Dodaj do ulubionych

Usługi ostateczne :(((((((((

IP: *.konin.cvx.ppp.tpnet.pl 15.11.03, 10:28
Fragment:

Znajomy wypatrzył ową firmę w Internecie, oferowali "środki miłego odejścia",
ale podobno szybko zgasili swoje światełko w internetowym kosmosie. I oparli
działalność tylko na poczcie pantoflowej. Po raz pierwszy usłyszałem o tej
dziwnej, nielegalnej instytucji od znajomego, który zawodowo zajmuje się
samobójcami i pisze o nich pracę doktorską. Kilku z jego podopiecznych
podobno skorzystało z usług tej firmy.

Rozpuściłem e-mailowe wici i wkrótce zdobyłem ich namiary. Marcin, mój kolega
z liceum, który do lat ma ciężką depresję, nawiązał z nimi bezpośredni
kontakt. Nie uznają pośrednictwa, należy kontaktować się osobiście. Sam kupił
pastylkę o zachęcająco brzmiącej nazwie "ostatnia, słodka poziomka". Nosi ją
przy sobie i od tej pory czuje się znacznie pewniej.

Pojechałem na ulicę Wilczą. Pod tym adresem zastałem agencję towarzyską.
Wyczytałem na tablicy; masaże, relaks, panie w każdym wieku, towarzyskie
spotkania grupowe, ale też: usługi ostateczne. A więc to jednak tu. Otworzył
mi kwadratowy jegomość o twarzy płaskiej, jakby dostał się kiedyś pod walec
drogowy. Poczułem, że patrzy mi uważnie w oczy. Pozwolę sobie dokładnie
zacytować dialog.

Ja: - Nie wiem, czy to tu?

On: - Usługi ostateczne?

Ja: - Skąd pan wie?

On: - Po oczkach.

Wpuścił mnie do środka i powiedział: - Oczka nie kłamią. Jak człowiek
popracuje w tym fachu, deprechę pozna od razu.

W korytarzu natknąłem się na półnagą kobietę i faceta z obliczem wygłodzonego
kundla, który próbował poluzować sobie krawat, ale ten zaciskał mu się na
szyi. Zaprowadzono mnie do malutkiego pokoju, gdzie dominowały brązy i
czernie. Jegomość poprosił o dowód tożsamości, a potem o legitymację
dziennikarską.

- Nie jestem dziennikarzem - powiedziałem, co było tylko częściowo prawdą.

- Na pewno? - zapytał i znowu spojrzał mi głęboko w oczy.

Wyczytał w nich to "na pewno" i bez słowa oddał mi dowód osobisty. Polecił,
abym usiadł w skórzanym fotelu i podał coś, co przypominało menu w
eleganckiej restauracji.

- Niech pan spokojnie poczyta. O cenach porozmawiamy później - i dyskretnie
wyszedł.

Założyłem okulary, rozchyliłem plastikową oprawę. Oto co znalazłem w środku:

- Sokrates, filozoficzna cykuta.

- Cyjanek, z bunkra Hitlera.

- Ambrozja, z Czarnej Mamby.

- Nagły orgazm, a potem miła niespodzianka.

- Ostatnia, słodka poziomka.

- Skuteczność gwarantowana! Szybkość, bezbolesność, a nawet szansa na miłe
odczucia. Nie mieliśmy do tej pory ani jednej reklamacji.

Nie było to wszystko wesołe, ale uśmiechnąłem się do siebie. Jegomość
powrócił i rozsiadł się w krześle naprzeciw. Nie patrzył mi w oczy. Czyżby
doceniał delikatność sytuacji? Mówi:

- Transakcję załatwiamy zawsze poza agencją. Pan otrzymuje wybrane danie, a
pieniądze przekazuje dyskretnie w kopercie, kopert mamy pod dostatkiem.

