grek.grek
06.08.08, 11:59
Zdajecie sobie sprawę z tego,że od ponad dekady De Niro nie zagrał
żadnej wielkiej roli, czegoś co przejdzie do historii kina, nic
na miarę Vito Corleone, Travisa Bickleya,Jake'a La Motty, Jamesa
Conwaya, nic na miarę druogorzędnych w jego karierze - Kasyna i Gorączki,ale i nawet nic na miarę Maxa Cady'ego w Cape Fear.
Nie będę się znęcał nad człowiekiem, ale te wszystkie komedyjki i
inne barachło, w które się pakował, to zwykły szmelc i obciach. Niby wybitnemu aktorowi wolno popajacować na stare lata, ale ja tego nie kupuję - przeciwnie, im większy aktor, im okazalszy dorobek, im świetniejsze role, tym większy powinien mieć respekt dla samego siebie i własnego dziedzictwa. Co to za zestaw - Taksówkarz i Nawrót depresji gangstera... ironiczna etiuda na swoje dawne role włoskiego dżolero wymachującego małym pistolecikiem ? - za grubymi nićmi szyta ideologia. Kasa ? To jeszcze mogę zrozumieć, ale nie wybaczyć. Zamień Bentleya na Merca, kup dwa złote klozety,zamiast trzech,poświęć się, człowieku, i szanuj swoje nazwisko i pracę jaką włożyłeś w to,żeby było ono tym, czym jest i znaczyło tyle, ile znaczy.
Ostatni, w moim rankingu, w miarę wypasiony film z De Niro, to "Fan" właśnie.
De Niro może grać człowieka mafii, albo gościa, któremu się piąta klepka poluzowała -
żadnych innych odpowiednich ról dla niego plan matki natury nie
przewidział i kiedy próbował przekonywać się o nieodwracalności
przeznaczenia trafiał dziobem prosto w stary, zjełczały tort.
W "Fanie" jest tym drugim i jest re-we-la-cyjn-ny. Bez przesadyzmu,
z pełnym wyczuciem rysuje swoją rolę, nadaje jej kształt i charakter
- do a do z; postać istnieje tylko dzięki
niemu - gość hebluje przez 2 godziny naprawdę świetnie i tworzy z nieparawnego materiału rolę, i postać, do zapamiętania; powiedzmy uczciwie - gdyby nie grał jej De Niro "Fan"
byłby filmem zaledwie przyzwoitym,a prędzej - jednym z wielu w swojej kategorii, a tak jest dobry, a w swojej
kategorii może nawet bardzo dobry.
Jakbym był Murzynem,to bym był Wesem Snipse'em. Jakbym był Murzynką,to
bym zmienił płeć, a potem został Wesem Snipsem.
Dawali mu (w czasie przeszłym, bo szybko, a może nigdy, nic
nowego nie dostanie - 3 lata w zakładzie zamkniętym,to
jednak szmat czasu w takim biznesie) jakieś role w komputerowych strzelankach,albo tanich kryminałach, dla facetów, którzy wracają z roboty skonani i chcą zobaczyć alternatywą wersję własnego losu - żenada.
A kto widział jego role w Jungle Fever i w Mo' Better Blues
zdaje sobie sprawę,że to naprawdę utalentowany aktor jest/był.
Tutaj totalnie go gasi i przyćmiewa de Niro, no bo jak cień słonia
ma nie przykryć cienia pancernika, ale Wes nie ginie tak całkowicie,
czerep znad lustra wody wystaje, moze nawet z szyją. Ma dobre momenty
w tym filmie, aczkolwiek tak wiele do grania znowu nie ma; tym
bardziej szacun za to, że w filmie napisanym i zrobionym dla jednego
aktora Wes się odnajduje.
Ellen Barkin w sumie też wypada nieźle, jest zabawna, urocza i w ogóle gra ten fajny typ kobiety, która na odzywkę "ty, taka owaka" posyła pieniaczowi/ce szeroki uśmiech z ręki i zostawia z rozdziawioną gębą.Przy De Niro wszyscy zyskują.
Z bejsbola nic nie kumam, poza tym, że najlepiej jesli pałkarz piep.znie
piłkę poza boisko, bo jesli tego nie zrobi i odbije w pole, to wszyscy zaczynają w róznych kierunkach biegać i za grzyba nie idzie się zorientować - gdzie biegną, po co biegną i dlaczego wszyscy razem.Na szczęście nikt nikogo nie zadręcza szczegółami tej gry, a wszystko kręci się wokół obsesyjnej patologicznej miłości fana do sportowca, czego tak samo nie rozumiem, jak bejsbola.
Polsat, 22:00, jutro. Ja polecam, a jak nie chcecie oglądać, to nie pocałujta :)))