Dodaj do ulubionych

Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem?

25.09.12, 18:36
To będzie dla tych cierpliwych co lubią i chcą czytać do końca i być może coś doradzą. Muszę całość opisać, żeby czytając nakreślić w miarę pełen obraz...

Jesteśmy małżeństwem od 12 lat a razem od 18. Mamy dwójkę dzieci 4letniego synka i 10letnią córkę. Moja żona była moją pierwszą poważną partnerką i nie licząc kilku drobnych, pojedynczych przygód, również właściwie jedyną partnerką seksualną. Ze względu na to, że wychowałem się w rozbitej rodzinie bardzo chciałem mieć to czego sam nie zaznałem: szczęśliwy związek z wychowaniem dzieci, wprowadzanie ich w dorosłość, starzenie się razem, wychowywanie wnuków.
Poprzednie lata były dość ciężkie... ale po kolei. Przed ślubem mieszkaliśmy razem 4 lata (końcówka studiów, pierwsza praca), co powinno mi pokazać jaką osobowość ma moja przyszła żona. Nie zwracałem uwagi na pewne zachowania a może cechy charakteru, czy sposób jej wychowania. Ponieważ od dziecka przez taką rodzinę a nie inną musiałem nauczyć się dość szybko samodzielności w każdej dziedzinie: nie tylko w typowo męskich czynnościach, ale również gotowanie, pranie, prasowanie nie były i nie są mi obce. W czasie mieszkania razem nie zwracałem uwagi, że w wielu tematach to ja przejawiam inicjatywę (taki mam charakter i pewno wychowanie też). Nie zwróciłem uwagi, że to ja zaczynam troszczyć się bardziej o gospodarstwo domowe niż w tradycyjnym modelu rodziny: nie tylko kładzenie tapet, ale i wymyślanie co będziemy jeść w weekendy (i zazwyczaj ich gotowanie), ja segregowałem pranie itp. ale to też ja poddawałem pomysły na nasze aktywności: wycieczka rowerowa, wypad za miasto, kino, teatr... Nie zrozumcie mnie źle to nie jest tak, że moja żona nie ruszyła w niczym ręką, ale wykazywała się w większości hmm minimalizmem lub nieporadnością.
W sposób naturalny przejmowałem pałeczkę w coraz większej ilości codziennych czynności lub prawie we wszystkim. Przykład banalny ale obrazujący co mam na myśli: jeśli chciałem zjeść coś ciekawszego na kolację niż kanapka z serem i pomidorem, to nie wystarczyła sugestia "mam na ochotę na..." "a może byśmy coś urozmaicili" bo to nie działało, albo zadziało tylko i wyłącznie raz, tylko ja robiłem ciekawsze zakupy spożywcze i sam gotowałem. To oczywiście przykład tylko z jednej dziedziny życia, a można go przekładać na wszystko: spędzanie wolnego czasu, zakup wyposażenia, czy nawet seksu.
Taki stan najpierw traktowałem jako normalny i niczego więcej nie oczekiwałem, bo przecież byłem od dziecka nauczony zaradności i tego, że jeśli o coś sam nie zadbam, to się nie zadzieje.
W międzyczasie dostałem super atrakcyjną pracę. Specjalizuję się w bankowości i rozwój tego sektora spowodował, że nasze domowe finanse zaczęły błyskawicznie się poprawiać, moja żona oczywiście się do tego przyczyniała również, ale w krótkim czasie to ja zacząłem budować domowy kapitał (nic jej nie ujmując). W tym czasie pojawiła się na świecie nasza córka i miałem wrażenie, że jestem najszczęśliwszym facetem na świecie. Nie zauważając, że to ja znów bardziej skupiam się na wychodzeniu poza minimalizm życiowego funkcjonowania. ...ale żeby skrócić trochę historię... w pewnym momencie stać nas było na zakup pierwszego własnego mieszkania (dotychczas mieszkaliśmy w małym po babci, będącym formalnie własnością moich rodziców). Zaplanowaliśmy zakup takiego, w lepszej dzielnicy, większego, bo na jednym dziecku nie powinno się skończyć, ale do tego potrzebny był większy kredyt. Moja zarobki oraz praca w bankowości pozwoliły na szybkie pozyskanie dużego kredytu - czytaj z dużą ratą (niestety we frankach) i zakup mieszkania. W tym czasie okazało się, że w drodze jest drugie dziecko. Urządzaniem ze stanu surowego mieszkania zająłem się ja - żona przecież w ciąży, pod opieką córka, to nic, że ja pracowałem 10-11h każdego dnia, jeśli chciałem mieć dom nie z ikei, (bo tak pewno by zrobiła moja żona - bo to prościej a rzeczy ładne) to musiałem to zrobić ja. I tak czas płynął, kiedy ja już raz na jakiś czas miałem tzw. focha gdy zmęczony wracałem do domu i denerwowałem się o drobiazgi, które zaczęły mi przeszkadzać. Od niewyciąganej korespondencji ze skrzynki przez kilka dni, po sobotnie pytania co tydzień " to co zjemy na obiad". Kuriozalne sytuacje polegały na tym, że to ja pisałem żonie składniki do zakupu na zupę pomidorową... ale nadal wierzyłem że małżeństwo to podstawa, nie każdy jest doskonały, ja przez pracę staję się coraz bardziej despotyczny i to może moja wina. A przecież zdarzały się miłe chwile czyli co weekend czyli wieczorne piątkowe wino, film na DVD i właściwie szybki seks na kanapie przed tv, który nota bene stawał się pozbawiony namiętności i właściwie czynnością fizjologiczną rozładowującą napięcie. To nie jest tak, że żona odmawiała mi seksu - wręcz przeciwnie, takie rzeczy należały do rzadkości, ale to faktycznie stało się czynnością a nie przeżyciem, bo nawet prawie się nie całowaliśmy a po pewnym czasie już wogóle nie. Urodził się synek i ta sytuacja trwała. Nasze życie to wybór przedszkola, szkoły, zakup butów na wf itp. W tym całym pędzie widziałem, że się gubimy jako para i to ja parę razy zainicjowałem wyjazdy na weekend, ściągając moich rodziców z innego miasta do opieki nad maluchami, ale po to żebyśmy pobyli razem.
I wtedy zdałem sobie sprawę, że coś zaczyna być nie tak. Po za tym, że zastanawialiśmy jak rodzice sobie radzą z naszymi dziećmi, to będąc w jakimś fajnym hotelik na skraju puszczy nie potrafiliśmy być już razem. Tzn. siedzieliśmy na przeciw siebie w barze pijąc drinka i nie rozmawiając... i wtedy naturalne było to że każde sięgało po gazetę/książkę. Ale nadal niby było ok i miło, bo przecież odpoczywaliśmy od codzienne krzątaniny z dziećmi. Seks był częściej na takim wyjeździe, ale namiętności w nim nie było...
I wtedy przyszedł kryzys. Sektor bankowy zaczął dostawać po dupie. Moja żona już wtedy nie pracowała bo zdecydowaliśmy, że z mojej pensji stać nas na kredyt i inne wydatki a ona może rozwijać swoje zainteresowania (bo dzieci już w przedszkolu i szkole), ale poza tym, że to ja ją namawiałem na jakieś kursy, fitnessy czy inne aktywności to sama tego nie robiła. Raz zdecydowała się zrobić wielkie porządki z kwiatami domowymi i coś tam poprzesadzała a ja widziałem, że sprawiło jej to jakąś tam przyjemność - ale to było słownie raz!
Zacząłem mieć coraz więcej pracy i obcinane premie, widmo zwolnień krążyło po banku każdego dnia. Ja mimo wszystko, pomimo całego stresu starałem się nie przenosić go do domu i kontrolować emocje, gdzie po całym dniu wszystko we mnie gotowało a zaczęły się też bezsenne noce i strach, czy kolejnym poleceniem z centrali w Londynie, mój dział nie poleci. Ale pomimo to starałem się nie okazywać tego w domu. Aż wreszcie i mój dział poleciał. Ze względu na moje doświadczenie i znajomość struktur bankowych tylko mnie zaproponowano rolę zewnętrznego konsultanta - co w praktyce oznaczało tyle samo pracy, ale już nieregularne wynagrodzenie. Atmosfera stawała się nerwowa i w banku i czasami w domu - podkreślam czasami, bo zacząłem szukać alternatyw - kasa się kurczyła, kredyt jest, frank wysoki a dwoje dzieci na utrzymaniu. Żona chciała wrócić do pracy, ale rynek jaki jest taki jest, nic z tego.
Skoro zawsze sobie radziłem to i tym razem musiałem sobie poradzić - zacząłem łapać fuchy, jakieś analizy finansowe, biznes plany itd. - kasa trochę wróciła do normy, bo więcej pracy krótkie terminy, zleceniodawcy wymagający. W tym czasie moja żona zaczęła utrzymywać częstszy kontakt z sąsiadką z klatki, która wprowadziła się niedawno. Któregoś dnia, gdy wróciłem późno po kolejnym projekcie, wypiłem jakiegoś drinka dla rozluźnienia, po którym stałem się jeszcze bardziej rozdrażniony co spowodowało sprzeczkę między nami. Ani nie mała ani nie dużą. Pech chciał, że po niej żona wysłała smsa do mnie zamiast do sąsiadki "Mam go już dość, powinnam się rozwieźć". Szlag mnie trafił niewyobrażalny... Najpierw dwa dni ciszy w mieszkaniu a potem impulsywnie powiedziałem, że skoro tak, to się wyprowadzam. Zaczął
Obserwuj wątek
    • swiete.jeze Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 25.09.12, 18:43
      Blee.
    • wiktorski72 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 25.09.12, 19:00
      Zaczął się płacz i lamenty, że przecież mnie kocha, że żałuje, że zawsze była lojalna... Wiedziałem, że wysłała smsa w emocjach, ale nie mogłem się już powstrzymać od myślenia, że jak tak można... ja staram się stworzyć dom, rozwiązywać problemy, nie przenosić stresu na rodzinę a tu taka " niewdzięczność".
      To było rok temu... od tego czasu się nie wyprowadziłem ze względu na małe dzieci, później ze względu na brak projektów, czyli brak wpływów, które pozwoliłyby na wynajem mieszkania dla mnie, bo frank przecież poszybował. Nie śpimy razem, wakacje spędzamy osobno, gdzie wytłumaczeniem jest opieka nad dziećmi. Nasza relacja jest mocno techniczna. A dzieci zaczynają się domyślać, że to nie jest normalny dom i normalna rodzina, pomimo, że nie ma już kłótni, bo są tylko technikalia. Co kupić dzieciom, co do szkoły, na jakie zajęcia zapisać, żarówka się przepaliła, trzeba naprawić mikrofalę. W międzyczasie moja żona znalazła pracę, co trochę podreperowało nasz budżet, ale o wyprowadzce nie ma mowy. I dla niej i dla mnie to sytuacja męcząca, pomimo, że ona uważa, że powinniśmy spróbować, to ja nie chcę, bo nie wierzę, że nasze życie by się zmieniło. A ja już nie chcę robić w życiu wszystkiego... chciałbym partnerki w życiu... Byłem u psychoterapeuty, żeby podpowiedział czy ze mną może jest coś nie tak. Usłyszałem, że mam trzecie dziecko w domu i tak naprawdę to stworzyliśmy tylko dobrze funkcjonujące "przedsiębiorstwo" o nazwie rodzina. A ja naprawdę chciałbym mieć w kimś oparcie, partnerkę na dobre i na złe... nie mówiąc już o namiętności, miłości czy seksie. Kogoś kto by sam zaproponował "kochanie wyjedźmy na weekend" i sam to zorganizował, ale też z kimś z kim podczas takiego weekendu mógłbym porozmawiać nie tylko o dzieciach...
      Im dłużej to trwa tym mniej wierzę, że ten związek można naprawić i jak duży błąd popełniłem żeniąc się chyba tak naprawdę z chęci stworzenia rodziny... Ogromnie kocham synka i córeczkę i w moich marzeniach chciałem rodziny, która idzie przez życie trzymając się we czwórkę za ręce, gdzie rodzice są prawdziwymi partnerami i przyjaciółmi. Teraz widzę jak dalekie te kilkanaście lat było od tego obrazu. W międzyczasie żona po pijanemu rozmawiała z przyjaciółką przez telefon, usłyszałem przechodząc obok "jej" pokoju urywki rozmowy wskazujące, że jednak nie była lojalna... to mnie strasznie w tym wszystkim uderzyło. Zacząłem grzebać w jej przeszłości i różnymi metodami, ale wiarygodności dotarłem do wiedzy, że na 100% co najmniej raz nie była mi wierna ze swoim szefem... a inne rzeczy wskazywały na prawdopodobieństwo całkiem nie małe, że przez te naście lat parę razy coś mogło się też wydarzyć. A niby taka nieporadna ta moja żona była a ja hodowałem poroże.
      Ale ta zdrada to najmniejszy problem w tym wszystkim, zakładam, że dla dobra dzieci można jednorazową przygodę usunąć w zakamarki pamięci.
      Bardziej mnie nachodzą teraz myśli inne: czy to ja jestem nienormalny, że chcę odejść dlatego , że teraz widzę tak duże słabości tego związku? czy mogę to zrobić dzieciom? czy powinienem zostać, ale wiedząc już że nie jestem szczęśliwy? czy jest możliwe osiągnięcie szczęścia w takim związku? Jedna część mnie już nie chce, ma dość, chce partnerstwa, przyjaźni, szczęścia wsparcia, inna część mówi, że dzieci są najważniejsze.
      Słyszałem od jej koleżanek, że mam kryzys wieku średniego, że zachciało mi się "młodej d..y". Mnie naprawdę o to nie chodzi... póki co czerpię z miłości moich dzieci, z którymi pomimo kryzysu udało mi się zbudować super relację, same okazują mi czułość i widzę, że się super ze mną czują, bo sporo spędzamy czasu we trójkę również na wyjazdach, bo przecież jestem nauczony, że ze wszystkim sobie poradzę nawet jak jestem sam i z wymiotującym w nocy Krzysiem i pierwszymi problemami sercowymi Marysi...
      Jeśli ktoś przebrnął przez to wszystko, to może rzuci nowe światło...
      Dziękuję
      • baba_za_kolkiem Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 25.09.12, 19:22
        Przeczytałam całość, historia z życia wzięta. Strasznie szkoda. Nie będę się rozwodzić w detalach ale powiem jedno: szczęśliwi rodzice to szczęśliwe dzieci. Dzieci z wiekiem będą coraz lepiej widzieć i rozumieć, potem coraz mniej rozumieć i akceptować, potem mieć do was żal, ze żyjecie obok siebie na siłę.
        Szczęśliwy tata to szczęśliwe dzieci. Teraz nie jesteś szczęśliwy. Po córce mojej siostry widzę że nawet jak dziecko widzi tatę nie codzień tylko co jakiś czas na jakiś czas to zupełnie inaczej reaguje i żyje jak widzi tatę szczęśliwego.
        Wasze męczenie się sobą na codzień to nie jest miły widok dla dzieci.
        Takie jest moje zdanie.
      • daga1974 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 26.09.12, 14:04
        samo życie ... zrobiłeś dokładnie taki sam błąd jak ja. "wychowałeś" sobie nieporadne dziecko a nie partnerkę życiową.
        nic tego już nie zmieni.
        małżeństwa nie uratujesz... sam
        rozwiedź się i zacznij żyć.
        wierz mi, że nie warto tracić czasu na zastanawianie się czy tkwić w tej fikcji
        dzieci zrozumieją, są mądrzejsze niż nam się wydaje
        • kalllka Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 26.09.12, 14:48
          dokladnie daga dokladnie popelniliscie ten sam blad,
          probowaliscie 'wychowywac" ( pod siebie?) dorosle osoby.
          skutek?
          pejoratywny- poslugiwanie innymi jak narzedziem.
        • poezja1983 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 27.09.12, 13:07
          to fakt sam wychował sobie żonę- znaczy nauczył żonę, że może sobie na wiele pozwolić. miałam podobnie, z tym że u nas role były odwrócone- to szzanowny pan mąż miał wszystko podane na tacy.niestety terapia byłaniezbędna i dla niego i dla mnie. ale teraz przynajmniej wiem że było warto i że można inaczej
          powodzenia
      • pollarek Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 27.09.12, 15:21