Wydawało mi się, że teraz uśmiechnie się, nie zrobił tego. - Chcemy wykluczyć
spożycie dania od razu po sprzedaży, czyli w naszym lokalu. To byłby dla nas
duży kłopot. Nasze dania są niezawodne, bezbolesne, przyjemne i szybkie.
Dlatego transakcji dokonujemy poza lokalem, rozumiemy się?

Podjąłem próbę, by wykazać się pełnym zrozumieniem i zapytałem o ceny.
Najdroższy był Sokrates - 800 złotych, a najtańszy Hitler - złotych 400. Przy
zakupie środka z górnej pułki agencja oferowała dodatkowo półgodzinną usługę
towarzyską gratis, a przy zakupie najdroższych dań całą godzinę i kieliszek
szampana, też gratis.

- Za usługi towarzyskie płaci się oczywiście od razu na miejscu, a resztę
zgodnie z umową, na zewnątrz. Mam nadzieję, że się rozumiemy - wyjaśniał
osiłek o płaskiej twarzy. - Oferując usługi towarzyskie narażamy się w sumie
na straty, kilka procent klientów po skorzystaniu z tej oferty rezygnuje
potem z usług ostatecznych, a my się na to godzimy, ponieważ mamy zasady. Nic
na siłę, szczególnie w takich sprawach, rozumiemy się?

- Jak najbardziej - powiedziałem, ujęty fachową rzeczowością oferty.
Zdecydowałem się na Sokratesa. Zawsze ceniłem mądrość tego filozofa. I
wziąłem pod uwagę swoją ostateczną sytuację, przecież nie będą mi już
potrzebne pieniądze, a poza tym miałem zwyczaj kupowania towarów dobrych
firm. Już dawno odkryłem, że przy zakupach nie opłaca się oszczędzać, do
dzisiaj chodzę w butach, które kilka lat temu nabyłem za 600 złotych. A
oszczędzać na własnej śmierci, co za małostkowość. Nie byłem co prawda
bynajmniej pewien, czy ich cykuta nie jest fałszowana, ale uznałem, że w
interesie firmy jest, by klienci, którzy spożywają zakupione danie, nie
nachodzili ich potem z pretensjami.

Sięgnął do niewielkiej walizki. Otworzył ją i wyjął małe pudełeczko starannie
opakowane i przewiązane niebieską wstążką. Otworzył pudełko i pokazał
niewielką błękitną kapsułkę: - To jest Sokrates, prosto z Grecji - powiedział.

Nie wiem, co odczytał w mojej twarzy, ale zawiązując kokardkę, dodał: -
Kończyłem studia, co prawda nie filozofię, ale mam magistra. Pan posiada
gotówkę? Kart kredytowych nie respektujemy.

Sięgnąłem po portfel, powstrzymał mnie ruchem dłoni, zapytał: - A usługa
towarzyska?

- Skorzystam - powiedziałem, chyba bardziej przez grzeczność niż z
przekonania. Pomyślałem też o czytelnikach "Plusa" - tyle się czasami
nachodzę, by mieć materiał do swoich tekstów, a w agencji nigdy w życiu nie
byłem, to jest ostatnia szansa, więc choćby w celach literackich...
Domyśliłem się, że większość klientów usług ostatecznych bynajmniej nie ma
już ochoty na usługi seksualne, więc pomysł był sprytny. Wręczyłem mu sto
złotych. Wziął ze słowami: - Kwitu pan nie potrzebuje, od podatku pan
przecież tego nie odliczy. Czyli zostało do zapłacenia 700.

