gomory
22.03.05, 22:23
Dzisiaj zobaczylem dwoch malolatow ktorzy chwyciwszy sie za lby, tarzali sie
po trawniku. Mamy pewnie nie byly zadowolone po powrocie malcow do domu -
wiecie jak moze wygladac trawnik w miescie, posrod rodakow kochajacych psy ;).
Ale w zwiazku z tym przypomnialem sobie swoje boje. Tzn. te maloletnie,
pamietam jak dlugo mialem psychiczne opory by walnac kogos piescia w twarz.
Jakos nie moglem psychicznie przeskoczyc etapu z "na przewracanki" na
piesciarskie pojedynki. Nawet i bez tego dlugo dawalem sobie jakos rade -
zalozony "krawat" sprawdzal sie nie gorzej niz strzal w maske. Az do
pierwszego razu, gdy nie dawalem rady, i puscilem w ruch piesci. Pamietam do
dzis ze to bylo na kolonii, przegralem, i nosilem 2 tygodnie fify dzieki
ktorym przylgnelo do mnie kolonijne miano cmentarnik. A pozniej poszlo mi juz
z gorki ;). Pamietacie moze ten moment gdy agresja stala sie silniejsza? Nie
mieliscie takich wewnetrznych "klopotow" z brutalniejszymi zachowaniami?
Przyznam sie tez, ze zadziwil mnie dzis kolezka, ktory wyznal ze nigdy nikogo
w zyciu nie poczestowal piachopiryna.