        Jakkolwiek by to okropnie nie zabrzmiało (tak, tak, mam świadomość pokutującego stereotypu), ale związek to relacja między kobietą i mężczyzną, dzieci zaś są tu dodatkiem. I tak Ci powie każdy terapeuta par i małżeństw. Żeby związek był szczęśliwy i trwały, to winna być bliskość (i nie tylko bliskość) właśnie między tą dwójką. Pozostawanie w patologicznej relacji ze względu na dzieci uważam za skrajną głupotę lub samooszukiwanie się. Ponieważ największą krzywdę to robicie właśnie dzieciom, które patrząc na Waszą relację formują sobie w głowie obraz "Związek między kobietą a mężczyzną wygląda właśnie tak".
        • kalllka Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 27.09.12, 15:32
          o to juz wiadomo, kto zasial Ci maka
          ( pomiedzy Baba a dziadem)

          -profesjonalista- teraputa par i małżeństw
          • pollarek Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 27.09.12, 16:08
            kalllka napisała:

            > o to juz wiadomo, kto zasial Ci maka
            > ( pomiedzy Baba a dziadem)
            >
            > -profesjonalista- teraputa par i małżeństw

            Heeee:))) Niestety, nie korzystałam nigdy. Ani też nie specjalizuję się akurat w tej dziedzinie, ale podstawowe informacje mam:>

            Dobry mak nie jest zły:>
        • greedex5 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 30.03.13, 09:19
          Nie ratować.
      • dominika802012 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 01.10.12, 15:04
        Witam!
        Trafiłam na Twój post. Niestety jakbym czytała o sobie. Jestem niestety po tej samej stronie barykady i to akurat nie mój mąż jest tą stroną ,która o wszystko zabiegała. Owszem twierdził że finansowo dbał o te "większe: pieniądze ale na mojej głowie był cały dom i dzieci. On wcześniej był ciągle za granicą a ja sama z dwojgiem małych dzieci:2 i 9 lat.Choroby szkoła praca.
        Pan Prezes później miał sekretarkę, wyjazdy,późne powroty do domu. Miałam sygnały świadczące o tym że między nimi coś mogło być ale za rękę nikogo nie złapałam. Też mam dość. Jestem już bezsilna. Chcę to dalej kleić ale już czasami poddaję się. Ale wiem że nie mogę odpuścić bo to doprowadzi do tego samego co u Ciebie. Ale prawie już tak jest.
    • karolinka_111 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 25.09.12, 19:23
      Moim zdaniem jeżeli widzisz, że nie ma sensu ratować małżeństwa po szczerej rozmowie z żoną to nie męcz się w takim związku gdzie ona "ma dość".

      Na pewno będzie Ci trudno ale czasami nie warto tkwić w związku z przymusu i z zasadą " zostanę z nią bo co ludzie powiedzą :)

      pozdrawiam

      Otul swoją miłość czymś wyjątkowym. Aforyzmy o miłości są wspaniałym dopełnieniem miłości.
      • wiktorski72 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 25.09.12, 19:32
        źle mnie zrozumiałaś, pewno przez ilość tekstu :)
        ona nie ma dość, ona by chciała i daje takie sygnały, to ja nie chcę, ale sytuacja nie pozwala się wyprowadzić, ale przez to że jesteśmy pod jednym dachem jednak to zastanawiam się czy to nie ja przesadzam, czy może spróbować z terapeutą (choć słabo w to wierzę i w terapię), może ktoś ma osobiste doświadczenia z podobnych historii i doświadczył tego czy można coś trwałego wypracować czy jednak wcześniej czy później to i tak legnie
        • anna_sla Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 25.09.12, 21:51
          Jeny strasznie mi Ciebie żal :(. Przykro mi. Ja i mój mąż jesteśmy parą, która przeszła nie tylko zdrady ale i odkochanie się.. a mimo to wciąż jesteśmy razem i jest ciepło między nami a u terapeuty wylądowaliśmy już przed ślubem :D. Nie wiem jaka jest Twoja żona, ale myślę, że zawsze warto wyczerpać najpierw wszystkie możliwości. Idźcie do psychologa oboje...