I jak skazańca poprowadził mnie do saloniku. Próbowałem się nie garbić, ale
głowa cięższa niż zwykle sama wpadała między ramiona. Na czerwonej kanapie
siedziały trzy damy. Jedna była już posunięta w latach, ale o ładnych rysach,
pulchna blondynka w sukni podobnej do halki. Obok siedziało szczupłe dziewczę
w kusej spódniczce, mogła mieć lat 18, ale była nieco wypłowiała, a suma
życiowych nieszczęść naznaczyła jej twarz zmarszczką zmartwienia. W fotelu
rozsiadła się nieprzyzwoicie biuściasta dziewoja o prostej wiejskiej urodzie.
Nie wiem dlaczego, ale jej było mi najmniej żal, dlatego na nią wskazałem.
Wstała niechętnie i włożyła na twarz coś w rodzaju uśmiechu. Weszliśmy do
pokoju, który przypominał tanie hotelowe pomieszczenia: - Tu jest łazienka, a
łóżko to widać - powiedziała.

Nigdy nie byłem w burdelu, ale zrozumiałem, że powinienem się umyć. Wszedłem
to miniaturowej łazienki, podała mi mały czerwony ręczniczek, świntuszek.
Spojrzałem w lustro, nie zobaczyłem tam niczego wesołego. Kiedy wyszedłem z
łazienki zastałem niewiastę leżącą na łóżku w pozie, którą można by nazwać
znakiem zapytania.

- Pan... tu w sprawie usług ostatecznych?

- Skąd pani wie?

Uśmiechnęła się, ale teraz jakoś inaczej, po ludzku.

- To się daje poznać - stwierdziła.

- Tak, wiem, to już wiem - burknąłem i zacząłem się zastanawiać, co mam
zrobić ze swoimi rękoma.

- Jak was znam, wiem, na co wy, ostateczni, macie największą ochotę.

Ściągnęła obcisłą bluzkę, a pełne piersi zafalowały jak oceaniczna fala.

- Chodź synku - podała mi pierś. Jakaś siła, której istnienia nie
podejrzewałem, pchnęła mnie ku sutkowi. Wkrótce leżałem w embrionalnej
pozycji i ssałem, a mój nos tonął w puchach jej ciała. Śniła mi się wiosna.
Spaniel, o którym marzyłem w dzieciństwie, a którego nigdy nie kupili mi
rodzice, frunął wachlując skrzydłami uszu nad trawami, w rozgrzanym powietrzu
omijał z gracją ważki i motyle. Ktoś pociągnął mnie delikatnie za ucho. A ja
nie chciałem przestać śnić. Usłyszałem serdeczny szept: - Obudź się, już
czas... Znowu do szkoły, pomyślałem. - Mamo, ja nie chcę - szepnąłem i
obudziłem się. Moja głowa wtulona była we wzgórza piersi. Te piersi nie
pach
Obserwuj wątek
    • ada08 W połowie rozpoczętego słowa zażyłeś Sokratesa ? 15.11.03, 11:52
      • Gość: AdamM Jak pewnie wiesz IP: *.konin.cvx.ppp.tpnet.pl 15.11.03, 12:02
        tekst nie jest moj lecz Tomasza Jastruna:

        www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_031115/plus_minus_a_4.html
        • ada08 Re: Jak pewnie wiesz 15.11.03, 12:08
          Gość portalu: AdamM napisał(a):

          > tekst nie jest moj lecz Tomasza Jastruna:
          >

          Nie wiedziałam.
          Myślałam, ze to Ty zacząłeś tak dobrze pisać smile
          a.
          • Gość: AdamM No to IP: *.konin.cvx.ppp.tpnet.pl 15.11.03, 12:22
            mi dołożyłaś smile
            Ale przecież ja pisze juz tak dobrze, nie musze zaczynać ! smile

            A.
            • ada08 Re: No to 15.11.03, 12:49
              Gość portalu: AdamM napisał(a):

              > mi dołożyłaś smile

              ''Oto tak, tak z rozlewności towarzyskiej...'' (Wyspiański, Wesele)
              smile

              Zauważam jednak z ulgą, że Cię nie uraziłam smile

              A Tomasz J. fajnym dość panem jest.
              Czasem czytuję jego felietony w ''czasopismach kobiecych''.
              Trochę też wierszy jego czytałam, ale nie za bardzo zapadły
              mi w pamięć.
              a.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka