wiktorski72
25.09.12, 18:36
To będzie dla tych cierpliwych co lubią i chcą czytać do końca i być może coś doradzą. Muszę całość opisać, żeby czytając nakreślić w miarę pełen obraz...
Jesteśmy małżeństwem od 12 lat a razem od 18. Mamy dwójkę dzieci 4letniego synka i 10letnią córkę. Moja żona była moją pierwszą poważną partnerką i nie licząc kilku drobnych, pojedynczych przygód, również właściwie jedyną partnerką seksualną. Ze względu na to, że wychowałem się w rozbitej rodzinie bardzo chciałem mieć to czego sam nie zaznałem: szczęśliwy związek z wychowaniem dzieci, wprowadzanie ich w dorosłość, starzenie się razem, wychowywanie wnuków.
Poprzednie lata były dość ciężkie... ale po kolei. Przed ślubem mieszkaliśmy razem 4 lata (końcówka studiów, pierwsza praca), co powinno mi pokazać jaką osobowość ma moja przyszła żona. Nie zwracałem uwagi na pewne zachowania a może cechy charakteru, czy sposób jej wychowania. Ponieważ od dziecka przez taką rodzinę a nie inną musiałem nauczyć się dość szybko samodzielności w każdej dziedzinie: nie tylko w typowo męskich czynnościach, ale również gotowanie, pranie, prasowanie nie były i nie są mi obce. W czasie mieszkania razem nie zwracałem uwagi, że w wielu tematach to ja przejawiam inicjatywę (taki mam charakter i pewno wychowanie też). Nie zwróciłem uwagi, że to ja zaczynam troszczyć się bardziej o gospodarstwo domowe niż w tradycyjnym modelu rodziny: nie tylko kładzenie tapet, ale i wymyślanie co będziemy jeść w weekendy (i zazwyczaj ich gotowanie), ja segregowałem pranie itp. ale to też ja poddawałem pomysły na nasze aktywności: wycieczka rowerowa, wypad za miasto, kino, teatr... Nie zrozumcie mnie źle to nie jest tak, że moja żona nie ruszyła w niczym ręką, ale wykazywała się w większości hmm minimalizmem lub nieporadnością.
W sposób naturalny przejmowałem pałeczkę w coraz większej ilości codziennych czynności lub prawie we wszystkim. Przykład banalny ale obrazujący co mam na myśli: jeśli chciałem zjeść coś ciekawszego na kolację niż kanapka z serem i pomidorem, to nie wystarczyła sugestia "mam na ochotę na..." "a może byśmy coś urozmaicili" bo to nie działało, albo zadziało tylko i wyłącznie raz, tylko ja robiłem ciekawsze zakupy spożywcze i sam gotowałem. To oczywiście przykład tylko z jednej dziedziny życia, a można go przekładać na wszystko: spędzanie wolnego czasu, zakup wyposażenia, czy nawet seksu.
Taki stan najpierw traktowałem jako normalny i niczego więcej nie oczekiwałem, bo przecież byłem od dziecka nauczony zaradności i tego, że jeśli o coś sam nie zadbam, to się nie zadzieje.
W międzyczasie dostałem super atrakcyjną pracę. Specjalizuję się w bankowości i rozwój tego sektora spowodował, że nasze domowe finanse zaczęły błyskawicznie się poprawiać, moja żona oczywiście się do tego przyczyniała również, ale w krótkim czasie to ja zacząłem budować domowy kapitał (nic jej nie ujmując). W tym czasie pojawiła się na świecie nasza córka i miałem wrażenie, że jestem najszczęśliwszym facetem na świecie. Nie zauważając, że to ja znów bardziej skupiam się na wychodzeniu poza minimalizm życiowego funkcjonowania. ...ale żeby skrócić trochę historię... w pewnym momencie stać nas było na zakup pierwszego własnego mieszkania (dotychczas mieszkaliśmy w małym po babci, będącym formalnie własnością moich rodziców). Zaplanowaliśmy zakup takiego, w lepszej dzielnicy, większego, bo na jednym dziecku nie powinno się skończyć, ale do tego potrzebny był większy kredyt. Moja zarobki oraz praca w bankowości pozwoliły na szybkie pozyskanie dużego kredytu - czytaj z dużą ratą (niestety we frankach) i zakup mieszkania. W tym czasie okazało się, że w drodze jest drugie dziecko. Urządzaniem ze stanu surowego mieszkania zająłem się ja - żona przecież w ciąży, pod opieką córka, to nic, że ja pracowałem 10-11h każdego dnia, jeśli chciałem mieć dom nie z ikei, (bo tak pewno by zrobiła moja żona - bo to prościej a rzeczy ładne) to musiałem to zrobić ja. I tak czas płynął, kiedy ja już raz na jakiś czas miałem tzw. focha gdy zmęczony wracałem do domu i denerwowałem się o drobiazgi, które zaczęły mi przeszkadzać. Od niewyciąganej korespondencji ze skrzynki przez kilka dni, po sobotnie pytania co tydzień " to co zjemy na obiad". Kuriozalne sytuacje polegały na tym, że to ja pisałem żonie składniki do zakupu na zupę pomidorową... ale nadal wierzyłem że małżeństwo to podstawa, nie każdy jest doskonały, ja przez pracę staję się coraz bardziej despotyczny i to może moja wina. A przecież zdarzały się miłe chwile czyli co weekend czyli wieczorne piątkowe wino, film na DVD i właściwie szybki seks na kanapie przed tv, który nota bene stawał się pozbawiony namiętności i właściwie czynnością fizjologiczną rozładowującą napięcie. To nie jest tak, że żona odmawiała mi seksu - wręcz przeciwnie, takie rzeczy należały do rzadkości, ale to faktycznie stało się czynnością a nie przeżyciem, bo nawet prawie się nie całowaliśmy a po pewnym czasie już wogóle nie. Urodził się synek i ta sytuacja trwała. Nasze życie to wybór przedszkola, szkoły, zakup butów na wf itp. W tym całym pędzie widziałem, że się gubimy jako para i to ja parę razy zainicjowałem wyjazdy na weekend, ściągając moich rodziców z innego miasta do opieki nad maluchami, ale po to żebyśmy pobyli razem.
I wtedy zdałem sobie sprawę, że coś zaczyna być nie tak. Po za tym, że zastanawialiśmy jak rodzice sobie radzą z naszymi dziećmi, to będąc w jakimś fajnym hotelik na skraju puszczy nie potrafiliśmy być już razem. Tzn. siedzieliśmy na przeciw siebie w barze pijąc drinka i nie rozmawiając... i wtedy naturalne było to że każde sięgało po gazetę/książkę. Ale nadal niby było ok i miło, bo przecież odpoczywaliśmy od codzienne krzątaniny z dziećmi. Seks był częściej na takim wyjeździe, ale namiętności w nim nie było...
I wtedy przyszedł kryzys. Sektor bankowy zaczął dostawać po dupie. Moja żona już wtedy nie pracowała bo zdecydowaliśmy, że z mojej pensji stać nas na kredyt i inne wydatki a ona może rozwijać swoje zainteresowania (bo dzieci już w przedszkolu i szkole), ale poza tym, że to ja ją namawiałem na jakieś kursy, fitnessy czy inne aktywności to sama tego nie robiła. Raz zdecydowała się zrobić wielkie porządki z kwiatami domowymi i coś tam poprzesadzała a ja widziałem, że sprawiło jej to jakąś tam przyjemność - ale to było słownie raz!
Zacząłem mieć coraz więcej pracy i obcinane premie, widmo zwolnień krążyło po banku każdego dnia. Ja mimo wszystko, pomimo całego stresu starałem się nie przenosić go do domu i kontrolować emocje, gdzie po całym dniu wszystko we mnie gotowało a zaczęły się też bezsenne noce i strach, czy kolejnym poleceniem z centrali w Londynie, mój dział nie poleci. Ale pomimo to starałem się nie okazywać tego w domu. Aż wreszcie i mój dział poleciał. Ze względu na moje doświadczenie i znajomość struktur bankowych tylko mnie zaproponowano rolę zewnętrznego konsultanta - co w praktyce oznaczało tyle samo pracy, ale już nieregularne wynagrodzenie. Atmosfera stawała się nerwowa i w banku i czasami w domu - podkreślam czasami, bo zacząłem szukać alternatyw - kasa się kurczyła, kredyt jest, frank wysoki a dwoje dzieci na utrzymaniu. Żona chciała wrócić do pracy, ale rynek jaki jest taki jest, nic z tego.
Skoro zawsze sobie radziłem to i tym razem musiałem sobie poradzić - zacząłem łapać fuchy, jakieś analizy finansowe, biznes plany itd. - kasa trochę wróciła do normy, bo więcej pracy krótkie terminy, zleceniodawcy wymagający. W tym czasie moja żona zaczęła utrzymywać częstszy kontakt z sąsiadką z klatki, która wprowadziła się niedawno. Któregoś dnia, gdy wróciłem późno po kolejnym projekcie, wypiłem jakiegoś drinka dla rozluźnienia, po którym stałem się jeszcze bardziej rozdrażniony co spowodowało sprzeczkę między nami. Ani nie mała ani nie dużą. Pech chciał, że po niej żona wysłała smsa do mnie zamiast do sąsiadki "Mam go już dość, powinnam się rozwieźć". Szlag mnie trafił niewyobrażalny... Najpierw dwa dni ciszy w mieszkaniu a potem impulsywnie powiedziałem, że skoro tak, to się wyprowadzam. Zaczął