          P.S. ona może nie chcieć rozwodu nie z powodu jej miłości do Ciebie tylko ze względów finansowych i tego, że wie, że jej za dobrze z Tobą, no bo gdzie znajdzie drugiego takiego jelenia? Sorki za dosadność, napisane nie w celu urażenia
          • konikmorski1976 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 26.09.12, 17:56
            Też myslę, że ona się ciebie trzyma ze względów finansowych i choćby dlatego, że jak sam piszesz, kompletnie z niczym sobie nie radzi, bo robiłes za nią wszytsko. Boi sie zostać sama z dziećmi. Ale cię nie kocha, nie wytrzymałaby takjiej sytuacji gdyby cos do ciebie czuła...Bożę nie wiem dlaczego takie idiotki spotykają fajnych zaradnych facetów, a ja całe życie bujam się z lebiegami. Pozdrawiam cię serdecznie!Odejdź, zacznij nowe życie, dbaj o dzieci a ona musi w końcu dorosnąć.
        • poezja1983 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 27.09.12, 13:09
          jak najbardziej pomysł z terapeuta dobry. sama przerabiałam. z tym że na terapię musielibyscie iść razem.mam na myłśi oboje byc na terapii,nie polecam jednak na początek wspólnych wizyt
    • mariuszg2 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 25.09.12, 22:34
      podstawowy błąd, że mieszkaliście przed ślubem razem...... resztę sam sobei dopowiedz...
      • zuzi.1 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 25.09.12, 23:39
        Współczuję Ci takiej żony...straszne to jest, że fajni faceci trafiają na takie beznadziejne kobiety...
        • mariuszg2 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 25.09.12, 23:51
          o co Ci chodzi...moja żona jest fajna.... tyle, ze mnie odbija....a ona bidulak musi to czytać i znosić w ciszy i męczeskiej pokorze z dziatkami wtulonymi w jej matczyne ramiona.... boszesaszsz ty biszszszsze....
          • zuzi.1 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 26.09.12, 00:07
            Mariuszku nie denerwuj się, bo Ci żyłka pierdząca pękne, podpięłam się przez przypadek, to do wiktorskiego było ;)))
            • mariuszg2 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 26.09.12, 00:12
              no teraz to mnie musisz uspokoic....sie nakrecilem....nie zasne....
    • coff.eina Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 26.09.12, 08:21
      myślę,ze zawsze warto..chyba,że druga strona ewidentnie tego nie chce, kochasz ją, bo inaczej nie zastanawiałbyś się nad tym czy jest sens próbować
      rozmowa,rozmowa,rozmowa
      dodatkowo niech spróbuje znaleźć jakąś pracę,oderwać myśli "od koleżanki z klatki" nic tak kobiecie nie szkodzi jak bezczynność!
      I do garów z nią-niech to Ona teraz zacznie Cie dopieszczać kulinarnie :)
      • wiktorski72 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 26.09.12, 08:42
        Nie wiem czy ją kocham. Na pewno mam poczucie odpowiedzialności za nią, ale trochę to tak jak powiedział terapeuta - trzecie dziecko w domu. Najbardziej mi żal dzieci i gdyby ich nie było, to nie miałbym takich dylematów. Mój problem polega na tym, że dla dobra dzieci mógłbym wrócić do takiego sposobu funkcjonowania jak wcześniej - niby normalnego, natomiast już wiem, że mam pełną świadomość, że to nie tak powinno być i że nie będę szczęśliwy tylko "technicznie" poprawny i dam radę w tym funkcjonować z poczuciem gdzieś tam, że coś tracę. A z drugiej strony chciałbym tego szczęścia... ale nie wiem czy to powinno być kosztem dzieci.
        A co do garów, to nie chodzi, że ona nic nie robi, tylko to jest wszystko takie proste... nudne i bez finezji. Tak to bym chyba określił.
        • sibeliuss Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 26.09.12, 09:08
          A czy to nie jest tak, że przez jakiś czas byłeś przeambicjonowanym idealistą? Za wszelką cenę chciałeś stworzyć coś, czego sam nie miałeś w dzieciństwie. Tak bardzo tego chciałeś, że to zona przestała pasować do tego skrojonego na miarę idealnego wzorca, bo przecież chciałeś żeby było idealnie. Czy ona się zmieniła, czy była inna? Nie, to Ty chciałeś mieć mieć dostatni, bogaty i szczęśliwy dom i wymyśliłeś sobie podział - ja będę orał, a ona naturalną koleją rzeczy powinna prowadzić dom i zajmować się dziećmi. Czy Ty ją kiedyś zapytałeś czy podziela ten pęd do świetlanej przyszłości? To miłe, że było Cię przez jakiś czas stać na życie na wyższym poziomie - ale może ona wolałaby żyć zwyczajniej, bez tego parcia na domowy sukces?
          Czasami u ludzi wychowanych w nieidealnych domach wytwarza się podświadomy pęd do nadrobienia zaległości. Udowodnienia sobie i otoczeniu, że dzieciństwo było takie sobie, ale teraz to ja sobie i wszystkim pokażę, że ja też potrafię mieć wszystko w życiu wzorcowe, piękny dom, żurnalowo urządzony, elegancką i podniecającą żonę, która prowadzi koncertowo dom, wychowuje Wasze cudowne i zdrowe dzieci, Ty po pracy markowym autem w modnym garniturze z gatunkową teczką wracasz z dobrze płatnej pracy, zona i dzieci radują się na Twój widok, siadacie do fantastycznego obiadu i czyściutkim pokoju, w szafie wiszą pachnące i uprasowane koszule. Po kolacji dzieci idą spać, a Wy wtuleni w siebie oglądacie film, a potem macie fantastyczny, wyrafinowany seks. Piękne prawda? No to pora rozpędzić się, uderzyć głową w ścianę i rozejrzeć się dookoła. Może ona nie umie sprostać tej wizji, może nie jest idealna, jest zwyczajną kobietą, ze zwyczajnego domu, ma antytalent do decydowania, bo takie ma cechy osobowe. Jeśli masz jaja to popatrzysz na nią zwyczajnie, jak na kobietę, z którą spędziłeś ileś lat, z którą masz dwójkę fajnych dzieciaków. Zmiany w pracy powinny zainicjować zmiany w Tobie. Obudź się chłopie, bo do końca spartolisz coś, co naprawdę warto mieć, czyli zwyczajny dom. Może nie taki z katalogu, może z nieidealną kobietą - ale spokojny i kochający. I pomyśl nad powrotem do sypialni, nic tak nie łagodzi sporów jak wspólna kołdra.
          • wiktorski72 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 26.09.12, 10:29
            Dzięki za te słowa, bo każde są teraz ważne do kolejnych przemyśleń, choć było już ich wiele.
            Nie jest tak jak piszesz, że ja sobie coś wymyśliłem i narzuciłem jakiś podział. Wręcz z lepszym u większym mieszkaniem to był jej delikatny lobbying: "jak chcemy mieć jeszcze jedno, to powinniśmy mieć większe mieszkanie". Kilka przykładów z naszego życia: ja podpowiadam mojej żonie, że do pralki wrzucamy rzeczy wywinięte na lewą stronę, ja zwracam uwagę na to, że Krzysiowi się popruły kapcie w przedszkolu jak go odbieram i może byśmy pomyśleli o kupnie nowych - finalnie to ja je oczywiście kupuję... jak było nas stać na panią do pomocy w sprzątaniu to gdy odeszła, to pomimo tego, że moja żona była już wtedy w domu, to ja zająłem się znalezieniem kolejnej osoby - bo ze strony mojej żony nie było kompletnie zaangażowania w tym temacie. Nigdy jej nie narzucałem, żadnego podziału, wręcz jak zdecydowaliśmy, że po urodzeniu Krzysia nie wraca do pracy, to ja ją namawiałem na znalezienie sobie zajęć relaksacyjnych, aby wyrwała się z domu!
            Tak faktycznie ja chciałem lepszego życia, ale nie takiego w luksusach, z przesadnymi aspiracjami, tylko takiego normalnego, gdzie obydwoje partnerzy się uzupełniają. Na pewno błąd jest też po mojej stronie, że się przez te lata na to wszystko godziłem... ale jak się nie godzić skoro stoi się przed problemem do rozwiązania z jakiejkolwiek materii a druga osoba nic nie robi lub działa nieudolnie lub nieskutecznie? Czy do kategorii ideałów należy to, że kobieta w domu wyrzuci z lodówki starą wędlinę??? bo ja takie rzeczy właśnie robię, bo jak nie zrobię to ona tego nie zauważa, jak wielu innych rzeczy... a może tak się nauczyła przy mnie że tak wygodniej... bo ja myślę i o tym, żeby naprawić auto i żeby kupić warzywa na rosół jak dzieci są chore
            • sibeliuss Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 26.09.12, 11:28
              Hmmm. Jakie masz wady. Wymień pięć. Mają nie dotyczyć relacji domowych.
              Kobieta albo ma ograniczone postrzeganie i to jest czynnik chorobowy, albo ją rozpuściłeś. Na wiele rzeczy sam przyzwoliłeś, dla niej to wyręczanie się tobą stało się normą. Po co ma się starać skoro Ty wszystko zrobisz i to być może dużo lepiej.
              Piszę to z dużą ostrożnością, bo znam tylko Twoją relację i nie znam Was w realu.
              Z drugiej strony znam człowieka bardzo podobnego sytuacyjnie do Ciebie i powiem Ci tylko tyle, był frajerem, a frajerów się wykorzystuje na maxa, od tego są.
            • poezja1983 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 27.09.12, 13:17
              widzisz tylko swoje JA. ja ją wysyłałem na zajęcia dodatkowe- a spytałeśc zy ma na te zajęcia ochotę. mój mąż też był tak wspaniałomyślny-z tym że ja nie miałam na takie zajęcia ochoty a jak nie poszłam to czułam że nie spełniam jego wymagań.
              ja szukałem pani do pomocy- a może żona nie chciała takiej pani do pomcy,może lubiła sama zająć się domem. i może jej sprawiała przyjemność zwykła kanapka z serem i pomidorem albo ogórkowa i kotlet schabowy. a jeśli ty masz ochotę na coś bardzie wymyślnego to możesz sam spróbować ugotować.

              czasem nie dostrzegamy małych spraw, które cieszyłyby wielu ludzi bo ciągle dążymy do czegoś sami w zasadzie nie wiedząc do czego........

              i tak rzadko słuchamy siebie na wzajem
        • coff.eina Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 26.09.12, 10:22
          jak ja Cie dobrze rozumiem,aż sama się dziwię :)
    • bessie_blount Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 26.09.12, 12:11
      Jedynym rozwiązaniem jest rozmowa. Daj jej do przeczytania to co tu napisałeś. niech się ustosunkuje. Pozwól jej przedstawić swoją wersję wydarzeń i wysłuchaj jej. Zadajcie sobie obydwoje pytanie czy chcecie ratować ten związek. Jeśli tak, to omówcie wszystkie istotne kwestie, które zarówno Twoim jak i jej zdaniem decydują o udanym związku. Nie pomijajcie żadnych kwestii. Żadnego tabu. Wszystko musi zostać uzgodnione. Z własnego doświadczenia - a przerabiałam ten temat niedawno - wiem, że warto walczyć o wieloletni związek w którym są dzieci, nawet w sytuacji kiedy wydaje się nam to bez sensu. Ale jest jeden warunek: obydwie strony tego chcą. Więc to teraz wydaje mi się najważniejszą kwestią - dowiedzieć się czy Twoja żona chce walczyć. I nie wystarczą tu tylko słowa. Musi to być poparte czynami.
      • bessie_blount Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 26.09.12, 12:22
        Nie dziwi mnie fakt, że zastanawiasz sie nad waszym związkiem. To co nazywane jest kryzysem wieku średniego, to często nic innego jak wstępne podsumowanie życia. Jesteś mniej więcej na jego półmetku i zaczynasz się zastanawiać czy chcesz resztę życia spędzić w takim układzie czy też chcesz się z niego wymeldować. Bo jeśli nie teraz to kiedy? Ludzie podświadomie wybierają "najłatwiejsze" rozwiązania. A odejście jest takim właśnie rozwiązaniem, które wymaga najmniejszej ilości pracy, zwłaszcza tej emocjonalnej.
        Jedna rzecz mnie zastanawia. Tak łatwo przechodzisz do porządku dziennego nad jerj zdradą? Nie jest to dla Ciebie problem? Bo piszesz o tym tak trochę mimochodem. Tak jakbyś sam nie do końca był fair w tej materii.
        • wiktorski72 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 26.09.12, 12:53
          To może spróbuję na kilka tematów w jednym miejscu: co do wad faktycznie dobra sugestia, zastanowię się nad tym, choć wierz mi, że własny rachunek sumienia przez ostatni rok robiłem wiele razy stąd też decyzja, aby pójść do terapeuty. Czy ją rozpuściłem? pewno tak, bardziej utrwaliłem jej wychowanie, co uświadomiłem sobie w ostatnich miesiącach analizując sposób funkcjonowania jej rodziców. Dziś już wiem, że sporo w tym winy rodziców, że nie została przygotowana do dorosłego życia. Sibeliuss: rozwiń myśl z "byciem frajerem" bo to też jest warte przemyślenia.
          Bessie: co do rozmowy, to jest to kolejna istotna kwestia, mająca wpływ na nasze relacje - moja żona od samego początku naszej znajomości sprawiała wrażenie niedowartościowanej, dodatkowo z przerośniętą ambicją i tendencją porównywania się z innymi, ale tak, żeby samemu stawiać się w niekorzystnym świetle. Do pewnego momentu naszego związku, nawet już długo po ślubie poświęcałem myślę, dość sporo czasu, żeby pokazywać jej, że nie ma racji. Kiedy skarżyła się na problemy zawodowe pokazywałem jej pola gdzie osiągnęła sukces itp. jednego nigdy nie udało mi się ani słowem ani czynem wyplenić: ciągłego gadania, że jest brzydka i gruba. Pomimo, że jest atrakcyjną szczupła, wysoką kobietą, to zawsze to słyszałem jak nie na poważnie bo miała doła to zawsze w jakimś kontekście w żartach. Uwierzcie mi, że musiałem uważać na każde słowo komentując jej wygląd gdy mnie poprosiła o ocenę jak wygląda w nowym ciuchu. I uwierzcie mi też, że będąc tak wyczulonym na tym punkcie starałem się ją często komplementować (co nie było trudne bo nie jest brzydką kobietą) a kwiaty i drobne prezenty dla nie jej bez okazji nie były czymś rzadkim. Pomimo to, rozmowy na tematy trudne kiedy próbowałem pokazać co mi nie pasuje kończyły się jej zamknięcie w sobie i nerwowymi reakcjami, więc przestałem rozmawiać... uważam, pewno bardzo subiektywnie, że wykonałem dużo pracy w tym związku na tym polu też. Teraz sobie uświadomiłem sobie, że przez układ w którym żyjemy ani razu w ostatnich kilkunastu miesiącach nie usłyszałem od niej nic złego na swój własny temat ;)
          Co do jej zdrady, to była dla mnie najtrudniejsza chwila podczas ostatniego roku, gdy to sprawdziłem. Fakt pomijam to, ale to też dlatego, że staram się rozdzielić to czego się dowiedziałem od myśli samonapędzających się w jednym kierunku. Jak to odkryłem to byłem pewien, że to jest gwóźdź do trumny tego związku, ale prawda faktycznie jest taka, że wszystko wskazuje, że było to przed ślubem i być może była to zemsta za to, że faktycznie na początku naszego związku ja też miałem przygodę. Różnica polega na tym, że ja miałem takie wyrzuty sumienia, że od razu się przyznałem będąc gotowym ponieść konsekwencje. Dlatego chyba ten wątek pomijam, czy usprawiedliwiam. Gdybym miał więcej dowodów, że to nie była chwila słabości to pewno nie było by tematu. Generalnie to jest dobra kobieta, wrażliwa, może aż nad to, nie jest potworem. Ale mój błąd faktycznie polegał na zbytniej opiekuńczości, traktowaniu jej jak dziecka, chroniąc przed cięższymi tematami/problemami i w rezultacie mam to trzecie dziecko a nie partnerkę, przyjaciółkę - kogoś, kto dawałby mi wsparcie na co dzień.
          • bessie_blount Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 26.09.12, 13:14

