonaise A.D. 2002".
Jest to bez watpienia, i rownoczesnie; swietnie napisany oskarzycielski utwor
poetycki, i (biorac pod uwage jego oskarzycielska wymowe) duze literacko-
intelektualne wydarzenie, ktore mam nadzieje - nie przejdzie, bez echa.
Czemu tak sadze ? Czemu przywiazuje tak wielka wage do tego jednego przeciez
tylko wiersza ?
Otoz uwazam, ze wart on jest, z racji osoby autora, jego specjalnej obecnie
sytuacji zyciowej, tematu, i jego ujecia, (rowniez wpisania w pewna
tradycje), naszego powszechnego zainteresowania, i uczciwej nad jego
przeslaniem dysputy.
Tak sadze, lecz widze jednoczesnie, ze nie powinienem byc niestety zbyt
pewnym siebie, w mych oczekiwaniach. Wiersz przeczytalem, w dniu jego
publikacji w "Rzeczpospolitej", dzieki temu, iz poswiecil mu watek Pan CCCP
(tytul "Jacek Kaczmarski"). Niestety - wbrew wszelkim moim wrozbom - watek
przeszedl niezauwazony. Nie mial wiekszego powodzenia.
A szkoda, gdyz mamy, do czynienia z utworem - w naszej wspolczesnej
literaturze - dla tematu historycznej obecnosci Zydow w Polsce, zydowskich
oskarzen, o wyssany z mlekiem matki, antysemityzm Polakow, i wynikajacych
stad, dla wielu polskich Zydow implikacji - wyjatkowo waznym. Wierszem
tragicznym, o pulsujacej, gleboko przemyslanej konstrukcji, formalnie
ahisterycznym, nie egzaltowanym, nawet wowczas, gdy symbolicznie,
cala "rakowa rodzine" - Polakow o gleboka, niczym nie uzasadniona niechec
(nienawisc) oskarzajacym. Wiec chocby z tych powodow wazny. Ale o tym pozniej.
Dzisiejszy sympozjon, nie wyklad, a wlasnie sympozjon - postanowilem
poswiecic wyjatkowo, tylko temu jednemu wierszowi. Powtorze jeszcze raz - z
wielu wzgledow waznemu, swietnie napisanemu, tragicznie przejmujacemu, ale
tez (na co zechce zwrocic glownie Wasza Panstwo uwage), szczegolnie
symptomacznemu, wlasciwemu tylko jednej, konkretnej, wysoce egoistycznej,
specyficznej w swej tradycji, i pretensjonalnosci, w zadaniu uznania
zydowskiej wyjatkowosci - optyce ogladu naszego wspolnego swiata…
Nadszel najwyzszy chyba czas, abym przedstawil wreszcie wiersz, o ktorym
mowimy.
Oto on :
JACEK KACZMARSKI
Oddzial chorych na raka a la Polonaise A.D. 2002
Pieciu na jedna sale kladli na Banacha
(miejsca ciagle za malo, a rak cos sie pleni),
wiec pieciu nas lezalo, a kazdy mial stracha,
ze to kres jego drogi na tej ciezkiej ziemi.
Ten spod okna z godnoscia znosil swoje leki:
szlafrok, kapcie, tranzystor, oficerska mina.
Dyrygowal, jak mamy korzystac z lazienkiÉ
a ja - nic nie mówilem. Czytalem kryminal.
Drugi, z guzem na wardze, lubil telewizje,
wiec kazda wolna chwile na kobiecym siedzial;
mówil: - Wie pan, w cywilu to ja jestem fryzjer,
ale teleturnieje mnie biora, ta wiedza!
Godny zgodzil sie, owszem, ze bez wiedzy nijak,
on jednak osobiscie zwykl chadzac do kina;
po czym wlaczyl tranzystor na Radio Maryja,
a ja - nic nie mówilem. Czytalem kryminal.
Trzeci wciaz sie naswietlal, mial glowe w bandazach,
skóre twarzy jak sandal i dziure po uchu.
Znikal "plucka przewietrzyc i raczka podsmazac".
Nikotynka - powiadal - podtrzymuje na duchu.
Ten od teleturniejów odmawial jej zalet.
- Panie! Panski nowotwór to ta nikotyna!
Obrazal sie Palacz: - Przeciez uchem nie pale!
A ja nic nie mówilem. Czytalem kryminal.
Czwarty tez malomówny. Wwiezli go o zmierzchu
i wcisneli na sile w kat pod krucyfiksem.
- Tak na oko - oswiadczyl - jestem zdrów! Po wierzchu!
Ale rak mnie wyzera, jak Zyd krem w Bar Micwe!
Tu Godny sie ozywil, slyszac temat "Zydzi".
- Zlatuja sie, jak muchy, a my - jak padlina!
Nie dosc, ze takie zyje, to jeszcze z nas szydzi!
A ja? - nic nie mówilem. Czytalem kryminal.
- Polacy Adzikowi* winni sa pomniki
za to, ze tyle tego robactwa wypalil!
- Ale Zydki sie w Krzyzu kryja jak korniki!
Papiezowi jarmulke zalozyc kazali!
- Odwiedzal synagoge - tlumaczyl Telewidz,
ale go zakrzyczala rakowa rodzina.
- Niech pan tutaj nie broni zydowskiej bolszewii!
A ja - nic nie mówilem. Czytalem kryminal.
- Pan zgasi juz to swiatlo! Przeciez spac chca chorzy! -
Sklal mnie potem wsluchany w radiowe nieszpory.
Ów, co godnie ból znosil, ale sie polozyl,
bo po takiej dyskusji poczul, ze jest chory.
Z twarda kula w przelyku lazilem po ciemku
zimna woda spod kranu chlodzic suche usta,
a Bezuchy po lózku ciskal sie i stekal:
- Klada tu byle kogo i nie mozna usnac!
Rano mnie wypisali zaraz po badaniach.
Teraz juz tylko dni do wyroku odliczacÉ
Pod oknem siedzial Godny. Wkladalem ubranie.
Nagle, ni stad, ni z owad mówie: - Zdrowia zyczeÉ
Wyrwal sie z odretwienia, jakbym byl majakiem.
- No prosze! Jednak umie pan mówic, jak widze!
A mysmy juz mysleli: z ksiazka to snob jakisÉ
- Nie, prosze pana - mówie - nie snob. Jestem Zydem.
Oj, odjelo mu mowe. Bo o co tu pytac?
Wyraznie bylo widac, kiedy sie przerazil,
ze pacjent Zyd juz wie, kto jest antysemita
i zgladzi go przez Spisek Zydowskich Lekarzy!
Odszedlem, bezskutecznie próbujac przelykac
i w ustach mi gestniala tysiacletnia slina.
- Splun za siebie - mówilo mi cos - splun i zmykaj!
A ja obracalem w pamieci kryminal.
Osowa, 5 czerwca 2003
*
Wiersz - potwierdzicie pewnie Panstwo - sprawny, doskonale ulozony, wpisany
jest swietnie, w tradycje skargi zydowskiej, istniejaca od wielu lat w naszej
literaturze. Tradycji, ktora jednoczesnie, nie dzieki tylko obiektywnym
podstawom, ale glownie politpoprawnosci, w wyniku dzialania inercyjnego
mechanizmu sankcjonujacego latwo, oficjalnie uznane normy swiatopogladowe,
ostatnimi laty, coraz wyrazniejsze zdobywa poparcie, i realny spoleczny
poklask.
"Oddzial chorych na raka" jest dowodem na nieprzerwane tej tradycji,
zakorzenione juz istnienie, (od czasu chocby miloszowej karuzeli wesolo
krecacej sie przy murze plonacego getta) .
Zjawisko to - sadze - dowodzi rzeczywistego istnienia, w srodowisku polskich
Zydow, poczucia krzywdy wynikajacej z grupowego odtracenia, Zydow przez
Polakow, za winy najczesciej przez Zydow bagatelizowane, czego chocby
przykladem Kaczmarskiego krotkie:
"- Niech pan tutaj nie broni zydowskiej bolszewii!"
Fraza ta przecie wyraza najpelniej niechec do (traktowanej jako niezasluzony
rezultat), stosowanej niestety przez Polakow, w stosunku do zydowskiej,
mniejszosciowej grupy, zasady odpowiedzialnosci zbiorowej. Reakcja jest
oczywiscie zydowskie zachowanie obronne, powielajace kalke, (czyli, te tak w
stosunku do siebie krytykowana norme).
Stad inny stylistyczny zwrot - "rakowa rodzina" - majacy byc antypolskim
epitetem, wymierzony mimowolnie jest, idac tropem tej mysli, rowniez w samych
Zydow. (W swoich wlasnych oczach), wobec polskich pretensji, bedacych
zbiorem jedynie, niczemu przecie winnych, procz pochodzenia i identyfikacji,
osobnych indywidualnosci.
Fenomen takiego myslenia, w naszej literaturze pisanej przez Zydow, lub
osoby, z zydowska, filosemicka sympatia zwiazane, uwidacznia sie cyklicznie.
Toz to, to samo pole podraznionej wrazliwosci, pretensji (przez zasade
dzialania kalki, w obu konfliktujacych sie coraz bardziej stronach,
stosowanej tytulem rekompensaty wzajemnych oskarzen), kompleksow, i logicznie
z dzialan tych wynikajacej, realnej, obopolnej, co raz, na nowo odkrywanej
niecheci. Stad powracajaca stale zydowska (J.Kosinski, I.Singer, Cz.Milosz,
K.Wierzynski, J.Tuwim, H.Grynberg, S.Wygodzki, M.Moszkowicz i inni) potrzeba,
pola tego zagospodarowywania.
*
Kaczmarski powiada, opuszczajac szpitalny oddzial - "jestem Zydem". Czym maja
byc jego slowa ? Neutralna deklaracja ? Pozegnaniem ? Czy rzuconym w twarz
oskarzeniem ?
Uniwersalna wspolnota losu rakowych skazancow nagle, w wyniku poznania
pogladow lezacych z nim na jednej sali chorych, przestaje go obowi