mamba8
28.03.08, 19:56
Laska ma mężą ułożone życie nie ma dzieci. No i czegoś jej brak jak
to czasem w życiu bywa i nawiązuje kilkuletni romans. Na początku
zakochana i chce uczciwie opuścić męża, ale kochanek mówi że to nie
miłość, że nie jest w stanie tego jej dać w postaci związku no to
ona się przyznaje, że jest mężatką (sic!).
On obraża się, nie odzywa się i dosłownie w parę tygodni ma już nową
dziewczynę. Para romansowiczów się kłóci między sobą, robią na
wzajem na złość i ....urywają kontakt.
Mija dwa lata (nie, nie piszę harlekina) on się kontaktuje z całą
romantyczną otoczką (żeby się z nią przespać) i znów nawiązują
romans krwawy bo ona znów się zakochuje a on jak ona się później
dowie ma parę innych na boku. On się wyrzeka i zaczynają się
spotykać w miejscach poza hotelami a nawet ją przedstawia rodzinie
na urodzinach u niego w rodzinie. Ona już jest gotowa wszystko
rzucać i jechać za nim na koniec świata i pierwszy raz o tym mówi.
Reakcja? Jedzie z jakąś koleżanką na długi egzotyczny urlop i w
kłótni się przyznaje do tego, że nie jest święty. Ona go wyzywa od
najgorszych i skutecznie niszczy mu samoocenę (o tym jak to
domyślcie się) a sama stara się wrócić do swojego męża z gorzkim
żalem naprawiania tego co sama zepsuła.Przyznaje się do winy i stara
się ułożyć swoje życie. A ten jej "przyjaciel"? Zamiast stosować się
do jakiś zasad dalej próbuje to kontynuować po odmowie obnosi się z
ciągle zmieniającymi się panienkami i ma ją gdzieś. Obarcza ją winą
za wszystko i zachowuje się jak najbardziej zraniony na świecie
tworzy jakieś wiersze i o jeeeeej jest taki biedny, że ona wybrała
życie z mężem. O co tu chodzi sama się gubię a ta kobieta cierpi.
Czy to po męskim języku się nazywa miłością????