            Błędem było unikanie rozmów na tematy trudne, ale domyslam się czym to było spowodowane. Nie mniej jednak będzie trzeba ten temat "przejść" jeszcze raz, bo inaczej wasze małżeństwo dalej będzie pustą wydmuszką jak teraz, a nie prawdziwym małżeństwem. Naturalne jest, ze Twoja żona wychowywana w taki, a nie inny sposób, znalazła sobie partnera, który kontynuuje to "wychowanie". Mozna by było powiedzieć: widziały gały co brały, a teraz trzeba ponosić tego konsekwencje. Jednak nikt z nas nie jest niezmienny. Więc i Tobie mogło przestać sie podobać to czy owo. Nic sie nie zmieni dopóki w jasny sposób nie wyłuszczysz swoich racji, otrzegając jednocześnie przed konsekwencjami grzechu zaniechania. Ale do takiej rozmowy musisz dobrze się przygotować i mieć na uwadze różne scenariusze jej rozwoju oraz w miarę mozliwości przewidzieć jej konsekwencje. Jesteś na to już gotowy?
            • wiktorski72 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 26.09.12, 13:20
              Chyba nie jestem, ale być może dla dobra dzieci będę musiał. Po tym roku życia osobno a tylko pod jednym dachem, poczułem swoistego rodzaju ulgę i ochotę, żeby starać się tylko dla siebie i dla dzieci, może w przyszłość też dla kogoś kto to doceni i będzie się ze mną uzupełniał.
              Szukam porady tylko dla tego, że właśnie w ostatnich miesiącach tak bardzo zbliżyłem się z dziećmi i nasza relacja jest super fajna i nie potrafię tak dla własnego poszukiwania szczęścia zrobić im krzywdy, moją decyzją rozbijając rodzinę. Z drugiej strony dojrzałem do myśli krążącej mi po głowie: czy ja nie mam prawa do własnego szczęścia?
              • bessie_blount Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 26.09.12, 13:48
                Proces zmian partnera, którego się zna wiele lat powoduje, że zaczynają miotać Toba różne uczucia. Od zniechęcenia "bo on/ona sie nie zmieni", poprzez lęk kiedy zmiany zaczynają się byc wdrażane w życie "bo skoro on/ona się stara to ja też muszę, a nie wiem czy mi się chce" do euforii "bo wreszcie jest tak jak powinno być". A tak patrząc z perspektywy czasu i tak człowiek ma mieszne uczucia, bo nie wie czy te zmiany w partnerze są na stałe, czy są wynikiem prawdziwej chęci czy też są po prostu wymuszone naszymi oczekiwaniami. Musisz być na to wszystko gotowy. Wtedy możesz rozmawiać. Nie dla dzieci, a dla siebie. Bo wyświechtany banał że szczęsliwi rodzice to szczęsliwe dzieci zawiera w sobie duzo prawdy.
                Masz jedno życie, jedną szansę i pewnie czujesz presję dobrego jej wykorzystania. Zarówno jako ojciec jak i partner. Odpowiedź jest w Tobie. Musisz się tylko wsłuchać.
                • wiktorski72 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 26.09.12, 13:51
                  wielkie dzięki za te słowa
                  a tego co przytoczyłaś nie uważam za banał - za dużo w ostatnich miesiącach przeczytałem, zbyt dużo rozmów odbyłem
                  • kalllka Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 26.09.12, 14:29
                    zgrabnie napisane.

                    mnie nasunal wniosek, ze zycie juz ci iudowodnilo, ze nie warto grac w roli 'pana boga'
                    ale nadal nie chcesz przyjac tego do wiadomosci.
                    (a pewnie dlatego- nie chcesz, bo zbyt duzo, naczytales i rozmow odbyles ,,,po swojemu)
                    • wiktorski72 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 26.09.12, 14:58
                      Dlaczego uważasz że grałem "pana boga"
                      Niczego nie narzucałem, nie wymuszałem. Tak jak pisałem - starałem się dbać o rzeczy, które nie były zadbane. Czy uważasz, że w takim przypadku, gdy żona nie zauważa że dziecko ma podarte kapcie w przedszkolu albo zauważa i nic z tym nie robi, moje sugestie nic nie dają - bo oczekiwałbym, że skora ja pracuję 12h to ktoś kto pracuje 8 lub nie pracuje pojedzie do sklepu i je kupi, to się nie dzieje, więc w końcu kupuję je sam, to jest granie "pana Boga" czy zadbanie o to, żeby dzieci miały w czym chodzić? a to jest tylko jeden z setek przykładów, tylko z jednego obszaru jakich w życiu rodzinnym jest wiele.
                      Albo w momencie, gdy dzieci wychodzą na imprezę rodzinną - urodziny do dziadków, to powinny założyć choć białą bluzką a nie dresy i starą koszulkę, więc jeśli rozmowy nic nie pomagają i ja im kupuję te bluzki, to też jest granie "pana boga"?
                      • nowy99 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 26.09.12, 15:48
                        Wiekszosc osob radzi, bys odszedl w imie prawa do wlasnego szczescia.
                        Ja (analizujac twoj rys charakterologiczny) doradzam ci sprobuj pozostac.
                        Dlaczego? Ano dlatego, ze przyslowie mowi "na nieszczesciu szczescia nie zbudujesz".
                        Wiedz, ze twoje dzieci przejda wieloletnie zalamanie i traume, przekonasz sie o tym i bedzie ci z tym bardzo źle.
                        W stosunku do zony nie jestes fer, gdyz zamiast domagac sie werbalnie wielu kwestii, o tym wszystkim zakomunikowales nam, nie jej. Ona moze poczuc sie oszukana i wspowadzona w maliny. No bo skoro tyle lat bylo okej ( nie komunikowales jej dobitnie, ze nie jest okej), to o co ci nagle chodzi? I bedzie miala racje.
                        I co, wyjedziesz jej teraz z ciezka artyleria, ze to przez te dziurawe kapcie, przez kanapke z pomidorem na kolacje???
                        Stary, takie rzeczy komunikuje sie na biezaco, bo za duzo tego sie nazbieralo przez tyle lat.

                        Moze zacznij rozmowe, po roku ciszy w temacie, dlaczego wowczas nasmarowala na ciebie do sasiadki. Skad w niej ta nienawisc do ciebie. Moze powie: bo nie calujesz mnie podczas seksu, bo kazales mi ugotowac pomidorowa wgtwojego przepisu.
                        Po prostu zacznijcie rozmawiac, spiszcie kazde z was, co ma do drugiego i co musi to drugie zmienic, by powrot mogl nastapic. Wymiencie sie kartkami i dajcie sobie czas na rozwazenie. I podejmijcie wpierw indywidualnie decyzje, a potem mozecie wspolnie.

                        Jesli jednak zdecydujesz sie odejsc, wiedz, ze ta nastepna wcale nie bedzie idealna, a twoja zona jest naprawde spokojna, spolegliwa i kompromisowa osoba. Drugiej takiej nie trafisz chyba, a wiedz, ze masz dominujacy charakter i jednak draznia cie pierdoly i drobiazgi. No chyba, ze nowa pani szybko zorientuje sie, ze z toba jest super wygodnie, i scenariusz sie powtorzy. Tylko twoje dzieci zostana gdzies na koncu, smutne i teskniace.

                        Jakis facet wyzej dobrze doradzil, bys to co nam napisales (sam pierwszy post) pokazal zonie, bo to jej wlasnie sie nalezy.
                        • wiktorski72 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 26.09.12, 16:03
                          dzięki za Twoją odpowiedź, daje wiele do myślenia, też dlatego, że swoje argumenty szczegółowo argumentujesz - już trochę mi brak sił, żeby odpisywać na niektóre drobne stwierdzenia, którą przez czytelników tego wątku zostały pewno inaczej zinterpretowane niż wygląda rzeczywistość, ale najważniejsze że cała sytuacja została przez Was zrozumiana
                          cieszę się że są różne głosy i takie jak ten ze szczegółowym uzasadnieniem, na pewno mi to pomoże w dalszych decyzjach
                          • sibeliuss Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 27.09.12, 08:40
                            wiktorski72 napisał(a):

                            > drobne stwierdzenia, którą przez czytelników tego wątku zostały pewno inacz
                            > ej zinterpretowane niż wygląda rzeczywistość,

                            Obawiam się, że tylko Ty znasz prawdę, swoją prawdę.
                      • kalllka Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 26.09.12, 16:14
                        uhym, tak mysle
                        a mysle bo mam doswiadczenie- sama w moim malzenstwie taka role odgrywalam.
                        uwazam tez, tak jak napisalam wczesniej, ze nie przyjmujesz do wiadomosci , ze byc moze sposob wyrazania intencji byl dla zony nieczytyelny bo pokazywales, (Siebie)
                        inna rzecza czy w zyciu, zasluguje sie na szcunek ,milosc
                        za to kim sie jest dla siebie, czy czym dla innych?
                        tyle z moich przemyslen.


                        mnie ku pomocy ,palec bozy, podsunal sygnaturke
                        przypadkiem przeczytana w sieci, kawalkiem tekstu z piosenki - Raz, Dwa Trzy
                        ..' nazywaj rzeczy po imieniu, a zmienia sie w oka mgnieniu ...
                      • poezja1983 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 27.09.12, 13:27
                        rzucenie zdania że dziecku porwały sie kapcie nie oznacza, że szanowna małżonka zaraz poleci po nowe. można także powiedzieć żonie:maluchowi podarły się kapcie, czy znajdziesz jutro czas żeby kupić mu nowe?
                        no i czy jest jakiś wymóg by na imprezę urodzinową iść w białej koszuli- co to apel z okazjii święta niepodległości?

              • laurah Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 27.09.12, 19:18
                Choć nie jest jeszcze za późno, by zadbać o własne szczęście, nie trać czasu. Życie jest krótkie.
                Powodzenia!
          • lepian4 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 30.10.12, 17:15
            Chyba zabrnales za daleko. To, ze zona ciebie zlewa, nie jest wina twoich tesciow. Moja luba byla kompletnym zerem kulinarnym, gdy ja poznalem.
            Z czasem nadrobila zaleglosci. Moze dlatego, ze byla na tyle ambitna, by mi w tej i innych dziedzinach dorownac.
    • leserka0 Nie wierzę... 26.09.12, 20:14
      Chłopie przed założeniem tego wątku wziąłeś długą kąpiel w ACE? Pewnie działo się to podczas Twoich wielu, długich rozmów. Ale wiesz...ze sobą rozmawia się najłatwiej i najłatwiej też samego siebie oszukać.
      Może po prostu potrzebowałeś macicy i zapomniałeś, że to tylko fragment ciała, w którym skrywa się żywy człowiek?
      Można się rozwieść bez większej szkody dla dzieci, ale trzeba to zrobić zanim między Was wkroczy nienawiść. No chyba, że ten moment już nastąpił. Można się dogadać i "podzielić" dziećmi, ale tylko jeśli między Wami jest zgoda. I nigdy, przenigdy nie odchodź do innej kobiety, bo będziesz miał piekiełko na ziemi. Żona powie Ci, że zmarnowała życie dla Ciebie, że zamiast się rozwijać, wychowywała również Twoje upragnione dzieci i będzie miała prawo do żalu.
      Cudownie, że masz super kontakt z dziećmi, ale uwierz mi, że jeśli ktoś siedzi 10 godzin w pracy, to życie rodzinne jest dla niego odskocznią i relaksem. Fajnie jest być super tatą, który weźmie na rower i lody. Zupełnie inaczej wygląda to z perspektywy kogoś, kto innego życia nie ma.
    • kbjsht Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 26.09.12, 22:21
      tu chyba już nie ma czego ratować, wynieś się i zacznij od nowa, tylko o dzieciach nie zapomnij.
      ____________________________
      punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
    • barcelos Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 27.09.12, 09:04
      Przykro jest tylko teraz gdy uważasz swoje życie za pułapkę. Szukaj rozsądnego wyjścia by nie krzywdzić dłużej siebie. Ja bym nie ratował takiego związku. Wyczuwam tu za dużo fałszu. I "zmęczenie materiału"..
    • mallwia Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 27.09.12, 11:23
      Zawsze warto ratować.Po prostu zagubiliście się w codzienności.Porozmawiaj z nią o swoich obawach,pragnieniach,o tym co Was połączyło,czy to dalej aktualne,istotne.Stworzyliście coś razem,zbudowaliście rodzinę,włożyliście w to mnóstwo czasu i energii.Nie skreślaj jej,po tylu latach bycia z kimś tak po prostu się nie odpuszcza.Dajcie sobie czas,pospędzajcie go razem,no i najważniejsza terapia.Znajdź dobrego psychologa,to może zdziałać cuda jeżeli będziecie współpracować wspólnie.Po jakimś określonym czasie zobaczycie czy da się posklejać czy nie.Może się okazać,że jest to dla Was ważne,bo dla dzieciaków na pewno. Wypróbuj wszystkie możliwe sposoby,nawet jeżeli nie dacie rady,to będziesz świadomy,że dałeś z siebie wszystko i podejrzewam,że spokojniej uda Wam się rozstać,to takie swoiste pogodzenie się z czymś co się skończyło.
      Czy bredze? Co za słowo!


      www.youtube.com/watch?v=VcKlXHgG70c




    • wiktorski72 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 27.09.12, 12:30
      Dziękuję za wszystkie odpowiedzi, właściwie każda warta jest przemyślenia bez zbędnych filtrów, pomimo, że niektóre pisane były dość emocjonalnie, a nawet agresywnie ;)

      Chodzi mi po głowie jeszcze jedno nieco filozoficzne pytanie skoro jest tyle mądrych przemyśleń napisanych przez czytelników tego wątku: jaki wg Was jest idealny związek pomiędzy kobietą i mężczyzną? Aby nie pobudzać zbędnej dyskusji możecie zastąpić słowo "idealny" słowem "pożądany"
      • coff.eina Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 27.09.12, 12:49
        od mojej strony:chyba najważniejsze by facet miał poczucie humoru by mnie rozśmieszał,by umiał śmiać się z siebie,
        związek partnerski to chyba podstawa!
        to,że się kogoś "ma" nie oznacza,że osiadamy na laurach..bo wtedy jest tak jakby przykładało się do ognia mokrym drewnem..no i od czasu do czasu trzeba się wzajemnie zaskakiwać,w każdej dziedzinie życia -jeśli wiesz co mam na myśli :P
        pomarzyć dobra rzecz....
        • wiktorski72 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 27.09.12, 13:02
          Właściwie napisałaś czego oczekujesz od partnera, a mnie chodzi właśnie o rozwinięcie tematu: związek partnerski :) tak może łopatologicznie, bo czytając odpowiedzi mam wrażenie, że tylko teoretycznie większość hasłowo mówi o tym samym, ale jak byśmy spojrzeli na szczegóły, to jednak chyba jest trochę inaczej...
          • coff.eina Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 27.09.12, 13:08
            dla takiego faceta w/w jestem w stanie:
            -być milusia jak kołderka w mroźny poranek
            -z fantazją jak nasi politycy
            -z pazurem jak pantera
            -gotować jak w Master Chief
            -być wierna jak Pluto...
            no to chyba teraz masz te coś za coś bo chyba tak się niejako tworzy związek?
          • koham.mihnika.copyright zwiazek partnerski polega na bezgranicznym 27.09.12, 13:10
            poperaniu partnera, dogadzaniu mu, akceptowaniu JEGO punktu widzenia. To rokuje nadzieje na dlugie szczesliwe zycie. W zamian oferujemy petardy smiechu, race humoru, umiarkowane smianie sie z siebie ((pod warunkiem, ze jakas dobra cecha zostanie wyrozniona).
            Dlatego tak bardzo rozumiemy sie kofeinka. Nawet gdy nie uda sie ustalic czegos przed, to zawsze mozna jakims milym slowem zycie drugiej osobie oslodzic. Stad tylu sie kolo kofeinki kreci.
            • coff.eina Re: zwiazek partnerski polega na bezgranicznym 27.09.12, 13:16
              ha ha ha nie bez kozery mój nick..w końcu mam właściwości lekko uzależniające..
              no ale powiedz Copyrajtuś co jest warte życie bez uśmiechu? no i bez kawy fusiary rzecz jasna...
              Panowie nie musicie być Jamesem Bondem,żeby nas zadowolić...wystarczy radość życia...i ...a to przy okazji..:P
              • koham.mihnika.copyright Re: zwiazek partnerski polega na bezgranicznym 27.09.12, 13:29
                ...a to przy okazji..:P

                to zupelnie jak z wodeczka, Polak pije z dwu powodow - jak ma okazje i jak jej nie ma.
                my spelniamy najcichsze, wyuzdanie, skryte, porywajace - pomysly uzalezniajacych.
                BTW - kofeinka nie uzaleznia, ale robi sporo dobrego. mam o tobie pare monografii, pozwolisz, ze opowiem o tobie:
                ...Coffee consumption is often linked with unhealthy lifestyles, which confounded older
                epidemiological studies. Changes in consumer habits have meant that consumption
                no longer has this association, which has clarified more recent epidemiological studies.
                There is now good epidemiological evidence that coffee consumption could reduce
                the risk of type 2 diabetes as shown in the majority of epidemiological studies and
                supported by some intervention studies. This is currently the most convincing effect
                of coffee consumption. There is generally no effect of coffee consumption on cancer
                risk, with the exception of a protective effect against hepatocellular and endometrial
                cancers, and a negative effect on bladder cancer with high consumption in men.
                The well-established protective effect of (poly)phenols on cardiovascular risk may be
                confounded by other components in coffee, such as caffeine and diterpenes (in some
                coffees). Further research needs to examine the mechanism by which the phenolic
                acids in coffee might exert these protective effects.....

                dlatego lagodnie poddajemy sie wplywowi tego pachnacego medium.
                • coff.eina Re: zwiazek partnerski polega na bezgranicznym 27.09.12, 14:25
                  koham.mihnika.copyright napisał:

                  > ..
                  >
                  > studies.
                  >
                  >
                  >
                  > dlatego lagodnie poddajemy sie wplywowi tego pachnacego medium.

                  ...dokładnie właśnie sobie zrobiłam-więc Twoje zdrowie oraz zdrowie pięknych Pań (trza sobie posłodzić bo cukru nie używam :P)

                  tak więc jak widać nie szkodzę,pomagam,dobrze smakuję :P
                  raka przeze mnie nie dostaniesz a i od cukrzycy się uchronisz :D
              • poezja1983 Re: zwiazek partnerski polega na bezgranicznym 27.09.12, 13:41
                nie mam definicjii związku partnerskiego ale może kilka przykładów z życia(obydwoje pracujemy po 8h-tak dla lepszego poglądu):
                1. jak gotuje obiad to nie musze prosić żeby naczynia ktos pozmywał po obiedzie bo sam sie domyśla,
                2. porządkami w domu się dzielimy-samo nie przyszło trzeba było pogadać co kto woli robić,
                2. jak wyjeżdzamy na wakacje to razem wybieramy miejsce, on planuje jak dojechać i gdzie spać a ja gdzie jemy.....
                3. wieczorem możemy czytac książkę i tylko patrzeć na siebie bez słowa i tyle man wystarcza
                4. jak mam ciężki dzień w pracy to mogę liczyc że zabierze naszą pociechę na plac zabaw i dla mi odetchnąć choć godzinkę (i wice wersa)
                5. po udanym seksie możemy gadac i do rana
                6. w łóżku nie jestem tylko kłodą, ale i kocicą-tego samego oczekuję od partnera

                może nie wiem co to partnerstwo, ale wiem czym dla mnie jest małżeństwo. to taka instytucja w któej umiemy dawać ale umiemy i brać. no i przede wszystkim uczy,my się rozmawiać nawet o tematach bardzo trudnych
                • koham.mihnika.copyright mnie to akurat najlepiej wychodzi :P 27.09.12, 13:50
                  w łóżku nie jestem tylko kłodą,
                  • coff.eina Re: mnie to akurat najlepiej wychodzi :P 27.09.12, 14:22
                    i znów coś nas łączy Copuś :)
                    Ty a może my to bliźniaki syjamskie w tamtym życiu były??
                    • koham.mihnika.copyright bylismy Yin i Yang, az nam w glowach 27.09.12, 16:06
                      zawirowalo i dostalismy zbieznego (a moze to byl rozbiezny?).
                      Myslisz, ze bylismy TAM zrosnieci? To by tlumaczylo. ;)
                      • coff.eina Re: bylismy Yin i Yang, az nam w glowach 27.09.12, 16:09
                        koham.mihnika.copyright napisał:

                        > zawirowalo i dostalismy zbieznego (a moze to byl rozbiezny?).
                        > Myslisz, ze bylismy TAM zrosnieci? To by tlumaczylo. ;)
                        >
                        czy zrośnięci...pewnie nie,ale może da się to jakoś doszyć?przynajmniej sfastrygować..plis :)
                        ale,ale chodzi Ci o To TO czy TAMTO co kofeinka lubi najbardziej???
          • kalllka Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 27.09.12, 13:50
            pozwol kolego, ze cos ci przypomne,

            obecna formula( forow )zastrzega privacy piszacych, tak by szczegoly, ktorych pragniesz, nie mogly wyplynac- przyczyniajac sie do identyfikacji logina w tzw realu.

