agula281
06.04.05, 15:06
Probuje cos zrozumiec....
Bylam z moim facetem 9 miesiecy. Byla to milosc zwariowana (nie mam 20 lat -
tym bardziej bylam w szoku), ale bez zadnych perspektyw. Wyksztalcenie (jego)
z ktorym nie da sie nic zrobic, zero siana ale wieeeelkie plany i marzenia.
Dom, dzieci.... Z czasem zaczelam zastanawiac sie - no fajnie, ale z
CZEGO????? Potem dochodzilo do sprzeczek, oczywiscie z braku siana nie mozna
bylo wiele zrobic. On siedzial na dupie zapatrzony we mnie jak w obrazek...
OK, w koncu doszlam do wniosku, ze nie tak sobie wyobrazam moje zycie. Byla
to decyzja raczej z rozsadku. I prosze, nie krytykujcie mnie , jesli sami nie
byliscie w takiej sytuacji. Dodam tyle, ze ja na siebie zarabiam, studiuje i
utrzymuje sie sama. Do niego musialam raczej... doplacac.
Zerwalam. Kolezanki utrzymywaly mnie w swiadomosci, ze dobrze zrobilam. W
koncu sama w to uwierzylam. Z jego strony nie bylo zadnych prob odzyskania
mnie. Na pewno tez dlatego, ze nie mieszkam w PL, a on nie mogl wyjechac. Ale
nawet nie bylo telefonow.
Poznalam tu kogos innego. Zauroczylam sie, zakochalam, a bynajmniej tak mi
sie wydawalo. Pomalu zapominalam. Kilka dni temu pojechalam do PL,
wszedzie "nasze" miejsca, "nasze" knajpy, wszystko takie jakies swoje i
znane... Myslalam kilka dni, czy sie zglosic. Zadzwonilam. Spotkalismy sie.
Burza uczuc, lzy, ze przeciez sie kochamy, ze to ta jedyna milosc.... Zawsze
byl moim przyjacielem, moglam z nim praktycznie rozmawiac o wszystkim,
chociaz ma dosyc konserwatywne nastawienie do pewnych rzeczy i zasady - tak
mi sie bynajmniej wydawalo.
Podczas rozmowy sama doszlam do wniosku - co bylo dla mnie na prawde szokiem -
ze przeciez, gdyby nie byla to kwestia finansowa, wszystko potoczylo by sie
inaczej. Przyznal mi racje, ze gdy bylismy razem nie obchodzilo go nic, teraz
jednak ma plany i "dziala".... Pytal sie mnie o moj aktualny zwiazek. I to
zmusilo mnie to refleksji.... Jest ktos, kto dba o mnie. W szerokim pojeciu
tego slowa. Mam glowe wolna na nauke. Chociaz nie sa to zadne kokosy, ale
kazdy z nas pracuje i wystarcza, zeby dobrze zyc.
Ale gdybym miala wybor, z kim mam zrealizowac marzenia o rodzinie, wybralabym
Bylego....
Dlugo rozmawialismy. Powiedzial, ze mam sie uzbroic w cierpliwosc, ze czas
zrealizowac nasze marzenia. Wybaczyl mi tamto odejscie i to, ze teraz mam
kogos. Mowi, ze ta milosc jest niezwykla i ze nie mozna tego przepuscic. Moge
sie pod tym podpisac. Tylko ze to wszystko jest chore!
Jak facet moze sie zgodzic na cos takiego?