            jesli jednak zalezy ci na upowszechnieniu problemu, napisz do redakcji Wyborczej, ktora znajac twoje dane osobowe z otwartego listu, wlasciwie ( zgodnie z ustawa o danych wrazliwych) pomoze ci, regulujac przeplyw informacji.
            • zosia543 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 27.09.12, 17:10
              Witaj.Czytając Twoją opowieść nasuwają mi się myśli,że gdybym miała takiego męża to również bym się nie spieszyła do działania bo i po co się wysilać jak i tak mąż zrobi,pomyśli,załatwi itd.itp.Za dużo dajesz od siebie to jest moje zdanie,za dużo oczekujesz.Powinieneś być większym egoistą a Ty za wszelką cenę chcesz mieć idealny dom i być super mężem i ojcem.Powiedz jakie ma znaczenie na jakiej stronie jest wrzucane pranie do pralki?ja akurat jestem sama z córkami i uwierz robimy pranie i nie zajmujemy sobie głowy takimi bzdurami jak strona lewa czy prawa ewentualnie przekręcamy te ciuchy po wypraniu albo i nie.Myślę,że za dużo na siebie bierzesz i za dużo oczekujesz od żony.Jeśli irytują ją Twoje uwagi to niech irytują to jej problem a Ty wtedy kończysz temat ale dalej o tym rozmyślasz więc nie rozmyślaj tylko mów i mów aż coś się zacznie dziać.Albo rozwiązujecie problemy albo nie.Przystopuj trochę,przestań robić wszystko dobrze.Przecież nie ma większego znaczenia czy żona zaplanuje wakacyjny wyjazd czy nie najważniejsze,że jest kasa na ten wyjazd.Nie wiem ale dla mnie to takie wszystko rozpieszczone,takie wyniuńkane,wszystko musi być ok.wszystko zaplanowane.Ludzie macie kasę,zdrowie wszystko więc żyjcie cieszcie się tym i nie zawracaj sobie czasu na organizowanie wolnego czasu tylko po prostu odpoczywajcie,idżcie na spacer do lasu parku bawcie się z dziećmi ze sobą. Nie kupuj kapci synowi skoro nie masz czasu a zona go ma tylko zrób awanturę i tyle.Powiedz jej to normalnie ze ma kupić i koniec dyskusji.Żyjcie-rozumiesz?Teraz zastanawiasz się odejść czy nie,ratować czy nie.Może zacznij od tego żeby zmienić najpierw siebie?swoje spojrzenie na życie rodzinę i na żonę?
          • greedex5 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 01.04.13, 11:18
            Związek partnerski to dokładnie to, czego oczekujesz i czego nie masz. Na pewno Twoje refleksje mają związek z tzw kryzysem wieku średniego, ale może on czasami jest pozytywny. Jesteś przyzwoitym człowiekiem, nie wiem jak sobie dajesz radę przy rodzaju seksu jaki opisałeś nie oglądając się na boki. Na pewno starasz sobie znaleźć przyczyny, argumenty przeciw związkowi czasami przesadnie. Myślę np. że co do tej zdrady żony przed ślubem to sobie wmawiasz. nawet jeślim ludzie leżą ze sobą w jednym łóżku to nie znaczy że jest coś więcej. Myślę tez ze wybrałeś partnerkę bo musiałeś ja zdobywać, bo była piękna, zgrabna i jaka... bezradna. Ty mogłeś być rycerzem i te rzeczy. Niestety ta romantyczna strategia nie nadaje się na lata. rzeczywistość skrzeczy. Nie masz wparcia. Jesteś i żona i mężem i ojcem i matką. Może ona wciąż oczekuje tylko Twojej aktywności i jest rozczarowana. Myślę że gdyby choć w sferze seksu był szał wybaczyłbyś zonie starą wędlinę w lodówce. Dobrze gdyby oboje partnerów się starało. Dobrze, gdyby żona nie wiem, nawet czytając Glamur czy Burdę pokusiła się o refleksję "dlaczego ten facet miałby ze mną być, co mu daję". Ok, teraz żona zajmuje się dziećmi bo jedno jest jeszcze małe, ale co będzie za 5 lat? Jak jest taka ładna to znajdzie sobie kogoś innego. Jeśli hm ja ma taką sytuację że mam iluś wielbicieli (część znacznie młodszych ode mnie), faceci na mój widok czasem słupieją, robią się czerwoni, zapominają języka w gębie, nie uważam ze jestem zwolniona z obowiązku bycia dobrą partnerką dla męża, starania się, wymyślania nowych rzeczy w sferze intymnej itp. Reasumując żona ma tu głównie problem, także kwesta jej niskiej samooceny jest tu na pewno istotna (może to ona powinna iść do terapeuty), natomiast Twoją winą jest znoszenie tego przez lata.
    • lonely.stoner Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 27.09.12, 20:22
      Sami sobie nie poradzicie z tymi wszystkimi problemami, najlepiej by bylo gdybyscie udali sie do jakiegos terapeuty- wspolnie, jako para, moze to pozowli wam spojrzec na sytuacje z boku, tak z perspektywy partnera. Sporo w Tobie zalu do zony, a ona pewnie tez ma cos do powiedzenia. Najwazniejsze pytanie- to czy nadal ja kochasz?? chociaz teraz moze lepiej na to nie szukaj odpowiedzie, tylko sporobuj poszukac porady jakiegos mediatora.
    • aplikantka11 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 27.09.12, 21:13
      Sami niczego nie naprawicie. Pozostaje tylko terapia, która potrafi zdziałać cuda. Rozwieść można się zawsze, tylko co wtedy zrobicie z dziećmi, ze wspólnym domem.
      Smsami żony nie przejmowałabym się tak bardzo, po prostu chciała się komuś wygadać, była rozgoryczona i tak palnęła o rozwodzie.
      Pogadaj z nią (najlepiej u psychoterapeuty) może w jej oczach małżeństwo wyglądało inaczej niż Ty to przedstawiasz.Ona też ma wiele do stracenia.
      Próbuj naprawiać póki czas
    • aplikantka11 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 27.09.12, 21:18
      Dodam jeszcze, że forum to nie jest najlepsze miejsce na szukanie porady. To zbyt poważana sprawa. Ludzie na forach piszą co im przyjdzie do głowy w danej chwili i nie biorą za swoje słowa odpowiedzialności. Zaufaj profesjonalistom i znajdź terapeutę.
      • nowy99 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 28.09.12, 09:33
        Faktycznie po tylu latach liczba tych drobiazgow powala.
        W przypadku jej niezaradnosci w czynnosciach domowych autor wiktorski wskazuje przyczyne jako brak nauki jej matki. On natomiast przygotowany jest do nich perfekcyjnie. No bo w kwestii prania ja, jako b.dobrze przygotowana z domu, dbajaca, pracowita robie tak: dziele panie na calkiem jasne (blekitne, jasnorozowe, biale, zolte, bielizna, koszule meskie), kolory srednie, kolory czarne, granat, ciemny braz, grafit, bordo, osobno piore posciel, osobno scierki kuchenne, osobno kurtki. Na lewo wywijam bluzki z jakimis mazajami z przodu, wypuklymi, jeansy by sie nie wytarly wzdluz zagięć podczas prania, inne spodnie. Ale nie uwazam np.za zasadne wywijania wszystkiego na lewo, jedynie każę synowi wywijac na prawo skarpetki. No.
        A moj maz, ktory naprawdepomaga mi w domu i robi w ogrodzie nigdy niczego nie ugotowal, nie upiekl, nie nastawil prania, nie wie jak dziala pralka. Ale np.nie narzeka, ze nie ma juz wyprasowanej koszuli i sam, tak jak umie, sobie ją głasknie.
        Zona wiktorskiego od poczatku zobaczyla go jako pasjonata i perfekcjoniste w sprawach, o ktorych ona nie miala pojecia. Podobalo jej sie to. Ze potrafi ugotowac zupe, posegregowac fajnie pranie, kupic dobre kapcie.
        A to trza bylo jej pokazac i powiedziec: kochanie, nastepna pomidorowa gotujesz ty, mozesz wedle mojego przepisu jesli innego nie znasz. I nastepne pranie tez zrob ty.
        Po prostu wzial kobite bez szkoly i mogl ja szybko nauczyc i wiać do prac męskich.
        Wiktorski zrobil sobie i jej kuku, poniewaz odciazajac ja spowodowal, ze stala sie kobieta nic nie robiącą, a więc nudną, szwendającą sie, myslaca o pie...ch miast o zyciu, obowiazkach i odpowiedzialnosci za chociazby dziecko, nie znalazla pasji, nie doskonalila sie w niczym. Stala sie bierną przyklaskującą mężowi konsumentką tego wszystkiego.

        Kwestia tych pocalunkow czyli jakiejs czulosci: zrezygnowali, ciekawe tylko ktore pierwsze, moze i on, a ona poddala sie temu stylowi, jak to robilawewszystkich innych aspektach ich zycia? Moze pogaodIla sie z tym, ze on jej niecaluje i sama przestala. I tak pocalunki odeszly w dal... A moze bylo tak, ze onawymigiwala sie od pocalunkow majac jakis powod (odór palacza, fetor niewyleczonych zębow, stanu zapalnego gardla - wiem o czym pisze, moja mama zaniechala nawet zblizen z ojcem palaczem, poniewaz palaczowi z zcasem czuc z ust jak z pupy, psuja sie zwieracze żołądkowe i smrod zoladka cofa sie do wydechu, moj maz zas, jak tylko ma stan ropny gardla ja to czuje w jego oddechu i dyskretnie unikam pocalunkow, tlumaczac, ze boje sie zarazic choroba, a tak naprawde to odór ropny mnie zabija i mistycyzm zblizenia pryska jak bańka;)
        Podjęlam tylko dwa aspekty ich zycia. Duzo by mowic.
        Ale dziwi mnie rok, czyli masa czasu, gdy zyją obok siebie, odtrącili sie wzajemnie, albo wiktorski odtrącił zone. Ja chyba bym nie wrocila juz do meza, ktory potrzebowal roku nieodzywania sie, zeby przetrawic i przeanalizowac czy chce z nia zostac czy nie. No, ale moze ona jest na tyle spolegliwa, taka plastelinka, ze poczeka...
        Przeca oni moga juz miec jakies swoje depresje. Po co sie tak gnębić, chyba rozmowa i wnioski z żądaniami konkretnych zmian bylyby szybsze i mniej toksyczne dla wszystkich.
        Czemu tak dlugo trwac w niepewnosci, zlosci, zawieszeniu, życie umyka.
        • konikmorski1976 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 30.03.13, 05:48
          "Czemu tak dlugo trwac w niepewnosci, zlosci, zawieszeniu, życie umyka." a tobie umyka bo sortujesz pranie , do psychiatry z tym idź, bo to naprawdę chore jest.
      • nowy99 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 28.09.12, 09:50
        Idealny zwiazek pytasz...
        Z milosci.
        Gdy dzieje sie źle, powracasz do wspomnien, jak ja/jego kiedys kochales,-aś i to daje sile by przetrwac.
        Oczywiscie milosc ewoluowala w miedzyczasie zmieniajac stan na przyjazn, partnerstwo, kompromis, szacunek, empatie.
        Mysle tez, ze trudniej jest byc razem gdy kazde jest z innej planety, nadająna totalnie innych falach. Ja np.mam problem, bo jestem fanatyczka dobrej muzyki, niezaleznie od gatunku, wszystko, co dobre, swietnie wykonane łykam. Uwielbiam muzyczne eventy, ostatnio wyciagnelam moich na koncert amerykanskiej grupy metal core, co nie jest moja działką, ale robili to tak fantastycznie i przekonujaco, ze wow! A moj maz jest na muzyke obojetny. Fakt, mamy po 40, ale ja mimo wieku tak lubię i tego brak mi w nim, to mnie dusi i nie mam z kim percepowac tej muzy. Troche smutno, ale jakos sama daje rade i troche syn zgaduje sie ze mna i sluchamy roznych kapel, utworow. Przynajmniej mlody ma kumpla (kumpelę)do pogadania i powymieniania sie pogladami. Popchnelam go tez do nauki gry na gitarze elektrycznej, ma sprzet i piec i chodzi do szkoly rocka i widze, ze go to bawi. Ja tez na emeryturze naucze sie grac na elektrycznym wiośle (jestem pianistą). Takie zycie...
    • hommosum Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 03.10.12, 13:42
      Myśle, że na to pytanie sam musisz znalezć odpowiedz. Podejrzewam, że skłaniasz się raczej ku "nie". Każdy ma własną "granice bólu" i dla każdego bilans zysków i strat wyglada inaczej.
      Twoja historia wygląda prawie jak moja, z tym że ja stoję po drugiej stronie barykady jako kobita ;). Mam od ponad 10 lat męża, dwójke małych dzieciaczków i powinniśmy być szczęśliwi.....
      Ale ja mam już tego szczęśliwego życia dość. Bo zamiast partnera, mam trójkę dzieci. Wszystko jest na mojej głowie. Jak się spali żarówka to musze iść do sklepu kupić sobie nową i ją wymienić. Jak kupię regał, to muszę go sobie skręcić albo stać nad mężem i tłumaczyć co i jak. Nie mamy wspólnych zainteresowań, nie chodzimy do kina, w teatrze jeszcze nigdy nie byliśmy. Mamy inne preferencje seksualne. Nie wiem, czy jeszcze kocham męża - podejrzewam, że nie (choć przyznanie tego przed samą sobą troche trwało). Jest dobrym ojcem i mężem (tyle, że nie dla mnie :)). Zaznaczam, że oboje byliśmy wierni przez cały czas. Od kilku miesięcy walczę z sobą - odejść czy nie, bo dzieci, bo dobro rodziny, bo się dogadamy etc. I zaczynam szukać mieszkania. Mąż wie, bo jestem z natury szczera do bólu. Czy bedzie łatwo? Na pewno nie, jestem sama bez rodziny za granicą bez jakiejkolwiek pomocy. Czy bedzie warto? Czas pokaże. Ale tak mam chociaż szansę na troche szczęscia niż tkwić w związku, w którym jestem tylko coraz bardziej sfrustrowaną zołzą uprzykrzającą życie otoczeniu. ;)

      Potrzebuję oparcia w partnerze - potrzebuje PARTNERA a nie kolejnego dziecka. I tu odpowiedz na Twoje kolejne pytanie - partner idealny. To taki, ktory Cię wspiera, uzupełnia, z którym chętnie spędzasz czas i z którym masz o czym porozmawiać. Pomijam takie przyziemne sprawy jak dobry seks ;););)

      Mam nadzieję, że podejmiesz dobrą decyzję, jakakolwiek by ona nie była.
      • dominika802012 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 08.10.12, 11:21
        Wspaniale to wszystko ujęłaś lepiej bym tego nie ujęła powiedziałaś to co ja mam na codzień. Gratuluję odwagu że potrafisz dbać o swoją przyszłość i walczyć ABY BYĆ SZCZĘŚLIWĄ!
        Mam nadzieję że kiedyś znajdę taką odwagę w swoim życiu.
        Pozdrawiam i trzymam kciuki!
    • kol.3 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 04.10.12, 19:51
      Gdyby nie młodszy wiek pomyślałabym że jesteś moim kuzynem. On też sobie wyhodował żonę, która może nic nie robić. Wyhodował sobie osobiście "tymi ręcami" sytuację że on utrzymuje jednoosobowo rodzinę na bardzo wysokim poziomie finansowym ale to żona decyduje o wszystkich absurdach, które rządzą ich życiem. Masz jedno wyjście - zagonić panią do roboty.
      Z wiekiem będzie coraz gorzej.
      • czerwony.melon Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 05.10.12, 23:58
        Ależ jego żona po pierwsze pracuje.
        Po drugie przez lata zajmowała się domem i dziećmi, poświeciwszy swoje możliwości zarobkowania, kontakty z dorosłymi ludźmi, niezależność, bo on pracował zarobkowo 10-11 godzin dziennie.
        Do tego on sibie, ale i JĄ wpakował w niewolniczą pułapkę finansową, zastawioną na naiwnych (niekorzystny kredyt), a podobno jest znakomitym finansistą.
        • kol.3 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 27.10.12, 16:43
          Żona podjęła pracę jak się jej grunt zaczął usuwać spód nóg. I od razu jak widać puściła się z szefem. W chwili kiedy siedziała z dzieciakami w domu a facet pracował po 11 godzin, to pan zajmował się sprawami zakupów, gotowania itp. W pułapkę kredytu we frankach wpadło pól młodego pokolenia w Polsce. Rozumiem, że lata temu przewidywałaś ogólnoświatowy kryzys gospodarczy, gratuluję geniuszu, bo wielu ministrów go nie przewidziało.
    • czerwony.melon Żona się poswięcila, a Ty masz prenesje 05.10.12, 23:47
      Większość kobiet ma takie rozterki, jak Ty.

      Ale są w o tyle gorsze sytuacji, że jako kobieta mają mniejsze szanse na wyjście z tego układu, bo:
      - po pierwsze z wiekiem kobieta jest mniej atrakcyjna dla płci przeciwnej (mężczyzna też, ale nie tak szybko, a do tego pieniądze sporo rekompensują)
      - po drugie to przeważnie kobieta "siedziała" w domu z dziećmi (czyt. wykonywała nieodpłatną i nie budującą jej kariery pracę na rzecz męża), dlatego po latach nie tylko, że jej kariera i pozycja zawodowa się nie rozwinęły i to jeszcze często zaprzepaściła to, co miała przed dziećmi.

      Ty przynajmniej możesz się pocieszać, że za kilka lat, gdy dzieci podrosną, kopniesz w dupę wychowawczynie Twoich dzieci i pójdziesz szukać następnej, młodszej.
    • czargor1 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 08.10.12, 12:46
      Trudno tu powiedzieć , że masz problem. Za dużo wziąłeś na siebie tym samym przyzwyczaiłeś do tego rodzinę i gdy zaczęło się psuć też byłeś w to bardziej zaangażowany i zmuszony do działania i może nawet mogłeś o tym nie wiedzieć ale bliscy mogli zupełnie inaczej Cie widzieć. Na pewno stałeś się zupełnie innym mężem i tatą pogoń za pieniądzem i dobrym bytem zasłoniła to co powinno być dla ciebie zawsze najważniejsze czyli rodzina i uczucie, dobra relacja z nią.
    • medussa7 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 09.10.12, 19:01
      Wiktorski, nie wiem czy tu jeszcze zaglądasz. Ja osobiscie najpierw proponuję weekend tylko dla Ciebie. Od piątku po pracy do poniedziałku rano zaplanuj sobie wymarzony weekend (bez rodziny!) - chciałabym, abyś był po prosty szczęśliwy chwilą! Potem daj sobie z tydzień na odpoczynek psychiczny i powrót do rzeczywistosci. Koło piątku siądź z żoną i zadawaj jej konkretne pytania: Jakie masz ze mna problemy, co Cię denerwuje, jak widzisz naprawianie naszego małżeństwa. Powiedz jej dokładnie to co piszesz nam. To ważne zebyś wiedział co ona mysli na ten temat. Moim zdaniem to duzo wyjaśni. Następnie spokojnie wytłumacz co Ciebie denerwuje od a do zet i jeszcze raz jej wysłuchaj. Wtedy juz powinno być łatwo. Faceci często nie rozmawiają na najważniejsze tematy. A niedomówienia rosna jak drożdże. Jak chcesz mogę Ci to przy kawie wytłumaczyc (jesli jesteś z Pyrlandii). Koniec.
    • zentis Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 09.10.12, 20:26
      a ja mam proste pytanie.
      gdzie ty ja wynalazles?????
      • zentis Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 09.10.12, 20:28
        i jak to sie stalo zes mial takie cisnienie na wiazanie sie z takim czyms?
        bo siedzze i dusz sie z niedowierzania, ze to wszytko prawda.
        • kobza16 Och Wiktorski, Wiktorski 26.10.12, 23:30
          Sam nauczyles żonę lenistwa, wyręczając ją w najdrobiejszych nawet czynnościach, a teraz do kogo masz pretensje? Do niej? Przecież każda na jej miejscu zachowałaby się tak samo.

          Nie wiem co Ci inni doradzili (nie chciało mi się czytać), ale jeśli doradzili Ci rozwalić rodzinę, to buraków nie słuchaj. Powinienes wiedzieć - bo zakładam, żeś chłop dojrzały - że związek to nie jest bajeczka i, że wszystko jest tak jak sobie zazyczysz. Relacje się buduje, buduje poprzez pokazanie partnerowi, czego także od niego wymagasz. A skoro Ty, przecież jestes taki odpowiedzialny, samodzielny, zaradny, inteligentny i ach, och, wszystko za żone robileś, wykonywales, doradzaleś, wyręczalęś, kadziłeś, to się chłopie nie dziw, ze ona nawet nie ODWAŻYLA się być równie SAMODZIELNA, zaradna jak Ty. Gdzie ona by śmiala Ci dorównać, skoro sam zgotowałeś jej złotą klatke.

          A potem jak każdy ETATOWIEC, któremu troche grosza wpadło, zachciało Ci się żyć ponad stan i zadłuzyć się, bez ogladania się na ryzyko. A ryzykiem jest ZAWSZE KREDYT! Bo etatowa robota (gwoli scislosci), kazda robota nie jest pewna calkowicie, wiec padło na Ciebie. No przykro mi stary. Tak to juz bywa, że jak do domu wkraczają problemy finansowe, to i małżonskowie się kłocą, ogolnei relacja podupada. Tym bardziej, że Ty harowałeś w pracy i w domu, na dwie zmiany de facto i zero wsparcia od żony, co jest Twoją winą, bo Ty ją tego nauczyleś. SORY BRACIE ZA SZCZEROŚĆ, nie chcę być zlośliwa.

          Człowieku, co za pranie mózgu zorbiła Ci ta od siedmiu boleści pani psycholog. Kolejan tępa babka, która naczytała się schematów na studiach i impelentuje je skołowanemu facetowi. 3 DZIECKO? IDIOTKA! A nie pomyslała, że masz to, na co sam sobei zapracowaleś? Sam sobie taką zonę "wyhodowałeś"! Przestrzegam Cie, abyś czasem nie nadskakiwał swoim dzieciom we wszystkim, bo zabijesz w nich wole walki, wole działania.

          Jestes silny facet, ale na każdego przychodzi pora - na Ciebie przyszła i masz tylko zal do zony! Czy Cie zdradzała, czy nie - nie wiem, ale myślę, że już doszukujesz się dziury w całym.

          Moja rada - walcz o związek, pokaż, że jesteś tylko człowiekiem i też potrzebujesz wsparcia. Ze jako męzczyzna nie jestes herosem, masz swoje słabości i potrzebujesz związku partnerskiego z partnerką, a nie dziewczynką, którą musisz prowadzić za rączkę. Podejrzewam, żę masz duza szansę uroatować relajcę. Inaczej, czeka Cie pewnie powtórka z rozrwyki - bo jak znam życie w nowym związku miałbyś DOKŁĄDNIE TEN SAM PROBLEM!
          Powodzenia i na boga nie choć więcej do psycholożek!
          • kobza16 Re: Och Wiktorski, Wiktorski 26.10.12, 23:34
            Boze ale byki walę "nie chodz" mialo być.
            • uleczka_k Re: Och Wiktorski, Wiktorski 27.10.12, 13:13
              Kobza, sorry te byki nie tylko w ortografii. Jak czytam, że to jego wina, bo ją nauczył bezradności i lenistwa, to mnie krew zalewa. A czy ta żona to dziecko??? Nie, kurna, to dorosła osoba. I powinna wykazać minimum odwagi, żeby wziąć się wreszcie do życia!
              Współczuję Wiktorskiemu, bo wynika z tego co pisze, że to fajny facet, o jakim kobiety marzą. Ale zastanawia mnie jedno. Wychodzę z założenia, że ludzie nie są z gruntu źli, dlatego zastanawia mnie co się z tą dziewczyną stało, że jest taka bezwolna, bezradna, niepewna. Wiktorski pisał, że ona nie docenia sama siebie - i może tutaj tkwi przyczyna? Może Wiktorski jest perfekcjonistą? Może to dodatkowo skomplikowało ich życie?
              Cokolwiek było przyczyną - ten związek się zniszczył i chyba nie ma przyszłości. A Wiktorski jest na dobrej drodze do znalezienia następnej kobiety. I oby mu się poszczęściło.
              • kobza16 Re: Och Wiktorski, Wiktorski 29.10.12, 01:20
                uleczka jestes typowa kobieta ktora ma tendencje do wyciagania zbyt szybkich i daleko idacych wnioskow. Doradzasz facetowi aby olal matke jego dwojki dzieci, kobiety z ktora spedzil ponad 10 lat zycia!

                Jak tak kazdy lekko sobie do zycia podchodzi jak ty, to nie dziwie sie ze ponad polowa zwiazkow sie wali bo cos tam mi w jakiej osobie nie pasowalo.

                kobieto myslisz nielogicznie. Jakos mu to nie przeszkadzalo przez dlugie lata ze ona byla taka i taka. po 12 latach zwiazku zna sie druga strone na wylot, wie czego sie spodziewac, a on pretensje ma teraz, kiedy podupadla jego sytuacja finansowa - jak sie finanse wala to ludziom wtedy wszystko przestaje pasowac.

                ty w ogole cos tam mamroczesz o jego checi budowania zwiazku z inna kobbieta. nie rozumiem jak mozna byc tak glupim i bezwzglednym aby radzic komus rozwalenie rodziny, odejscie od matki swoich dzieci. wracaj do mopa lepiej
                • pollarek Re: Och Wiktorski, Wiktorski 29.10.12, 09:59
                  kobza16 napisała:


                  > kobieto myslisz nielogicznie. Jakos mu to nie przeszkadzalo przez dlugie lata z
                  > e ona byla taka i taka. po 12 latach zwiazku zna sie druga strone na wylot, wie
                  > czego sie spodziewac, a on pretensje ma teraz, kiedy podupadla jego sytuacja f
                  > inansowa - jak sie finanse wala to ludziom wtedy wszystko przestaje pasowac.

                  Olbrzymia większość (wg badań to i 85%) ludzi, która żyje w tzw. bagnie (no wiesz, związki toksyczne, patologia, przemoc i in. kwiatki) nie podejmuje zmiany. Bo to ich bagno i wiedzą jak się po nim poruszać. Nie to, żebym związek autora porównała do bagna, ale mechanizm lęku przed zmianą jest ten sam. Czasami jest tak, że ludzie są ze sobą i 20 lat, ale wcale nie z tego powodu, że są ze sobą szczęśliwi, czy się spełniają, ale ponieważ czują strach przed tym, że będzie jeszcze gorzej.

                  Co wcale nie zmienia faktu, że każda taka decyzja, szczególnie jeśli jej konsekwencje dotykają nie tylko danego delikwenta, winna być podjęta z rozsądkiem, po głębokich przemyśleniach i uczciwym zważeniu wszystkich 'komponentów'.

                  IMO, ofc:>
                  • kobza16 Re: Och Wiktorski, Wiktorski 29.10.12, 22:16
                    pollarek nijak sie maja twoje sugestie do tej sytuacji.
                    Ty mowiesz o patologiach wystepujacych w relacjach, a tutaj mamy do czynienia ze skołowanym gosciem, ktoremu finansowa sytuacja podeptala ego, wiarę w siebie, wiare w związek itd. Jakby tak każdy wyskakiwał sobie z relacji, tylko dlatego, ze w jakiejs tam chwili coś pojdzie nie tak (a zawsze w zyciu jest tak, ze czekaja nas zakrety i zawirowania), to by w związkach nikt nie siedział, a dzieci by sie same chowały.
                    • pollarek Re: Och Wiktorski, Wiktorski 29.10.12, 22:28
                      kobza16 napisała:

                      > pollarek nijak sie maja twoje sugestie do tej sytuacji.
                      > Ty mowiesz o patologiach wystepujacych w relacjach, a tutaj mamy do czynienia z
                      > e skołowanym gosciem, ktoremu finansowa sytuacja podeptala ego, wiarę w siebie,
                      > wiare w związek itd.

                      Ja nie mówię o patologiach, to był przykład tylko:> Ja mówię o tkwieniu w relacji z powodu lęku przed zmianą, który to wynika z założenia, że zmiana może być na gorsze.


                      Jakby tak każdy wyskakiwał sobie z relacji, tylko dlatego
                      > , ze w jakiejs tam chwili coś pojdzie nie tak (a zawsze w zyciu jest tak, ze cz
                      > ekaja nas zakrety i zawirowania), to by w związkach nikt nie siedział, a dzieci
                      > by sie same chowały.

                      Ależ oczywiście, zgadzam się. Dlatego też pisałam o rozwadze w podejmowaniu decyzji. Z drugiej strony chciałabym zauważyć, że mamy tylko 1 życie. I ono nie płynie wstecz. Jeśli je zmarnujemy (chociażby na tkwienie w związku z osobą, z którą nie łączy nas już nic oprócz dzieci), to u jego schyłku czeka nas rozpacz, gorycz i paskudny lęk przed śmiercią.

                      A co do dzieci - jedną z większych krzywd, jakie możemy im zafundować, jest utrzymywanie farsy małżeńskiej. Nie wiem dlaczego, tak powszechne jest traktowanie dzieci jak istot nierozumnych, które nic nie widzą, nie słyszą i nie wyciągają wniosków, dopóki im się nie powie.
                      Oczywiście, gwarantujemy im "pełną rodzinę" a w bonusie wizję związku między kobietą a mężczyzną dokładnie taką, jaką widzą u rodziców. Dziecko modeluje swoją rolę jako faceta/kobiety obserwując ojca/matkę. Modeluje ją bezkrytycznie. Słowo bezkrytycznie jest kluczem. Utworzony schemat rodzinny schodzi do podświadomości, i potem pier*oli im ich życie i ich związek.
    • wyzuta [...] 29.10.12, 12:21
      Post niedostępny ze względu na naruszenie prawa lub regulaminu.
    • ppako29 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 30.10.12, 17:28
      A czy nie ejst czasami najlepszym rozwiązaniem dać sobie trochę czasu. Choćby tak kilka mc.
      Jak do tego czasu się nie poukłada w głowach to lepiej może odpuścić
    • potwor_z_piccadilly Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 30.10.12, 23:42
      Wygląda na to że ta twoja - kolego wiktorski72, coś przed tobą ukrywa. Przycupła, milczy i tak tkwi sobie w marazmie.
      Co to ?
      Ano prócz tu już szeroko omawianych przyczyn jak:
      - jej wychowanie plus cechy osobnicze.
      - twoje wychowanie plus cechy osobnicze
      - twój ciąg do kierowania wszystkim i do wszelkiej poprawności
      - wasza sytuacja ekonomiczna
      mogą też być inne, poważniejsze.
      Opcje.
      - Zdradzała cię, a może i nadal zdradza. Znam taki przypadek. Mąż dyrektor, a żona wypisz, wymaluj obraz tej twojej. O ile pamiętam, to choć trwało to latami (tylko z jednym), on nigdy się nie dowiedział. Koleżanki ją kryły, a skąd ja wiem ? No, a od czego ma się koleżanki ?
      - Coś co dziś istnieje, lecz ze względu na drastyczność i skalę zjawiska, okryte jest powszechną zmową milczenia. Czyli istnieje prawdopodobieństwo że twoje dzieci, lub któreś z nich nie jest twoje. Brutalne to co napisałem, ale (niestety) powtarzam, takie prawdopodobieństwo istnieje.
      - Historia, coś co kiedyś przegapiłeś, zbagatelizowałeś.
      Czyli coś w tym rodzaju www.youtube.com/watch?v=nbkhN7iKjcU

      Niczego nie przesadzam, ale chyba ta ostatnia wersja jest - w waszym przypadku - najbardziej prawdopodobna. Ona jest w innej bajce i tyle.
      Pozdrawiam.
      • kobza16 Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 30.10.12, 23:51
        Kolejna ktora lubi strzelac z armaty do muchy. Już nawet straszy, że dzieci nie jego - hahahaha. A jaki facet ma 100% pewność? Ten argument jest tak bezsensowny jak to, aby przestrzegać, przed wychodzeniem z domu bo cię auto pie...ie. ZAWSZE JEST RYZYKO!

        Nie psychologizuj czegoś, co jest zwykłą sytuacją kryzysową jakich wiele w kazdym związku.
        Wy tutaj, zamiast czlowieka podbudować, to jeszcze mu dopie...cie, tak jak ta od siedmiu bolesci "psycholozka".
        • pollarek Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 31.10.12, 00:39
          "Jeżeli coś dotyka cię, znaczy: dotyczy cię. Jeżeliby nie dotyczyło cię - nie dotykałoby cię, nie zrażało, nie obrażało, nie drażniło, nie kłuło, nie raniło. Jeżeli bronisz się, znaczy: czujesz się atakowany. Jeżeli czujesz się atakowany, znaczy: jesteś celnie trafiony. Miej to na uwadze." Edward Stachura.
          :))
    • kochanic.a.francuza Re: Ratować małżeństwo? Czy to ja mam problem? 15.11.12, 12:03
      Nie dolacze do churi radzacego rozwod i szukanie nowego zycia.
      Powod?
      Piszesz:
      ”A co do garów, to nie chodzi, że ona nic nie robi, tylko to jest wszystko takie proste... nudne i bez finezji. Tak to bym chyba określił.”

      Samo to zdanie juz mnie zle nastraja. Ja jestem bardzo finezyjna, lubie efektowne wnetrza i nowe podniety smakowe, a moj maz jest tepy pod tym wzgledem, ale nigdy by mi do glowy nie przyszlo krytykowac go za to. To sa cechy charakteru, nie brak dobrej woli. Nigdzie nie znajdziej portnerki 100% Ci odpowiadajacej, a nawet jak znajdziesz to za 5-10 lat znowu okaze sie, ze to nie to, bo sie zmieniamy. Ty sie zmienisz i juz cie nie bedzie odpowiadalo to co kiedys uwazales za zalete. Ona tez sie zmieni. Trzba sobie ustalic priorytety i trzymac sie tego co dla nas w partnerze najwazniejsze, a nie czepiec, ze po wlosku nie potrafi gotowac. To jest problem gimnazjalisty.

      Po drugie: zona napisala w mailu przyjaciolce, ze ma juz ciebie dosc. Zastanawiam sie, dlaczego nie dociekasz zrodel jej niecheci. Pytales ja dlaczego ma cie dosc? Nie przyszlo ci do glowy, ze w tobie tez jest cos zniechecajacego? Sam piszesz, ze miales nerwowy czas, duzo obowiazkow, ze byles zestresowany, narobiony i nerwowy. Myslisz, ze kobieta ze stali jest i ci wszystko zapomni co zlego powiedziales czy zrobiles?

      Urządzaniem ze
      > stanu surowego mieszkania zająłem się ja - żona przecież w ciąży, pod opieką có
      > rka, to nic, że ja pracowałem 10-11h każdego dnia, jeśli chciałem mieć dom nie
      > z ikei, (bo tak pewno by zrobiła moja żona - bo to prościej a rzeczy ładne) to
      > musiałem to zrobić ja.

      Ale o co ci chodzi? Masz zal, ze w ciazy nie chodzila na budowe z pszedszkolakiem?? Oj zeby cie bozia nie skarala. Wcale sie nie dziwie, ze miala cie dosc. Takie powolanie mezczyzny: w pewnym okresie zycia to ona najwiecej pracuje zawodowo, bo kobieta po prostu fizycznie nie moze. Zapewniam cie, ze ona w tej ciazy i ztym malym dzieckiem tez nie lezala i nie pachniala, a byc moze jeszce i wiecej nameczyla sie niz ty. Kwestia tego czy potrafisz zauwazyc nie tylko swoja prace ale i prace innych.
      Widze tez w tym poscie kilka podkreslen dotyczacych zarobkow: To ja zarabiale, to ja gromadzielem kapital, to mieszkanie mojej babci. Jej tez tak mowiles? Ja bym od razu ochote na seks stracila, a ona sie meczy i ci nie odmawia. Jest wielkoduszna. I przyloz reke do serca? Zadawalasz ja w lozku? Jest jej z toba rozkosznie? Jesli nie jestes pewien, co sie dziwisz, ze traktuje seks jak obowiazek, ja bym odmawiala na jej miejscu. Zona to nie wlasnosc do zaspakajania seksualnych potrzeb. A fajerwerki w lozku to malo kto ma po 15 latach malzenstwa.
      Podsumowujac: zona robi ci kanapke z pomidorem a ty sie chcesz rozwiesc bo marzy ci sie sushi. Tez uwazam, ze masz kryzys.
      Rozejrzyj sie dookola, cale stada chodza kobiet, ktore potafia sushi, maja fantazje, wyciagna cie na fascynujaca wycieczke, umebluja mieszkanie stylowo, zajma sie trojka twoich dzieci z miloscia i oddaniem jak zona. Szczegolnie po 8 godzinach roboty i po twoim gedzenieu, ze to ty utrzymujesz rodzine...:/
      Na pewno w ogole nie beda patrzec na twoje konto, dadza ci rozkosz w lozku, bedziesz szczesliwy. Idz, na co czakasz?
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka